San Suu Kyi Aung

Pani z Birmy
Przygotowując się do wyborów parlamentarnych w 2010 r. birmańscy generałowie po raz kolejny wydłużyli niewolę noblistce i liderce demokratycznej opozycji – Aung San Suu Kyi.
Zniszczona siedziba Ligi na rzecz Demokracji, partii Suu Kyi
Grzegorz Stern/Polityka.pl

Zniszczona siedziba Ligi na rzecz Demokracji, partii Suu Kyi

Dwuletnia noblistka na pierwszym planie, z rodziną - pochodzi z ranguńskiego muzeum poświęconego pamięci jej ojca
Grzegorz Stern/Polityka.pl

Dwuletnia noblistka na pierwszym planie, z rodziną - pochodzi z ranguńskiego muzeum poświęconego pamięci jej ojca

Wiec poparcia dla Suu Kyi w Tokio w 2009 r.
BEW/BEW

Wiec poparcia dla Suu Kyi w Tokio w 2009 r.

Z domu przy ulicy Uniwersyteckiej 54 zabrano ją do cieszącego się złowieszczą sławą więzienia pod Rangunem. Aung San Suu Kyi, liderka demokratycznej opozycji, stanęła przed sądem z kwiatem jaśminu we włosach, nie przyznając się do zarzutu złamania warunków aresztu domowego, gdzie spędziła ostatnie lata. Z apelem o wolność dla noblistki przybył do Birmy Ban Ki-moon, sekretarz generalny Narodów Zjednoczonych, ale u rządzących krajem generałów nie wyprosił nawet spotkania z najbardziej znanym więźniem sumienia świata. W zakończonym 11 sierpnia procesie Aung San Suu Kyi została skazana na kolejne osiemnaście miesięcy aresztu domowego.

Proces wytoczono jej z powodu przedziwnego pomysłu amerykańskiego turysty. Na początku maja John William Yettaw przepłynął jezioro, nad którym położony jest dom-więzienie Suu Kyi i poprosił o nocleg, najpewniej z głupoty dając armii pretekst do wydłużenia jej niewoli. Yettaw został złapany w drodze powrotnej z nadmuchiwanymi pontonikami na ramionach. Za złamanie lokalnego prawa zasądzono mu siedem lat ciężkich robót. Po pięciu dniach wspaniałomyślnie darowano mu winę i wyrzucono z kraju.

Zachodni świat może się temu tylko biernie przyglądać. Po dwudniowych obradach Rada Bezpieczeństwa ONZ - Chiny i Rosja tradycyjnie sprzeciwiły się ostrzejszemu stanowisku - wyraziła „poważne zaniepokojenie" sytuacją w Birmie. W odpowiedzi generałowie - tradycyjnie głusi na apele i groźby - wysłali na ulice Rangunu dodatkowe patrole żołnierzy, aresztując dziesiątki stronników wielbionej w Birmie opozycjonistki. „Kochamy panią Suu Kyi jak matkę" - można usłyszeć od ranguńskich rikszarzy.

W czasie procesu na ulicach Rangunu, największego miasta Birmy, dodatkowe patrole żołnierzy aresztowały rozdających antyrządowe ulotki stronników Aung San Suu Kyi. W delcie rzeki Irrawaddy, gdzie z zeszłym roku dziesiątki tysięcy zginęły po uderzeniu cyklonu, za modlitwę w intencji jej wolności skazano dwóch mężczyzn.

Córka ojca niepodległości

Końcówka lat 80. ubiegłego wieku. W dniu, w którym jej życie bezpowrotnie staje na głowie, Aung San Suu Kyi odbiera telefon w swoim oksfordzkim mieszkaniu. Następnego dnia, zostawiając w Anglii męża i dwóch synów, podróżuje do Rangunu, gdzie do szpitala trafia jej sparaliżowana matka. Jest kwiecień 1988 r. W rządzonej przez juntę wojskową Birmie wybucha rewolucja. Do protestów studentów przyłączają się mnisi, nauczyciele, robotnicy. Żądają wolnych wyborów, pełnej miski ryżu, swobód obywatelskich. Jak tarcze niosą portrety generała Aung Sana, ojca birmańskiej niepodległości, zabitego w zamachu w 1947 r.

Córka generała, Aung San Suu Kyi, ogląda rewolucję znad szpitalnego łóżka matki. Każdego dnia korytarze kliniki zapełniają się rannymi od kul i bagnetów. Do szpitalnej kostnicy zwozi się trupy czterdziestu jeden studentów, którzy udusili się w zaryglowanej wojskowej ciężarówce. Po Rangunie - przesądni Birmańczycy szepcą, że nie ma w tym przypadku - rozchodzą się plotki o jej powrocie do kraju. Suu Kyi spotyka się z liderami studenckimi, politykami kruchej opozycji, ludźmi z ulicy. Przystaje na ich prośby, by wygłosić mowę ze schodów świętej pagody Shwedagon, skąd przed laty przemawiał jej ojciec.

Dla lepszego miejsca, jeszcze zeszłej nocy tysiące koczują pod gołym niebem. Suu Kyi, ubrana w londżi, czyli tradycyjną spódnicę i gumowe klapki, opowiada się po stronie protestujących. Kilkusettysięczny tłum wielokrotnie zagłusza ją oklaskami, aż mnisi muszą uciszać co niesforniejszych. Po kraju rozpowiada się o córce bohatera narodowego, przemawiającej tym samym prostym, zrozumiałym językiem. - Byli ulepieni z tej samej gliny. Uwierzyliśmy, że demokracja jest na wyciągnięcie ręki - szepcą dziś uczestnicy tamtego wiecu. Kiedy wojskowi surowo zakażą publicznego wymawiania jej imienia, Birmańczycy nazwą ją Lady, czyli - Pani.

Rewolta upada trzy tygodnie później. Podczas gdy Aung San Suu Kyi bezczynnie czeka na rozwój wypadków, generałowie dokonują zmian w czubie junty i ogłaszają się prawowitym rządem. Dla wygaszenia wrogich nastrojów, ale też przekonani, że dysponując potężnym aparatem władzy bez trudu je wygrają, godzą się na wybory do parlamentu. Suu Kyi staje na czele opozycyjnej Ligi na rzecz Demokracji. Zaraz potem pierwszy raz trafia do aresztu domowego przy ulicy Uniwersyteckiej.

Papież prosi o wizę


- Człowieku, potrafi być twarda! - powiedział mi w Rangunie birmański dyplomata. Birmańczycy, którzy mają odwagę mówić o spotkaniu z Suu, opowiadają o jej oksfordzkiej angielszczyźnie, nienagannych manierach, prostych plecach buddystki godzinami praktykującej jogę. Jak ojciec, jest uparta jak osioł, bezkompromisowa, niekiedy - wyniosła. Po przypadkowym powrocie do Birmy jej życie przypomina zwariowaną karuzelę. Suu Kyi podróżuje po kraju, zdobywając miliony sympatyków. Nie odzyskawszy sił po zawale, umiera jej matka. Liga wysoko wygrywa wybory do parlamentu, ale wojskowi, ogłaszając, że w istocie wybrano tylko ciało do napisania konstytucji, nie oddają władzy. Nareszcie - w 1991 r., za działania na rzecz demokracji, Aung San Suu Kyi dostaje Pokojową Nagrodę Nobla, która dla Birmańczyków była tym, czym dla nas Nobel dla Lecha Wałęsy.

O nagrodzie dowiaduje się z radia. Przywykła do podróży po świecie - jako nastolatka mieszka z matką w Indiach, potem w Anglii, Stanach Zjednoczonych, Butanie - Suu Kyi kolejne lata spędza w niewoli. Każdego dnia - pisze o tym w książce „Letters from Burma" - wstaje o 4.30. Medytuje, słucha birmańskiej sekcji BBC, czyta, uczy się francuskiego i japońskiego. Cieszy się rzadkimi wizytami zagranicznych dyplomatów.

Kiedy w 1995 r. opuszcza areszt, porównuje się ją do Nelsona Mandeli, południowoafrykańskiego lidera walki z apartheidem. Pielgrzymują do niej dziennikarze z całego świata, jej zdjęcia można zobaczyć na czołówkach gazet i okładkach kolorowych magazynów. W wywiadach nawołuje do pokojowych metod walki z reżimem. - Walka zbrojna tylko dołoży się do spirali nienawiści, która przyniosła Birmie bezmiar nieszczęścia - mówi. Jej międzynarodowa sława nigdy jednak nie przełożyła się na realną siłę polityczną w kraju. Liga na rzecz Demokracji, choć legalna, jest szykanowana na każdym kroku. Reżim zamyka biura partii, odcina linie telefoniczne, jej sympatycy umierają w więzieniach. W 1998 r. Suu Kyi spędziła sześć dni w aucie na poboczu drogi, po tym, jak władze nie pozwoliły jej na podróż poza Rangun. W 2000 r. ponownie osadzono ją w areszcie.

W latach 90. kilkakrotnie odwiedził ją mąż, brytyjski uczony Michael Aris. Poznali się w Oksfordzie, gdzie Suu Kyi studiowała filozofię, nauki polityczne i ekonomię. Kiedy w 1999 r. Aris umierał na raka prostaty, generałowie, głusi na apele świata, w tym Jana Pawła II, nie przyznali mu birmańskiej wizy. Na wyjazd do Anglii - nic się nie zmieniło, może wyjechać choćby dziś - nie zdecydowała się też Suu, przekonana, że byłaby to podróż w jedną stronę. W jednym z listów pisała do narzeczonego: „Proszę Cię tylko o jedno, jeśli mój kraj będzie mnie potrzebował, pomóż mi spełnić obowiązek". 

 

Pod naciskiem Zachodu i azjatyckich sąsiadów, junta kilkakrotnie próbowała ułożyć się z Suu Kyi. Do najbardziej zaawansowanych rozmów doszło w 2002 r. Khin Nyunt, ówczesny premier i szef potężnej bezpieki, w zamian za gwarancje bezpieczeństwa dla generałów miał jej zaproponować tekę wicepremiera w rządzie pojednania narodowego. Wysoki stopniem oficer reżimowego wojska utrzymuje, że Suu Kyi na to przystała. Z nieznanych powodów generałowie rozmowy zerwali, osadzając rosnącego w siłę premiera w areszcie domowym. Przebywa w nim do dziś.

Gdy w 2002 r. wojskowi ponownie darowali Aung San Suu Kyi wolność, mieli nadzieję na poluzowanie zachodnich sankcji gospodarczych. Ale demokratyczny świat nie zareagował, domagając się przeprowadzenia uczciwych wyborów i uwolnienia wszystkich dwóch tysięcy więźniów politycznych. Nie mając pomysłu, co zrobić z coraz bardziej kłopotliwą noblistką, wydali na nią wyrok śmierci.

W maju 2003 r. podróżującą po kraju kolumnę aut Suu Kyi zatrzymują dwaj przebrani za mnichów tajniacy. Proszą o rozmowę, a z przydrożnych krzaków wysypują się setki pijanych, uzbrojonych mężczyzn. Biją na odlew, roztrzaskują głowy o kamienie, dźgają nożami. W masakrze ginie kilkadziesiąt osób. Ochraniarze, ratując jej życie, otaczają samochód Suu podwójnym pierścieniem. Kierowca przebija się przez walczących i pędzi do najbliższego miasteczka, gdzie pełno jest wojska i policji. Aung San Suu Kyi - który to już raz? - ponownie trafia do niewoli, gdzie pozostaje do dnia, w którym amerykański turysta przepływa jezioro i prosi o gościnę.

Zbiór Osobliwych Zwycięstw


Birmański dyplomata twierdzi, że nie odzyska wolności przed zaplanowanymi na 2010 r. wyborami parlamentarnymi. Nowa konstytucja, zabraniając ubiegania się o najwyższe urzędy tym, którzy poślubili cudzoziemca, gwarantuje armii czwartą część miejsc w nowopowstałym parlamencie, urząd prezydenta, możliwość przejęcia władzy w dowolnej chwili. Liga na rzecz Demokracji nie zostanie dopuszczona do elekcji. Jedyną opozycją parlamentarną będą partie mniejszości etnicznych, z którymi po latach wojny domowej zawarto zawieszenie broni. Nie stanowią one dla junty zagrożenia. Czy 64-letnia dziś Suu Kyi będzie miała dość siły, by wzywać do pokojowej walki z legalnym - przynajmniej na papierze - rządem? Jak długo sami Birmańczycy będą widzieć w zniewolonej staruszce lidera starcia z półmilionowym wojskiem?

Jedynym miejscem publicznym w Birmie, gdzie znajdują się zdjęcia Suu Kyi, jest ranguńskie muzeum poświęcone pamięci jej ojca. W piętrowym drewnianym domu można zobaczyć odręczne notatki generała Aung Sana, książki, przedwojenny gramofon Philipsa. Na werandzie szydełkuje starsza pani. Każe wpisać się do żółtego zeszytu. Spytana o dwuletnią dziewczynkę z fotografii niespokojnie ogląda się przez ramię; imię dziecka - Aung San Suu Kyi - po birmańsku znaczy: Świetlisty Zbiór Osobliwych Zwycięstw.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj