Depresja w raju

Fiu
Polinezja Francuska to symbol raju na Pacyfiku. Ale na przybyszach prawie wszystko sprawia tu wrażenie tymczasowości. A Polinezyjczyków nawiedza notorycznie fiu, depresja.
Środek większości wysp to na ogół wulkaniczne skały. Do zamieszkania zostaje wąski pasek tuż przy brzegu.
Jagienka Wilczak/Polityka

Środek większości wysp to na ogół wulkaniczne skały. Do zamieszkania zostaje wąski pasek tuż przy brzegu.

Tam wszystko jest inne. Na przykład gazety. Dwa dzienniki, „Les Nouvelles de Tahiti” oraz „La Depeche de Tahiti”, ukazujące się w Papeete, stolicy Polinezji Francuskiej, rozpoczynają się od reklam oraz ogłoszeń. I tak przez kilkanaście kolumn. Informacje krajowe zajmują nie więcej niż cztery, pięć stron. Potem świat, czyli Australia, Nowa Zelandia, Fidżi, Samoa. I Francja, z obowiązku. Mieszkańcy Polinezji są obywatelami Francji, ale Unii Europejskiej już nie. Europa jest daleko, a Brukselę mało kto potrafi wskazać na mapie. Informacje nie straszą, są raczej o tym, co się udało – niż o tym, co się nie udało. Żadne tam ponure prognozy, liczy się tylko dziś, od wschodu do zachodu słońca.

Słońce też zachodzi i wschodzi inaczej, szybko. Nocą pieją dzikie koguty i straszliwie hałasują. Polują na nie psy, pittbule, z głodu, ale i z przyuczenia. Psy są agresywne: nie mają dokąd uciec, przeczuwają, że zostaną zjedzone przez ludzi albo będą przymierać głodem. Albo zginą w walkach: walki psów są zabronione przez francuskie prawo, ale nikt się tym nie przejmuje, zwłaszcza policja i żandarmeria. Nie karmi się kotów. Polują na muchy, są najedzone – informują miejscowi.

Inne znaczenie ma też sąsiedzka wizyta. To okazja do zawłaszczenia wszystkiego co w domu lub na podwórzu – odzieży, żywności, rozwieszonego prania. Gdzieś w podświadomości tkwi widać odziedziczony po przodkach styl życia, kiedy wszystko było wspólne, także kobiety i dzieci. Trudno też cokolwiek zamknąć, ze względu na klimat życie toczy się na zewnątrz, domy często nie mają drzwi, a czasem także trwałych ścian. Zamykane na klucz są tylko lodówki.

Trwały jest krajobraz, horyzont, morze, niebo, słońce. Kolory. Wspaniała, kipiąca zielenią i kwiatami przyroda. Wszystko inne sprawia wrażenie tymczasowości: domy, hotele, bungalowy kryte liśćmi palmowymi.

Winni są biali

Właściwie skąd się wziął mit pięknych Polinezyjek? Powstał pod wpływem obrazów Paula Gauguina? Filmowych opowieści o perypetiach załogi żaglowca „Bounty”, która wolała pozostać w objęciach wyspiarek i nie wracać do Anglii? Z obrazów Gauguina nie spoglądają piękności. A współczesne są przeważnie monstrualnie grube. Ogromne biodra, pośladki, uda. Naprawdę ładne kobiety tańczą tamuje, czyli tradycyjny taniec, dla turystów z wypchanymi portfelami, ale to wyłącznie cepelia: takich kobiet nie spotyka się na co dzień. Mężczyźni nie ustępują w niczym, taszczą wielkie brzuszyska.

To poważny problem wyspiarzy, ale i administracji francuskiej. Już ponad 30 proc. populacji cierpi na cukrzycę. Lekarze biją na alarm. Wyspiarze żyją z dala od wielkomiejskiej cywilizacji, stresów, obdarzeni są przez przyrodę tym, co rajskie, rybami, które można łowić bez wysiłku, owocami morza, a wreszcie niewyobrażalnym dostatkiem mango, bananów, ananasów, awokado. Jak to możliwe, że tak się roztyli? Lekarze twierdzą, że to wina białych, którzy przywieźli na wyspy cukier. Metabolizm tubylców zareagował magazynowaniem tłuszczu.

Wini się też Amerykanów, którzy podczas II wojny światowej zbudowali bazy wojskowe na wyspie Bora Bora. Zabraniali rybakom połowów, żeby nie ściągnąć sobie na kark Japończyków. Rozdawali konserwy, zaszczepili miłość do hamburgerów i coca-coli.

To nie tylko przypadłość Papeete, stolicy i największego miasta (25 tys. mieszkańców) Polinezji Francuskiej, gdzie otyli stanowią większość spotkanych na ulicy. Podobnie (choć trochę lepiej) jest na odległych wyspach polinezyjskich archipelagów, gdzie nie ma wprawdzie supermarketów, ale zawsze są sklepy i chińskie restauracje z szybkim, tłustym jedzeniem, są bagietki i piwo Hinano. Dużo, bardzo dużo piwa. Ostatni król Polinezji, Pomare V, zmarł z powodu alkoholizmu.

Kalorie trudno spalić; mało kto chodzi pieszo, ludzie są przywiązani do wypasionych terenówek, azjatyckich lub amerykańskich. Na Bora Bora, która ma w obwodzie zaledwie trochę ponad 30 km i wszystko jest o rzut kamieniem, autem jeździ się nawet do sąsiada. O sporcie najchętniej się czyta. Prawie nikt nie biega, nie gra w piłkę, nie pływa, nawet widok pirogi to rzadkość.

Plaż, szerokich, piaszczystych wbrew oczekiwaniom też jest niewiele. Kończy się ziemia i zaczyna laguna, zielona jak z pocztówki, a dalej już ocean. Najbardziej popularna na Tahiti plaża Venus jest wprawdzie piaszczysta, ale piasek ma czarny, wulkaniczny. Często plaże są wąziutkie, kamieniste lub usypane ze szkieletów martwych koralowców. Do wody można bezpiecznie zejść jedynie z pomostów. Korzystają z nich podglądacze ryb, kolorowych, jakby pomalowanych kredką.

Perły i wanilia

Jest drogo, bo na Polinezji prawie wszystko jest z importu – z Nowej Zelandii, Australii, ze Stanów. Bernard, Francuz, który od dwudziestu lat mieszka na Bora Bora, właściciel dwóch butików, mówi, że naszyjniki z muszli, tradycyjne pareo, pamiątki, sprowadza z Bali. Wychodzi taniej, niż gdyby wytwarzać je na miejscu, a turystom nie robi różnicy. Miejscowe jest mydło, słynne mydło z tłuszczu kokosowego, z dodatkiem olejku z kwiatów tiare, bez chemii i konserwantów, produkowane na Tahiti. Jest też wonny olejek monoi, na opalanie, poparzenie słoneczne, piękną skórę. Kobiety smarują nim włosy. Są soki i likiery z ananasów, które smakują kompletnie inaczej niż w Europie, i sok z owoców noni, hit ostatnich lat, przereklamowane panaceum na tysiące dolegliwości.

Jest wanilia, jedna z najbardziej cenionych na świecie. Ale jej uprawa wymaga zachodu, a Polinezyjczycy są beztroscy, nie martwią się o jutro, o emeryturę, o przyszłość. Na wyspie Tahaa, gdzie wanilia udaje się wspaniale, jest tłusta, pachnąca i błyszczy jak polakierowana, deszcz nie padał przez wiele tygodni, a wanilię trzeba było podlewać, taszczyć po stromych zboczach wiadra z wodą. Właścicielka największej plantacji, liczącej 1500 roślin, jednej z pięciu takich na Polinezji, opowiada, że nikogo nie można zmusić do pracy przy uprawach. Ludzie hodują po pięć, dziesięć sadzonek. Nie chcą się napracować ani przepracować. Miejscowi żyją trochę z turystów, którym wynajmują noclegi, pokazują ocean i rekiny.

Tamara, właścicielka pensjonatu na Moorea, opowiada, że zrezygnowała z personelu, bo nigdy nie była pewna, czy rano ludzie przyjdą do pracy. Pieniądze nie były żadnym dopingiem.

Kobiety pracują częściej niż mężczyźni – w turystyce, w handlu, przy uprawach. Żeby zachęcić do pracy, państwo wymyśla zajęcia, propaguje uprawę tiare, skupuje suszony miąższ kokosa. Płaci czterokrotnie więcej od ceny rynkowej, 80 euro za tonę. Mężczyzn widać przy pracach porządkowych, koszeniu trawy, przycinaniu drzew, naprawie dróg.

Handel i zbiorowe żywienie zdominowali Chińczycy. Wieczorem na placach i parkingach rozkładają stoliki, rozpalają kuchnie gazowe, serwują ryby, steki z ryżem lub frytkami, kuskus, naleśniki, dla miejscowych i turystów. Nocą wszystko pakują do półciężarówek i znikają. Największa taka ruchoma restauracja działa w Papeete, na placu obok portu, nazywanym zresztą chińskim placem.

Chińczycy zdominowali też przemysł narodowy Polinezji, hodowlę czarnych pereł. Kiedyś perły naturalne wyławiali poławiacze. W latach 60. Japończycy założyli pierwsze fermy hodowlane. Dziś w perłowym biznesie rządzą i pracują głównie Azjaci, praca jest akordowa, wymaga precyzji i systematyczności. Polinezyjczycy, ze swoją fiu, depresją, która ich nawiedza notorycznie, nie są pracownikami, na których można polegać.

Depresyjnie działa przypisane wyspom poczucie oddalenia. Fiu dopada zwykle w poniedziałek, po nadużyciu piwa Hinano i pakalolo, miejscowej trawki. Nie wolno jej uprawiać, ale w górach jest mnóstwo plantacji, a żandarmom nie chce się tam wspinać. Z pakalolo walczy się raczej werbalnie: przy wejściu do portu jachtowego na wyspie Raiatea jest informacja, że na terenie mariny zabrania się palenia i picia alkoholu. Zakazu nikt nie egzekwuje, z góry zakładając, że to przegrana sprawa. Wprawdzie sprzedaż piwa jest zabroniona w weekendy, od sobotniego południa, ale ludzie robią zapasy w piątek, kupują całymi skrzynkami. Skrzynka piwa jest także lokalną jednostką płatniczą. Alkohol plus pakalolo wywołują agresję, wtedy lepiej unikać konfliktów z tubylcami. Jazda po alkoholu to normalka; jeden promil jest wielkością dopuszczalną.

Polinezyjczycy źle się aklimatyzują we Francji. Jeśli wyjeżdżają, do wojska, do szkół, w odwiedziny, marzą, żeby wrócić na swoje wyspy jak najszybciej. Czują się jak z Księżyca w świecie, gdzie wszyscy pracują, spieszą się nieustannie, odkładają na emerytury, mieszkają w wielkich domach w zatłoczonych miastach. Tak się nie da żyć – mówią. I wracają do siebie: tu jest parterowo, bezproblemowo i na swój sposób dostatnio. Owoce spadają z drzew prosto pod stopy. Pewnie dlatego wyspy mają przydomek rajskich.

Perły to za mało

Wbrew bowiem tej swojej leniwej postawie mieszkańcy Polinezji Francuskiej są najbogatszymi wyspiarzami Pacyfiku. Paryż obficie dotuje zamorskie terytorium, duża część budżetu Polinezji to pieniądze pochodzące z metropolii. Francja dopłaca rocznie ponad 160 mld tutejszych franków, czyli blisko 1,4 mld euro: na cele socjalne i ochronę zdrowia 46,3 mln euro, na rozwój ekonomiczny blisko 146 mln, na edukację i kulturę ponad 528 mln. Dochód na głowę mieszkańca wynosi na Polinezji ponad 20 tys. dol., podczas gdy w niedalekim archipelagu Vanuatu zaledwie 830 dol. Francuzi, którzy do niedawna finansowali leczenie poważnie chorych we francuskich szpitalach, z podróżą lotniczą włącznie, postanowili wybudować w Papeete nowoczesny szpital: ogromny, świetnie wyposażony i o wiele za duży na lokalne potrzeby. Na Polinezji jest wyższa niż we Francji płaca minimalna, 1200 euro, dwukrotnie wyższe są pensje i emerytury, nauczyciel zarabia nawet 3 tys. euro, a farmaceuta 5 tys. Pensja ministra to 49 tys. euro. Rozbudowany jest system socjalny, a podatki niższe. Francuski rząd, także z powodu kryzysu, myśli teraz o stopniowym ograniczaniu dotacji, o mobilizowaniu ludzi do pracy.

Przez wiele kadencji prezydentem Polinezji Francuskiej był Gaston Flosse, lider konserwatywnej partii Zgromadzenie Powszechne, prawie dyktator, przyjaciel prezydentów de Gaulle’a, a potem Chiraca. Dziś wychodzi na jaw, że oprócz przyjaźni Flosse’a i Chiraca łączyły korupcyjne interesy. Ale prawdą jest, że właśnie za prezydentury Chiraca dotacje i inwestycje francuskie stale rosły. Rosło też poparcie dla zwolenników niepodległości. Pięć lat temu prezydent Flosse przegrał w wyborach z liderem niepodległościowców Oscarem Temaru. Francja pogroziła palcem, zapowiadając wstrzymanie dotacji. Skończyło się na przedterminowych wyborach, które wygrał Gaston Tong Sang. Ci trzej panowie kilka razy zamieniali się miejscami. W niedawnych, też przedterminowych, wyborach znów zwyciężył Temaru.

Partia niepodległościowa jest liczącą się siłą polityczną, na wielu wyspach jej hasła popiera nawet połowa mieszkańców, a niebiesko-biało-niebieskie flagi powiewają w obejściach. Skrzydeł walczącym dodały protesty przeciwko francuskim doświadczeniom jądrowym na atolu Moururoa w archipelagu Tuamotu. Wprawdzie Francuzi, w związku z doświadczeniami jądrowymi właśnie, zaczęli szczodrze dotować gospodarkę i infrastrukturę Polinezji, powstały lotniska i drogi, ale, zdaniem wielu, cena, jaką zapłaciły wyspy, była niewyobrażalna.

Philippe Oopa, wielki, brodaty mężczyzna z dłonią jak bochen chleba, wieloletni współpracownik Temaru, właściciel niewielkiego pensjonatu na wyspie Tahaa, mówi: – Francja robi tutaj, co chce, nas nie pyta o zdanie. Choćby doświadczenia jądrowe. A my nie możemy nic zrobić bez zgody Paryża. Nie chcemy wciąż o wszystko pytać. Polinezyjskiego dopiero od niedawna uczy się w szkołach, zaledwie kilka godzin tygodniowo

– Mamy perły, wanilię, ryby – wylicza Philippe zalety lokalnej gospodarki, w przekonaniu, że Polinezja poradzi sobie bez pieniędzy z Paryża. Gdzieś w podtekście jest wiara w amerykańskie dolary. Przeciwnicy niezależności przypominają, że bez francuskich dotacji stopa życiowa spadłaby niewyobrażalnie, Polinezja obsunęłaby się do poziomu pobliskich wysp Vanuatu, gdzie po latach niepodległości jest marazm i ruina.

Perły to za mało. Zresztą branża przeżywa kryzys, fermy pereł rzucają na rynek za dużo towaru, cena spadła drastycznie, a konkurencja w branży jest mordercza. Spada też liczba turystów, których w najlepszym turystycznie roku przyjechało na Polinezję 250 tys. W ubiegłym już poniżej 180 tys. W tym przyjedzie pewnie jeszcze mniej z powodu kryzysu i bardzo wysokich cen usług na miejscu. Lokalną specjalnością były podróże poślubne zamożnych Amerykanów. Ale i ten rynek się kurczy. Wysokie ceny najbardziej dotykają obieżyświatów z Europy i Ameryki, skuszonych urodą tropików.

Ale nigdy nie było tu tłumów jak na Hawajach, gdyż nie ma wielkich hoteli i nie wolno ich budować. Każdy musi mieć własną oczyszczalnię i stację uzdatniania wody, ścieki nie mogą płynąć do morza, bo umierają koralowce, a wtedy znikają kolorowe ryby, a za nimi odpływają turyści. Na każdą inwestycję potrzeba francuskich pieniędzy. Przeciwnicy autonomii przypominają, że nie ma też wykształconej kadry nieskorumpowanych urzędników.

Independentyści niechętnie akceptują obcych, którzy próbują inwestować lub osiąść na stałe. Eryk Grabowski, potomek polskich emigrantów z Francji, który z żoną Agnes i przyjaciółmi wydzierżawił Pension Mauarii na wyspie Huahine, opowiada, jak musiał tłumaczyć natarczywie nawiedzającym go sąsiadom, że nie chce odebrać ich ziemi, że daje kilku osobom z sąsiedztwa pracę i pieniądze. Chyba ich nie przekonał do końca.

Dzięki szczodrości przyrody i metropolii na wyspach żyje się łatwo i w dostatku. Ale trudno się dziwić, że fiu dopada mieszkańców tak często.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj