Westerwelle Guido

Big Guido
Wybory w Niemczech wygrał Janusz Palikot tamtejszej polityki. Przywódca liberałów Guido Westerwelle wchodzi do koalicji rządowej i szykuje się do roli wicekanclerza.

Uśmiechnięta twarz, sportowa sylwetka, mocny głos – Guido Westerwelle nie wygląda na swoje 47 lat. Dopiero z bliska widać, że jego uśmiech to sztuczny grymas, a twarz jest poorana latami klęsk i upokorzeń. Od tygodnia szef niemieckich liberałów nie musi już robić dobrej miny do złej gry – we wrześniowych wyborach do Bundestagu zgarnął rekordowe 14,6 proc. głosów, uratował Angelę Merkel przed powtórką wielkiej koalicji i katapultował Wolną Partię Demokratyczną (FDP) do rządu. Rzadko można oglądać polityka tak ogłuszonego własnym sukcesem.

 

Na konferencji prasowej reporter BBC pyta po angielsku: – Jak zmieni się polityka zagraniczna Niemiec pod pana kierownictwem? Westerwelle drętwieje, w końcu odpowiada po niemiecku: – Z całym szacunkiem, tak jak w Wielkiej Brytanii przyjęło się mówić po angielsku, tak w Niemczech mamy zwyczaj mówić po niemiecku. Skruszony Brytyjczyk powtarza pytanie przez tłumacza, ale nie dostaje odpowiedzi. – To nie czas ani miejsce – zbywa go Westerwelle. I żeby nikt nie pomyślał, że ma kłopoty z angielskim: – Poza konferencją możemy spotkać się przy herbacie i porozmawiać tylko po angielsku. Ale jest pan w Niemczech.

Niemcy nie są tego tacy pewni, gdy widzą nowego wicekanclerza. Niepewność tym większa, że szef FDP zawsze był bardzo rozmowny, gdy w pobliżu były kamery. Jak wtedy, gdy w 2000 r. wszedł do domu Wielkiego Brata i przez pół godziny pił piwo z ósemką lokatorów formatu Dody, licząc, że wkupi się w łaski młodych wyborców. Miliony niemieckich telewidzów zrywały boki, patrząc, jak überliberał próbuje znaleźć wspólny język z niemiecką unterklasą. – Ceny benzyny są na gównianym poziomie – to najcenniejsza myśl, jaką udało mu się wtedy przemycić.

Wszyscy w Niemczech pamiętają Guidomobil, kampera w kanarkowych barwach FDP, którym Westerwelle jeździł po kraju, prowadząc kampanię w 2002 r. Potem były ogłoszenia wyborcze stylizowane na reklamy sekstelefonu i występy w butach z żółtą osiemnastką na podeszwie – tyle procent głosów miała osiągnąć FDP siedem lat temu. Skończyło się na marnych 7,4 i łatce dyżurnego błazna niemieckiej polityki. To wtedy do Westerwellego przylgnęło przezwisko Spaß-Guido, Guido-wygłup, od jego własnej deklaracji, że uprawia Spaßpolitik, politykę wygłupów.

Dziś Westerwelle zasiada w Berlinie do rozmów o utworzeniu rządu. FDP zdobyła najlepszy wynik w swojej historii i dość mandatów, by zawrzeć z CDU/CSU czarno-żółtą koalicję. A raczej żółto-czarną, jak chce „Der Spiegel”, bo gdyby nie Westerwelle, Merkel tkwiłaby dalej w wielkiej koalicji, i to FDP będzie w nowym rządzie motorem reform. Co najlepsze, swoje wielkie zwycięstwo liberałowie odnieśli w środku kryzysu wywołanego dokładnie tą polityką gospodarczą, którą zalecali przez 11 lat spędzonych w opozycji.

Nowy wicekanclerz

W 60-letniej historii RFN liberałowie byli u władzy aż 41 lat, u boku zarówno CDU, jak i SPD. Dopóki do Bundestagu nie weszli Zieloni, tylko FDP mogła zapewnić chadekom lub socjaldemokratom większość, a wybierając koalicjanta, pośrednio wybierała także kanclerzy. Bez liberałów nie byłoby rządów Konrada Adenauera, Willy’ego Brandta, Helmuta Schmidta ani Helmuta Kohla. Gdy w 1998 r. ostatni raz żegnali się z władzą, mieli za sobą 29 lat nieprzerwanej obecności w rządzie. Nikt w FDP nie sądził, że powrót zajmie aż 11 lat, a już na pewno nie jej młody i żądny władzy sekretarz generalny Guido Westerwelle.

Partia, którą miał odziedziczyć trzy lata później, znajdowała się w stanie rozkładu. Jeszcze za rządów Kohla FDP wyleciała z 12 Landtagów, zyskując niepochlebne miano damy bez podbrzusza. Wkrótce straciła także głowę – pochodnię liberalizmu przejęła SPD, a dyskurs swobód obywatelskich, na którym opierała się FDP Hansa-Dietricha Genschera, przechwycili Zieloni, tworząc nawet własny odpowiednik słynnego szefa dyplomacji w osobie Joschki Fischera. Żeby nie skończyć jako grabarz własnej partii, Westerwelle musiał wymyślić coś nowego.

I wymyślił: w miejsce demokracji podstawił gospodarkę, swobody obywatelskie zamienił na niskie podatki. Zrobił z FDP partię bogatych mieszczan i przedsiębiorców, „lepiej zarabiających”, jak sam kiedyś nazwał swój rdzenny elektorat. A ponieważ czysty neoliberalizm marnie się w Niemczech sprzedaje, Westerwelle próbował opakować go w luzactwo, poczucie humoru i nowoczesność, licząc, że w ten sposób przyciągnie wyborców. Stąd wygłupy z „Big Brotherem”, Guidomobilem i cyferkami na podeszwach. Skutki były opłakane: coraz większa kompromitacja przywódcy i słabe wyniki wyborcze w 1998 i 2002 r.

Wielka koalicja

Jest jedna cecha, na której Westerwelle mógł zbić polityczny kapitał, gdyby tylko miał do tego odwagę. W 2001 r. socjaldemokrata Klaus Wowereit mówi publicznie: jestem gejem, po czym zostaje burmistrzem Berlina. Niewiele później chadek Ole von Beust podwaja swoje notowania w Hamburgu, ujawniając próbę szantażu ze strony politycznego rywala. W Bundestagu orientacja Westerwellego jest tajemnicą poliszynela, ale on sam długo pielęgnuje wizerunek wiecznego kawalera. Ze swoim partnerem pokazuje się pierwszy raz dopiero cztery lata temu, na 50 urodzinach Angeli Merkel. Spóźniony coming out przechodzi bez echa.

Liberałom pomaga za to zmęczenie rządami lewicy. W wyborach w 2005 r. FDP podchodzi pod 10 proc. i po raz pierwszy ma widoki na władzę – SPD kusi ją trzypartyjną koalicją z Zielonymi. I tu Westerwelle po raz pierwszy pokazuje charakter: na własne życzenie pozostaje w opozycji, woli poczekać na Merkel. Poza tym wejście CDU do wielkiej koalicji pozwala FDP zająć miejsce poważnej opozycji, jedynej alternatywy dla socjalisty Oskara Lafontaine’a. Z szefem Die Linke łączy Westerwellego nie tylko talent oratorski, ale także skłonność do populizmu, choć zupełnie innej maści.

Lafontaine to typowy populista socjalny, tymczasem Westerwelle odkrywa populizm indywidualny. Gdy wielkie partie są zajęte ratowaniem banków, on zwraca się do pojedynczego wyborcy klasy średniej, wystraszonego państwowym rozdawnictwem i perspektywą spłacania długów wielkiej koalicji. Wyświechtana mantra o niższych podatkach nagle chwyta – jako sposób, by dać rządzącym jasny sygnał, że nie ma zgody na dalsze uspołecznianie kosztów kryzysu i zatrzymać falę roszczeń socjalnych, której uległby kolejny rząd CDU-SPD.

Lider FDP zagospodarował elektorat protestu przeciw wielkiej koalicji, ale też nowe pokolenie wyborców, którzy ukończyli studia, mają wysoko płatne prace i często żyją samotnie. To tzw. Leistungsindividualisten, wydajni indywidualiści, którzy wypadają z klasy średniej, ale nie dołem, jak zwalniani pracownicy Opla, tylko górą. Stanowią już 11 proc. niemieckiego społeczeństwa, nie korzystają z państwa socjalnego, a zamiast wyższych zasiłków, chcą niższych podatków. Westerwelle obiecał im ulgi na sumę 35 mld euro.

Kasy Republiki Federalnej są jednak puste, a deficyt budżetowy woła raczej o podwyżkę niż obniżkę podatków. Obecność FDP w rządzie wyklucza taką możliwość, pozostają więc cięcia wydatków. I o to tak naprawdę chodzi Westerwellemu: by pod pretekstem sprawiedliwszego systemu podatkowego ograniczyć niemieckie państwo socjalne. Chce zmusić Merkel do brutalnych reform, które ta zarzuciła, wstępując do wielkiej koalicji. Jeśli mu się nie uda, zostanie uznany za populistę i po następnych wyborach FDP wróci do opozycji. A na to nie może sobie pozwolić ani on, ani szefowa CDU.

Poza planem reform koalicjanci muszą uzgodnić obsadę stanowisk w rządzie. Tuż po wyborach wydawało się, że Westerwelle zostanie ministrem spraw zagranicznych – ten resort obejmują tradycyjnie wicekanclerze z mniejszych partii. Ale im dalej od wyborów, tym więcej osób wzywa go, by zajął się ekonomią, a nie dyplomacją. W końcu prowadził kampanię na haśle obniżania podatków i mógłby zażądać dla siebie superresortu finansów i gospodarki. Byłby bardziej widoczny niż w polityce zagranicznej, gdzie i tak dominuje Merkel, choć musiałby też ponieść wizerunkowe koszty swoich reform. W MSZ popularność ma gwarantowaną.

Żarty się skończyły

Złośliwi mówią, że dyplomacją Westerwelle zaczął się interesować rok temu, gdy w jego gabinecie pojawił się globus. Prawda jest taka, że szef FDP nie miał wcześniej żadnej styczności z polityką zagraniczną, a jego poglądy na sprawy międzynarodowe pozostają mgliste. Genscher i Fischer też nie mieli doświadczenia, obaj słabo mówili po angielsku, ale znali przynajmniej administrację – jeden był wcześniej federalnym ministrem spraw wewnętrznych, drugi ministrem środowiska Hesji. Westerwelle przez 21 lat kariery politycznej nie sprawował jeszcze żadnego urzędu.

Jeśli mimo to wybierze dyplomację, czeka go ostry start. Niemcy biorą udział w rozpoczętych właśnie rozmowach atomowych z Iranem, pośredniczą w procesie pokojowym między Izraelem a Palestyną, odgrywają kluczową rolę w przygotowaniach do szczytu klimatycznego w Kopenhadze i uzgodnieniach G20, nie mówiąc już o wojnie w Afganistanie i wprowadzaniu w życie traktatu lizbońskiego. Kilka z tych procesów wejdzie tej jesieni w decydującą fazę, a partnerzy zagraniczni oczekują, że nowy rząd Niemiec płynnie przejmie inicjatywę po zaprzysiężeniu 9 listopada. Na naukę może nie być czasu.

Kimkolwiek zostanie, Guido Westerwelle wie, że żarty się skończyły. – Zostajemy na dywanie, nie odlatujemy, robota dopiero się zaczyna – mówił tuż po zwycięstwie do uradowanych liberałów. Język niby podobny, ale to już nie ten sam Westerwelle, który udawał Tomasza Manna, pozując dla fotografów w białym garniturze na weneckiej gondoli. Mówi, że dojrzał. Od wyborów chodzi dostojnym krokiem, waży każde słowo, zamiast promienistych uśmiechów roztacza wokół siebie aurę powagi. W szatach męża stanu Spaß-Guido po raz pierwszy wygląda naprawdę śmiesznie.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną