Sekta Jima Jonesa

Zatruta utopia
W osadzie zbudowanej wśród gujańskiej dżungli przez wspólnotę zwaną Świątynią Ludu było ponad 900 osób. 30 lat temu ich przywódca Jim Jones zadecydował, że wszyscy muszą natychmiast umrzeć.

Poprzedniego dnia do osady przybył kongresman Leo Ryan, zaalarmowany m.in. przez byłych członków wspólnoty, aby sprawdzić, co właściwe się tam dzieje. Kilkanaście osób wyraziło chęć powrotu wraz z kongresmanem do Stanów. Gdy 18 listopada 1978 r. wyjechali na pobliski pas startowy, Jones kazał lojalnym członkom wspólnoty zabić Ryana, towarzyszących mu dziennikarzy i odstępców, zanim odlecą. Pozostałym powiedział, że atak sił USA jest kwestią czasu, więc samobójstwo pozwoli im uniknąć niewoli i tortur, jakie czekałyby ich po opanowaniu osady przez wroga. Żołnierze, którzy weszli tam następnego ranka, znaleźli 909 ciał.

Kim był sprawca tej tragedii? Urodzony w 1931 r. w Indianie, dorastał w Richmond, gdzie po opuszczeniu schorowanego ojca znalazła pracę jego matka. W 1949 r. poślubił pielęgniarkę imieniem Marceline, z którą dzielił wiarę w konieczność działania na rzecz równouprawnienia obywateli USA. Od 1951 r. chadzał na spotkania komunistów, w 1952 r. zainteresował się Kościołem metodystów i wstąpił do seminarium w Indianapolis. Nie ukończył go, ale odtąd tytułowano go wielebnym Jonesem.

Zaczął pracę w Kościele metodystów, szybko jednak zauważył ich brak entuzjazmu dla swej inicjatywy – zapraszania kolorowych mieszkańców z okolicy. Jones zaś gotów był zrobić wiele, by przyspieszyć kres dyskryminacji rasowej w Stanach. Tropił i piętnował lokale odmawiające obsługiwania kolorowych, dodawał otuchy atakowanym ciemnoskórym, a gdy przez pomyłkę wylądował w przeznaczonym dla kolorowych oddziale szpitala, odmówił przeniesienia do oddziału dla białych. Adoptował z Marceline pięcioro kolorowych dzieci, które wraz z ich biologicznym synem Stephanem tworzyły „tęczową rodzinę” i przyczyniały się do wzrostu popularności Jonesa jako obrońcy praw mniejszości rasowych. Coraz częściej pojawiał się w mediach, w 1960 r. został mianowany przewodniczącym komisji ds. praw człowieka w Indianapolis, w 1976 r. został przewodniczącym Urzędu Gospodarki Mieszkaniowej w San Francisco, co oznaczało całkiem realną władzę.

Ale to nie zaspokajało jego ambicji. Od 1955 r. wielebny Jones budował własną wspólnotę – Świątynię Ludu, która miała wcielić w życie ideały pełnej równości, nie tylko rasowej, ale i ekonomicznej. W 1965 r. wspólnota przeniosła się do Redwood w Kalifornii, gdzie zbudowała kościół i rozpoczęła działalność społeczną, prowadząc dom opieki dla osób starszych, organizując darmowe badania medyczne czy pomagając uboższym ubiegać się o zasiłki z opieki społecznej. Dobrze rozpropagowana działalność dobroczynna zyskała Świątyni rzesze zwolenników wśród mieszkańców gett i białej biedoty. Ale też wśród przedstawicieli klasy średniej, oczarowanych wspólnotą przyjmującą ludzi każdego koloru skóry i społeczników gotowych zaangażować się bez reszty w dzieło pomocy potrzebującym. Na początku lat 70. Jones był już znaną postacią, laureatem nagród za działalność społeczną i walkę z rasizmem. I cennym sprzymierzeńcem dla lokalnych polityków.

Członkowie wspólnoty głosowali tak, jak im nakazywał Jones. Ich wiara w niego była równie silna jak zależność materialna – oddawali mu cały swój majątek, od nieruchomości po czeki z opieki społecznej (chodziło przecież o ideał równości) i podpisywali podsuwane dokumenty. Jones opowiadał im o swym ubogim dzieciństwie, o frustracji i poczuciu bezsilności, jakie były także ich udziałem. Przedstawiał się jako człowiek czynu, więcej – jako cudotwórca potrafiący czytać w myślach i uzdrawiać wiarą. Miał lojalnych i pozbawionych skrupułów współpracowników. Wyszukiwali oni nowych kandydatów, zbierali dyskretnie dane. Do początku lat 70. tylko oni wiedzieli, że Jones z żadną duchowością od lat nie miał nic wspólnego, że od lat nie wierzył w Boga, lecz w bliski koniec zdegenerowanego amerykańskiego społeczeństwa i nowy wspaniały świat zbudowany według sowieckich wzorów.

Przez lata Jones mówił o zagrożeniu nuklearnym i konieczności przeniesienia się w bezpieczniejsze miejsce – dlatego Świątynia Ludu przeprowadziła się z Indiany do Kalifornii. W 1974 r. wielebny wydzierżawił od rządu Gujany kilkaset akrów w sercu dżungli, gdzie powstać miał Projekt Rolniczy Świątyni Ludu – azyl dla uchodźców z rasistowskich i skazanych na atomową apokalipsę Stanów. Osada, nazywana potocznie Jonestown, zapełniła się w 1977 r., gdy Jones poczuł, że w Stanach pali mu się grunt pod nogami, bo w prasie zaczęły się ukazywać wiadomości podważające idylliczny wizerunek Świątyni Ludu. Życie w otoczonej dżunglą osadzie rolniczej oznaczało konieczność ciężkiej pracy fizycznej, bytowanie w nędznych domkach, brak kontaktów ze światem zewnętrznym, bo korespondencja członków wspólnoty z krewnymi w USA była w pełni kontrolowana. Tak samo jak wszelkie informacje dochodzące do osady. Jej mieszkańcy dowiadywali się głównie tego, że w Stanach szaleje rasizm i nędza, za to Związek Radziecki jest rajem na ziemi.

Mówił o tym Jones w czasie niekończących się cowieczornych tyrad, coraz bardziej agresywnych w tonie, coraz bardziej bełkotliwych. Wygrażał w nich odstępcom, straszył spiskami knutymi przez rasistowski amerykański rząd przeciwko wspólnocie, roztaczał wizje ataku na Jonestown, masakry, niewoli i tortur, jakie miały czekać jej mieszkańców z rąk CIA czy FBI. W niektóre noce wyły syreny, a przyboczni Jonesa walili kolbami w drzwi domków, wzywając na spęd, w czasie którego przywódca obwieszczał konieczność natychmiastowego zbiorowego samobójstwa za pomocą zatrutego napoju. Wielu gotowych było umrzeć na rozkaz Taty, jak nazywali Jonesa. Pozostali woleli milczeć.

Już w Stanach porzucenie wspólnoty – której przecież oddali całe mienie – było trudne; Jones szantażował potencjalnych odstępców podpisanymi przez nich dokumentami i wprost groził śmiercią. Kiedy jeszcze w Ameryce osiem osób wspólnie uciekło, Jones posłał za nimi swoich zbirów. Ucieczka w dżunglę byłaby szaleństwem. A Tata traktował ich coraz gorzej. Uzależniony od narkotyków, zafascynowany postaciami Stalina i Castro, kazał swym przybocznym bić każdego, kto się sprzeciwiał, egzekwował od kobiet i mężczyzn świadczenia seksualne, poniżał ich i obrażał w wielogodzinnych tyradach, w czasie których jego przyboczni przeszukiwali ich chaty. Jones próbował kontrolować wszystkich, ale sam tracił kontrolę nad sobą. Brał coraz większe dawki narkotyków i środków uspokajających. Coraz bardziej się bał – CIA, buntu maltretowanych ludzi, a przede wszystkim odstępstwa bliskich współpracowników.

Woli Jonesa nie chciały się podporządkować jego dzieci. Stephan Jones dwukrotnie odmawiał zamieszkania w Gujanie, przeprowadzając się tam w końcu, jak twierdził, ze względu na matkę. Adoptowana córka Suzanne odeszła z mężem ze wspólnoty. Podobnie Al i Jeannie Mills, którzy przez sześć lat pomagali Jonesowi pozyskiwać i kontrolować zwolenników. Innym kluczowym współpracownikiem, który zwrócił się przeciwko Jonesowi, był prawnik Timothy Stoen. Najpierw zawierzył Jonesowi do tego stopnia, że w 1972 r. podpisał podsunięty mu dokument, iż jego nowo narodzony syn John jest biologicznym dzieckiem Jonesa. Żona Stoena Grace, od której Jones wymagał pełnego poświęcenia dla Świątyni Ludu, nie ufając jej jednocześnie i starając się rozbić małżeństwo, opuściła wspólnotę latem 1976 r. Stoen przeniósł się z synem do Jonestown, skąd jednak zniknął w czerwcu 1976 r. Jesienią Timothy i Grace rozpoczęli batalię prawną o odzyskanie syna. Amerykański sąd szybko uznał, że opieka nad nim należy do Grace, ale nie mogli liczyć na wydostanie chłopca z Jonestown – władze Gujany nie zamierzały robić niczego przeciwko Jonesowi.

W kraju Stoen połączył siły z Millsami, działając w organizacji Zatroskani Krewni, która pomagała odstępcom i zbierała ich oświadczenia, mające przekonać władze i opinię publiczną do akcji przeciwko Świątyni Ludu. Stoen zwrócił się też do polityków, alarmując, że wspólnota działa jak sekta, więzi w Gujanie obywateli amerykańskich i dokonuje podejrzanych operacji finansowych, o których doskonale wiedział jako jej były prawnik. Jednocześnie członkowie wspólnoty zaczęli wysyłać do polityków i prasy oświadczenia mające zdyskredytować Stoena – w tym podpisany przezeń dokument dotyczący ojcostwa Johna. Wojna na oświadczenia oraz pozwy sądowe trwała przez rok.

15 listopada 1978 r. do Gujany poleciał kongresman Ryan w towarzystwie dziennikarzy i kilkunastu Zatroskanych Krewnych. Ci ostatni, wśród nich Stoen z żoną, zostali w Georgetown, nie żywiąc złudzeń, że Jones wpuściłby ich do osady. 17 listopada zgodził się wpuścić Ryana z dziennikarzami. Następnego dnia kazał zabić kongresmana i tych, którzy chcieli z nim wyjechać. Po czym oświadczył pozostałym w Jonestown, że jedynym dobrym wyjściem z sytuacji jest śmierć. Opór był minimalny. Na rozkaz Jonesa rodzice napoili dzieci trucizną, zanim zażyli ją sami. Mordowano tych, którzy nie chcieli umierać na rozkaz Jonesa. Tylko dwóch mężczyzn zdołało uciec do dżungli.

Lista ofiar Jonesa nie była jeszcze zamknięta. Mieszkający w Kalifornii rzecznik wspólnoty Michael Prokas popełnił samobójstwo w marcu 1979 r., zostawiając oświadczenie, w którym o tragedię obwiniał rząd USA. Al i Jeannie Mills zostali zamordowani wraz ze swą córką w lutym 1980 r. Sprawców do dziś nie znaleziono.

 

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj