Reforma zdrowotna w USA - Ameryka protestuje

Obama się łamie
Bitwa Baracka Obamy o reformę ochrony zdrowia przebiega równie niepomyślnie jak wojna w Afganistanie. Sprawa nie jest jeszcze przegrana, ale los flagowego projektu demokratów stoi pod znakiem zapytania.
Reforma zdrowia w USA budzi prostesty różnych środowisk.
Ivy Dawned/Flickr CC by SA

Reforma zdrowia w USA budzi prostesty różnych środowisk.

Czy Obama - jak Clinton i inni prezydenci przed nim - też połamie sobie zęby na próbie naprawy chorej amerykańskiej opieki zdrowotnej? W czasie sierpniowej przerwy w Kongresie demokratyczni legislatorzy wyruszyli w teren z zadaniem przekonywania do reformy. Zorganizowane w stanach spotkania z wyborcami, town meetings, okazały się piarowską katastrofą - widownią awantur i burzliwych protestów przeciw rządowemu planowi i całej polityce Obamy. Demokraci wysłuchiwali emocjonalnych tyrad wyborców; na transparentach przynoszonych na wiece widniał sierp i młot albo portrety prezydenta jako Hitlera. Dochodziło do bójek i przepychanek.

Reforma - gardłowali demonstranci - to próba wprowadzenia socjalizmu, a przynajmniej przejęcia przez rząd ochrony zdrowia, usługi medyczne będzie się racjonować, a staruszków odłączać od aparatury, aby oszczędzić na leczeniu. Emeryci wyrażali paniczny lęk, że rząd zabierze ich prywatne plany ubezpieczeniowe albo zredukuje świadczenia z federalnego funduszu Medicare. Inni ostrzegali, że reforma powiększy deficyt i doprowadzi kraj do ruiny. Demokratyczni politycy wyglądali na zupełnie nieprzygotowanych do konfrontacji.

Motłoch i snoby 

Demagogiczne argumenty o socjalistycznej medycynie i panelach śmierci (autorstwa Sarah Palin) były echem kampanii w konserwatywnych stacjach radiowych i telewizji Fox News, gdzie codziennie odbywa się sabat czarownic w wykonaniu Rusha Limbaugh, Seana Hannity i Glena Becka. Demokraci w Waszyngtonie (Nancy Pelosi) i dziennik „New York Times” (Paul Krugman) nazwali protesty rządami motłochu, ale wywołało to efekt przeciwny - oto elitarne snoby gardzą troskami prawdziwych Amerykanów - i jeszcze bardziej podsyciło furię. Kampania opozycji zadziałała - poparcie dla reformy spadło. Według sondażu ośrodka badań opinii Rasmussen Report, o ile rok temu tylko 29 proc. społeczeństwa uznawało system opieki zdrowotnej w USA za dobry lub doskonały, to obecnie ocenia go tak aż 48 proc. Zmianę można wytłumaczyć tylko skutecznym straszeniem reformą. 68 proc. Amerykanów za dobry uważa swój plan ubezpieczeniowy. Nie chcą, by jego zmiany były ceną za ubezpieczenie 47 mln rodaków, którzy polis nie mają.

Sukces antyreformatorskiej kampanii nie wystawia dobrego świadectwa amerykańskiej demokracji - dowodzi podatności Amerykanów na demagogię frazesów o rządzie, który wszystko robi źle, i łatwości manipulacji. Przeciwnicy reformy roztaczają złowrogą wizję europejskiej, znacjonalizowanej służby zdrowia, którą Obama rzekomo chce wprowadzić, chociaż model single payer (jednego płatnika), czyli państwowej, powszechnej opieki - zresztą zróżnicowany w Europie, gdzie np. we Francji i Niemczech szpitale i ubezpieczalnie są prywatne - został z góry wykluczony jako niemający w Ameryce żadnych szans.

W projekcie znalazła się tylko propozycja utworzenia federalnego funduszu ubezpieczeniowego na wzór Medicare dla emerytów, pomyślanego jako alternatywa dla około 1300 prywatnych towarzystw ubezpieczeniowych, które łupią klientów, podnosząc składki i mimo kryzysu notując rekordowe zyski. Na giełdzie klient mógłby wybrać między firmą prywatną a opcją publiczną. Ta ostatnia napotkała jednak zażarty opór firm ubezpieczeniowych, lekarzy i szpitali. Ubezpieczyciele boją się, że fundusz będzie uprzywilejowany i odbierze im klientów, a dostawcy usług medycznych obawiają się, że wypłacane z niego stawki będą niższe (jak z Medicare). Te właśnie grupy nacisku nakręcają propagandową machinę przeciwko opcji publicznej jako nowemu czerwonemu niebezpieczeństwu.

Machina ruszyła 

Ich presji ulegli wszyscy republikanie - twardo zapowiadają, że nie zagłosują na reformę, jeśli znajdzie się w niej państwowy fundusz. Uginają się nawet niektórzy konserwatywni demokraci. Ekipa Obamy zaczęła się wahać. Jego minister zdrowia, szef kancelarii prezydenckiej Rahm Emanuel, a nawet sam prezydent, oświadczają teraz, że opcja publiczna nie jest najistotniejsza. Zamiast tego wysunięto propozycję kooperatyw firm ubezpieczeniowych jako bardziej strawną dla opozycji. Wywołało to gniew lewicy w Kongresie, która z kolei zagroziła, że nie zagłosuje na reformę bez funduszu państwowego. Konkurencja - argumentują promotorzy reformy - zmusiłaby prywatnych ubezpieczycieli do obniżania cen i doprowadziłaby także do obniżenia cen usług medycznych. Progresywiści zarzucili Obamie, że nie dość twardo broni reformy, ustępując potężnemu lobby. Oczekiwaliśmy - mówią - silniejszego przywództwa.

Prezydenta krytykują też zwolennicy ostrożniejszych rozwiązań, zdaniem których niepotrzebnie zlecił on opracowanie ustawy Kongresowi, gdzie rządzi lewe skrzydło demokratów. Kongres cieszy się znacznie mniejszym zaufaniem i popularnością niż prezydent. Ludzie Obamy chcieli uniknąć błędu Clintona, kiedy reformę przygotowywał w tajemnicy Biały Dom, ale wpadli w drugą skrajność. W rezultacie notowania Obamy w sondażach spadły w ostatnich tygodniach.

Przykładem propagandowej manipulacji GOP - jak potocznie nazywa się republikanów - było też wmawianie wyborcom, że Obama planuje objęcie ubezpieczeniami 10 mln nielegalnych imigrantów - reforma przewiduje to tylko dla legalnych. Innym skutecznym manewrem stało się straszenie panelami śmierci, które miałyby decydować o przedłużaniu życia terminalnie chorych. Opozycja podchwyciła tu przepis ustawy mówiący, że Medicare będzie refundować lekarzom koszty konsultacji z pacjentami i ich najbliższymi na temat leczenia w sytuacji np. śpiączki lub utraty władz umysłowych.

Rozwiązanie to popierali wcześniej sami republikanie. Autorzy reformy popełnili jednak błąd, wstawiając ten przepis do części ustawy rozważającej sposoby obniżenia kosztów usług medycznych. Łatwo było więc straszyć emerytów, że rząd, choć tego nie przyzna, będzie oszczędzał, odłączając babcię od kroplówki. Koszty leczenia osób starszych pokrywane z Medicare stanowią coraz większy ciężar dla budżetu z powodu starzenia się społeczeństwa.

Obniżenie kosztów usług medycznych w ogóle, które w USA są dwa razy wyższe niż w innych krajach wysoko uprzemysłowionych, miało być jednym z głównych celów reformy. Tutaj jednak jej autorzy zawiedli - opozycja ma rację. Obama obiecuje, że reforma spłaci się sama i na dłuższą metę zmniejszy koszty leczenia. Eksperci wykazują, że jest inaczej. Niezależne Kongresowe Biuro Budżetowe (CBO) obliczyło, że rozszerzenie ubezpieczeń na wszystkich, wymagające subsydiowania biedniejszych, których nie stać na drogie polisy prywatne, będzie kosztować w najbliższej dekadzie bilion dolarów i powiększy deficyt o prawie 240 mld dol. Dodatkowych wydatków nie zrównoważą zapowiadane wyższe podatki od milionerów. Trzeba będzie uderzyć po kieszeni także innych - a Obama przyrzekał, że spotka to tylko bogaczy. Albo obciąć nakłady na Medicare i Medicaid (ubezpieczenia dla uboższych), które pochłaniają jedną trzecią budżetu.

Co do redukcji kosztów usług medycznych, w projekcie ustawy zaproponowano tylko rozmaite programy pilotażowe. Nie upoważniono np. ministra zdrowia do dalej idącej kontroli cen usług, jakby obawiając się zarzutów o nadmierną interwencję rządu. Zasadnicza redukcja kosztów wymagałaby zmiany reguł wynagradzania lekarzy, którzy są w USA opłacani od każdej wykonanej procedury osobno, co zachęca do ich niepotrzebnego mnożenia. Ustawa przewiduje tu tylko przetestowanie systemu opłacania za całość kuracji - kolejny półśrodek. Zapisywanie zbędnych leków i testów jest głównym mankamentem amerykańskiej opieki zdrowotnej także dlatego, że lekarze asekurują się w razie pozwów o błąd w sztuce, a poza tym sami ubezpieczają się przeciw nim, przerzucając koszty na pacjentów. Odejście od defensywnej medycyny byłoby możliwe m.in. poprzez ograniczenie kwot odszkodowań. Jednak zmiana zakorzenionej praktyki skarżenia lekarzy przed sądami jest trudna dla demokratów, ponieważ prawnicy cywiliści należą do ich największych politycznych sponsorów.

Marksista Obama 

Los reformy rozstrzygnie się niedługo, na rozpoczynającej się właśnie jesiennej sesji Kongresu. Obama wciąż liczy na dogadanie się z republikanami - negocjacje toczą się w Komisji Finansowej Senatu w gronie sześciu centrowych senatorów z obu partii. Podobno porozumiano się już w kilku ważnych sprawach, jak powszechny obowiązek ubezpieczenia, dotacje na ten cel finansowane przez pracodawców i podatnika, oraz wymóg, żeby ubezpieczyciele przyjmowali wszystkich klientów, włącznie z cierpiącymi na rozmaite choroby. Spór toczy się o to, kto poniesie największe ciężary finansowe reformy. Republikanie usztywnili się też w oporze wobec państwowego funduszu, przy czym stanowczo upiera się demokratyczne kierownictwo na Kapitolu. Biały Dom naciska na maksymalistów we własnej partii, by zgodzili się na ustępstwa, jako że lepsza niedoskonała reforma niż żadna. Jeśli debata przeciągnie się na przyszły rok, szanse na uchwalenie odpowiedniej ustawy stopnieją, gdyż zacznie się kampania przed wyborami do Kongresu.

Na bardzo spolaryzowanej dziś amerykańskiej scenie politycznej coraz trudniej jednak o kompromisy. Konserwatywne kierownictwo Partii Republikańskiej rozumie, jakim sukcesem byłaby dla Obamy reforma, po raz pierwszy zapewniająca wszystkim Amerykanom bezpieczeństwo zdrowotne, więc podejrzewa się, że pragnie do tego nie dopuścić za wszelką cenę.

W Izbie Reprezentantów, gdzie demokratyczna większość jest znaczna, będzie to trudne, ale GOP liczy na impas w Senacie. Po śmierci senatora Kennedy’ego i wobec choroby kilku innych swoich senatorów demokraci nie mają już tam superwiększości 60 głosów, potrzebnej do przełamania obstrukcji parlamentarnej (filibuster) i liczą na pomoc kilkorga umiarkowanych republikanów. Kierownictwo GOP stara się tych ostatnich przekonać, aby przeciągali negocjacje w nieskończoność. Niepewne jest też stanowisko konserwatywnych demokratów z południa, którzy boją się narazić wyborcom, gdyż w ich stanach Obama uchodzi za marksistę.

Liderzy demokratyczni w Kongresie zagrozili więc, że mogą przeforsować reformę zwykłą większością głosów (51), w procedurze reconciliation. Można tak uchwalać tylko ustawy budżetowe, ale reformę - zdaniem ekspertów - tak właśnie można byłoby zinterpretować, przynajmniej częściowo, a resztę przepchnąć w osobnej ustawie. Komentatorzy przestrzegają jednak przed uchwalaniem reformy bez dwupartyjnego mandatu i szerszego społecznego poparcia. „Byłaby to oznaka niesłychanej arogancji” - napisał w dzienniku „New York Times” David Brooks, ostrzegając, że Obama popełniłby polityczne samobójstwo. To ostatnie dotyczy bardziej demokratów, ponieważ spadnie wtedy na nich wyłączna odpowiedzialność za ewentualne niepowodzenia i braki reformy. Niektórzy mogą przegrać przyszłoroczne wybory.

Biorąc pod uwagę te realia, Biały Dom wybierze prawdopodobnie dość daleko idące ustępstwa i w drodze zakulisowych układów z wahającymi się legislatorami wyłoni się wersja reformy będąca - jak to określił były doradca Clintona Paul Begala - właściwą mieszanką zasad i pragmatyzmu. Obama jest realistą i wie, że można reformować stopniowo. Także państwowy fundusz emerytalny Social Security, uchwalony za prezydentury Roosevelta, początkowo wyłączał np. farmerów i całe kategorie robotników, ale z czasem objął wszystkich. Powstanie więc zapewne produkt mocno rozwodniony. Ciekawe tylko, czy reforma ograniczy koszty opieki zdrowotnej, które grożą Ameryce bankructwem. Czy nie będą się z tego tłumaczyć dopiero następni prezydenci?

Autor jest korespondentem PAP w Waszyngtonie.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj