Świat

Reżim z brodą

Jak powstał rząd ajatollahów w Iranie

Brodacz w czerni nie był entuzjastą niczego co zachodnie. Nosił tytuł ajatollaha, czyli „znaku Boga”. Brodacz w czerni nie był entuzjastą niczego co zachodnie. Nosił tytuł ajatollaha, czyli „znaku Boga”. zongo69 / Flickr CC by SA
Brodaci mężczyźni w czarnych szatach. Duchowni szyiccy – ojcowie i nadzorcy czarnej rewolucji, która – ku zaskoczeniu Zachodu – w 1979 r. zmiotła prozachodni reżim szacha Pahlawiego.

[Artykuł został opublikowany w POLITYCE w lutym 2009 r.]

Taki był niespodziewany, a brzemienny w konsekwencje, koniec białej rewolucji, czyli odgórnej modernizacji Iranu prowadzonej przez szacha. Wtedy, w epoce dwóch bloków, zachodniego i radzieckiego, mało kto przejął się brodatym klerem przejmującym władzę polityczną w wielkim kraju ważnego regionu świata.

Wszystko lepsze niż czerwona, czyli komunistyczna, rewolucja i kontrola Moskwy nad Iranem, myślano w wielu stolicach zachodnich, z Waszyngtonem na czele. Mało kto zauważył, że do tej strategicznej gry w kolory dochodzi jeszcze jeden – zielony, kolor islamu. Że rewolucja w Iranie otwiera całkiem nowy rozdział w historii świata muzułmańskiego. Że stanie się inspiracją dla ekstremistów muzułmańskich. Że pomoże nieprzewidywanemu wcześniej renesansowi religii islamskiej i jej nowoczesnej politycznej reinterpretacji.

Lud nie okazał szachowi wdzięczności za reformy finansowane z eksportu ropy. Szach reformował, ale pod przymusem. Tak jak Kemal Pasza w Turcji, po przegranej wojnie i upadku imperium, kazał niszczyć tradycyjne instytucje społeczne; kobietom odebrał czador, mężczyznom bazar. To mogło się podobać zapatrzonym w Zachód elitom, nie przeszkadzało też opozycyjnej lewicy, zwłaszcza komunistom, ale w masach budziło zgrozę i opór. Lewica zaś nienawidziła zachodnich sojuszników szacha, przede wszystkim Ameryki. Gotowa była sprzymierzyć się z brodaczami w czerni dla obalenia rządu, który uważała za wasala zachodniego imperializmu.

Brodacze nie zachwycają 

W obliczu narastających protestów znienawidzony Pahlawi uszedł na wygnanie. Ale natura, także polityki, nie znosi próżni. Szach wyjechał w styczniu, a już 1 lutego 1979 r. z Francji przybył do ojczyzny Ruhollah Chomeini. W Iranie, gdzie obok szyickiej większości żyją liczne mniejszości etniczne i kulturowe, nie wszyscy kochali tego duchownego dostojnika. Ale w Teheranie witano go entuzjastycznie. Francja, wierna prawom człowieka, udzielała mu przez lata azylu politycznego, nie wnikając w jego poglądy na zachodnią demokrację. A brodacz w czerni nie był entuzjastą niczego co zachodnie. Nosił tytuł ajatollaha, czyli „znaku Boga”. I był nim dla irańskich szyitów. Tydzień po powrocie Chomeini przejął władzę nie tylko duchową, lecz i świecką.

Pod koniec marca w Iranie odbyło się referendum. Według oficjalnych danych, niczym w radzieckich demokracjach ludowych, 97 proc. głosujących zgodziło się, by Iran z dziedzicznej monarchii konstytucyjnej został przemianowany i przebudowany na republikę islamską. W listopadzie rewolucjoniści zajęli ambasadę amerykańską w Teheranie i wzięli kilkudziesięciu zakładników. Szło o to, by wymusić powrót do Iranu szacha, który leczył się w szpitalu w Nowym Jorku. Rewolucjoniści szykowali szachowi proces pokazowy. Obalony cesarz trafił ostatecznie nie pod rewolucyjny trybunał w Teheranie, lecz do Egiptu, gdzie zmarł w lipcu 1980 r.

Ameryka, nie mogąc doczekać się zwolnienia zakładników i przerwania niezgodnej z prawem międzynarodowym okupacji swej ambasady, podjęła nieudaną próbę odbicia jej siłą. Zakładników zwolniono po 444 dniach, akurat kiedy urząd prezydenta Ameryki obejmował Ronald Reagan. Ale stosunków wzajemnych do dziś nie odbudowano. W propagandzie irańskiej Stany są nazywane Wielkim Szatanem, a Izrael – najważniejszy sojusznik Waszyngtonu w regionie – Małym.

Brodacze w czerni uznali, że ich rewolucja musi mieć wroga zewnętrznego. Nic tak bowiem nie konsoliduje społeczeństwa jak właśnie zagrożenie zewnętrzne. Tym wrogiem przez prawie 10 pierwszych lat rewolucji był laicki Irak Saddama Husajna, z którym Iran stoczył krwawą wyniszczającą wojnę (wtedy Amerykanie wspierali Saddama, bo wróg naszego wroga jest naszym przyjacielem). Ale przede wszystkim wrogiem była Ameryka, a z nią cały Zachód, jego system wartości. Tak rewolucja islamska w Iranie torowała drogę dzisiejszemu pokoleniu islamistów, mobilizujących muzułmanów do walki z Zachodem pod zielonym sztandarem Proroka.

Ale to wiemy dzisiaj. 30 lat temu świat był zafascynowany rewolucją mułłów. Każda rewolucja ma swój patos, nawet jeśli oznacza zmianę na gorsze. W świecie podzielonym na bloki czarna rewolucja irańska mogła się wydawać znakiem nadziei, że ten podział nie jest wieczny. Tak patrzono na Iran w krajach pod kontrolą radziecką: jeśli oni mogli się wyrwać spod kurateli szacha i jego potężnych sojuszników zachodnich, to może kiedyś i my wybijemy się na suwerenność, zrzucając jarzmo socjalizmu.

Ryszard Kapuściński, który pojechał wtedy do Iranu jako korespondent i zbierał materiał do słynnego „Szachinszacha”, uznał wydarzenia irańskie za ostatnią wielką rewolucję XX w. i widział w niej pewną analogię do innego potężnego ruchu społecznego na rzecz sprawiedliwości i praw człowieka – naszej Solidarności. Ale wyczuwał także, że rewolucja wytraca impet i wkrótce zacznie przynosić rozczarowania.

Na Zachodzie liczni lewicujący intelektualiści wprawdzie nie zachwycali się brodaczami, ale cieszyli z upadku szacha, bo widzieli w nim cios zadany Ameryce. Głośny francuski filozof Michel Foucault poszedł jeszcze dalej. Jak Kapuściński, pojechał do Iranu w momencie rewolucyjnego apogeum, a wcześniej, jeszcze we Francji, spotkał się z Chomeinim. Francuza zachwyciło, że brodacze robią politykę duchową, wyzwalając ogromną kreatywną energię społeczną. Prorokował – częściowo trafnie – że rewolucja irańska stanie się wzorem uniwersalnym dla sił redefiniujących islam do celów walki ideologicznej ze światem zachodnim, do którego, z ich punktu widzenia, zalicza się także blok radziecki.

Czarna i czerwona rewolucja  

Jakby na potwierdzenie Sowieci zorganizowali w 1979 r. pucz w Afganistanie, a nowe władze poprosiły ich o „bratnią pomoc”. Rosjanie, niepewni, jak ostatecznie potoczą się sprawy w Iranie, woleli przejąć kontrolę przynajmniej nad Afganistanem. W końcu wycofali się z Afganistanu, a w połowie lat 90. do władzy doszli tam talibowie. Zaprowadzili porządek jeszcze bardziej surowy niż brodacze w Iranie, ale po długich latach wojennego chaosu byli witani z otwartymi rękoma. Życie cofnęło się o całe wieki. W Iranie ajatollahów do tak radykalnego zwrotu nie doszło. Ale w obu przypadkach można mówić o ostrzegawczej lekcji dla reformistów. Kto siłą i odgórnie chce radykalnie modernizować kraj, skończy jak szach Pahlawi lub komuniści afgańscy.

Co nie znaczy, że rewolucja irańska osiągnęła swe cele. Przeciwnie, czarna rewolucja dzieli los czerwonych: jeszcze trzyma władzę, ale już przegrywa walkę o rząd dusz. Francuski pisarz polityczny Guy Sorman w „Dzieciach Rifay”, znakomitym studium problemu muzułmańskiego stosunku do nowoczesności, zauważa liczne analogie między rewolucją bolszewicką a irańską. Jeśli ma rację, to muszą one prowadzić do podobnych skutków. Do wyczerpania się siły ideologicznej i materialnej obecnego systemu i jego upadku.

Niewidzialna ręka pisze przestrogi na murach Teheranu już od dawna. Kraj jest w dołku gospodarczym, który pogłębi się wskutek spadku cen ropy, młodzież i kobiety gremialnie głosują na pragmatyków przeciwko czarnym ideologicznym ortodoksom, zachodni styl bycia i życia wraca wśród elit. Kobiety w Teheranie noszą coraz krótsze chusty, malują się i coraz odważniej występują przeciwko czarnym purytanom. Ajatollahowie mają taki sam agresywny stosunek do swobody seksualnej jak wszyscy totalitarni przywódcy w historii. Zabraniają tej wolności społeczeństwu (choć niekoniecznie sobie), a przede wszystkim kobietom.

Swoboda obyczajowa to przecież wyraz indywidualizmu, a totalitaryści wszelkich odcieni indywidualizm tępią, bo zagraża on ich monopolowi władzy. Kto dziś domaga się swobody obyczajowej, jutro może zażądać wolności politycznej. Brodacze nie zauważyli, że Irańczycy weszli już na etap takiego indywidualizmu. Oczywiście dotyczy to przede wszystkim Teheranu i warstw wykształconych, na prowincji brodacze są nadal popularni. Tam jeszcze nie zdarza się, by taksówkarz nie wziął mułły do auta. Sorman cytuje słowa jednego z intelektualnych idoli młodego pokolenia: „Spróbowaliśmy rewolucji islamskiej, ale się nie powiodła. Odrzućcie wszelkie urazy i nostalgię; przyznajcie, że prawa człowieka nie są wcale zachodnie, lecz uniwersalne!”.

Brodate ikony rewolucji  

Czarna rewolucja nie zdobyła serc i umysłów młodego, wykształconego pokolenia. Podobnie nie osiągnęła ambitnych celów zewnętrznych. Miała być przesłaniem i wezwaniem w całym świecie muzułmańskim: idźcie za naszym pionierskim przykładem. Miała być dowodem, że islam i pewne elementy demokracji są do pogodzenia. I że państwo islamskie jest tym, czego potrzebuje świat muzułmański, kiedy zbankrutowały dawniejsze idee laickiego nacjonalizmu i arabskiego socjalizmu, a na ideologicznym placu boju pozostały tylko oświecone prozachodnie dyktatury i odrodzony islam integralny, ogarniający całe życie jednostki i wspólnoty, jak było przed wiekami.

Początkowo brzmiało to atrakcyjnie, ale po latach „pionierskiego państwa fundamentalistycznego – pisze Krzysztof Mroziewicz w książce „Moc, niemoc i przemoc” – widać, że wszyscy zostali oszukani. Chomeini szybko chwycił swoich rodaków za gardła, używając policji i służby bezpieczeństwa, czyli metod szacha. Młodzi Irańczycy nienawidzą reżymu, bo wiedzą od swoich krewnych-emigrantów, jak można żyć w świecie, kiedy jest on demokratyczny i wolny”. Tak więc brodacze nie mają racji, gdy sądzą, że ich czarna rewolucja jest końcem historii, że już nic istotnego nie może się po niej w dziejach wydarzyć.

Ta arogancja czarnych rewolucjonistów odebrała patos wydarzeniom w Iranie. Brodacze reprezentowali mniejszość i religijną, i etniczną (Irańczycy nie są Arabami). Szyizm od wieków budził nieufność sunnickiej większości. A kiedy zaczął pozować na lidera muzułmańskiego Bliskiego Wschodu, jego oferta zabrzmiała prowokacyjnie dla Saudyjczyków, Egipcjan, Syryjczyków. To znaczy dla elit władzy w tych krajach, bo ulica, zwłaszcza w Egipcie, ojczyźnie Braci Muzułmanów, pierwszego nowożytnego ruchu islamistycznego, patrzyła na Iran mniej krytycznie. W niedawnym egipskim sondażu popularności wygrał obecny prezydent irański Ahmadinedżad, drugie miejsce zajął przywódca libańskiego szyickiego Hezbollahu. Przywódcy irańscy są popularniejsi za granicą niż we własnym kraju, tak jak kiedyś ikony rewolucji rosyjskiej czy kubańskiej i jak reformista Gorbaczow. To kolejny znak uwiądu systemu.

Nie można go jednak lekceważyć. Póki ajatollahowie są u władzy, głoszą doktrynę nienawiści do USA i Izraela, wspierają petrodolarami (dochody z ropy w 2008 r. szacuje się na 180 mld dol.), bronią i kadrami zagraniczne ruchy szyickie typu Hezbollahu czy palestyński islamistyczny Hamas w Gazie. Póki zdają się wygrywać nuklearną ciuciubabkę z Zachodem, są groźni, bo mogą nie tylko destabilizować region, ale wywołać konflikt zbrojny na wielką skalę.

Co dalej?

Po zwycięstwie Obamy prezydent Iranu Ahmadinedżad wysłał Amerykaninowi list gratulacyjny. Zdarzyło się to po raz pierwszy od 1979 r. Obama jeszcze jako pretendent zasłynął zapowiedzią, że Ameryka pod jego przywództwem może rozmawiać z Iranem bez warunków wstępnych. Nim jednak do tych rozmów dojdzie, jeśli dojdzie, ekipa Obamy powinna skorzystać z sugestii samych Irańczyków na emigracji lub w opozycji do obecnego reżimu w Teheranie. Jeden z nich, Amir Taheri, były naczelny największego dziennika irańskiego „Kayhan”, podkreśla, że w istocie doktryna chomeinizmu jest ideologią protofaszystowską, radykalnym, gnostycznym odczytaniem szyizmu. Nigdy by nie przeszła wśród muzułmanów, gdyby nie irańskie petrodolary, za które państwo może kupić współpracę i poparcie części wyznawców islamu. W ostatecznym rozrachunku walka z obskuranckim islamizmem Chomeiniego i Osamy ibn Ladena ma charakter ideologiczny, jak niegdyś walka zachodniej demokracji liberalnej z ideologią radziecką. I to na tym polu się ona rozstrzygnie.

Dlatego Zachód, jeśli rzeczywiście chce pokoju i stabilizacji, powinien umiejętnie popierać siły i dążenia demokratyczne wśród muzułmanów, nie zrażając się ich względną słabością w porównaniu z siłami antyzachodnimi, ale też nie rozmiękczając zachodnich standardów demokracji. Umiejętna promocja demokracji i praw człowieka nie może zaś ignorować obecnego stanu rzeczy. Czarna rewolucja nie przyniosła demokracji Iranowi ani pokoju Bliskiemu Wschodowi.

Nie można jednak budować muzułmańskiej demokracji, nie biorąc pod uwagę ruchów islamistycznych – w nadziei, że dialog z nimi (ale nie z terrorystami) jest możliwy i stopniowo będzie łagodził programy i obyczaje. Zgoda, to wielkie ryzyko, ale nie ma demokracji bez partycypacji. Także na Bliskim Wschodzie.

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Czytaj także

Pomocnik Historyczny

Jak walczono o wolność Ameryki Łacińskiej

Wojny o niepodległość, narodziny państw narodowych Ameryki Łacińskiej i pierwsze ich stulecie.

Piotr Łaciński
10.12.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną