Jak świętować 100-lecie niepodległości na ziemiach zachodnich?

Kłopotliwe stulecie
Szczecińska Filharmonia wrosła już w krajobraz miasta.
Cezary Aszkiełowicz/Agencja Gazeta

Szczecińska Filharmonia wrosła już w krajobraz miasta.

Czy mieszkańcy Szczecina, Wrocławia, Gorzowa Wielkopolskiego, Olsztyna będą mogli w końcu powiedzieć z przekonaniem, że po 70 latach są u siebie?
Muzeum Niepodległości w Warszawie/materiały prasowe

Czy mieszkańcy Szczecina, Wrocławia, Gorzowa Wielkopolskiego, Olsztyna będą mogli w końcu powiedzieć z przekonaniem, że po 70 latach są u siebie?

audio

AudioPolityka Edwin Bendyk Urszula Czerny Schwarzenberg - Kłopotliwe stulecie

Okazało się, że o sporze w Radzie Miasta o Georga Bendera wiedziało tylko 9 proc. badanych. Na pytanie, czy należy upamiętniać niemieckie dziedzictwo, pozytywnie odpowiedziało 72 proc. przedstawicieli miejskiej elity i 47 proc. studentów. Ale w próbie generalnej, reprezentującej ogół mieszkańców, idea spotkała się z uznaniem jedynie 19 proc. respondentów. Trudno o większy rozjazd opinii między elitą a ludem. Niechęć do rewaloryzacji „przedpolskiej” przeszłości nie dotyczy jedynie pamiątek po Niemcach, wrocławianie niechętni są także odbudowie zniszczonej synagogi przy ul. Łąkowej.

Te wyniki dobrze współgrają z innymi odpowiedziami – przedwojenna przeszłość miasta po prostu w świadomości wrocławian nie istnieje, 81 proc. z nich nie jest w stanie wskazać żadnego ważnego wydarzenia w historii Wrocławia sprzed 1939 r. Takie postaci, jak filozofka Edyta Stein i architekt Max Berg, są warte upamiętnienia tylko dla 14 proc. badanych. Na pytanie, kim są oni sami, mieszkańcy Wrocławia odpowiadają gremialnie, że Polakami, potem Europejczykami, dopiero w dalszej kolejności, że wrocławianami. Ogólnie wrocławianie są niezwykle dumni i zadowoleni ze swojego miasta (co pokazały niedawne badania „Gazety Wyborczej” i TOK FM), ale ciągle mają problem, by definiować je jako filar własnej tożsamości.

Taka niepewność charakterystyczna jest dla społeczności wykorzenionych, w których pamięć biograficzna członków wspólnoty nie pokrywa się z historią miejsca, a pamięć historyczna o nim jest w dużej mierze efektem kształtowania w ramach bardziej (jak w okresie PRL) lub mniej (jak po 1989 r.) agresywnej polityki historycznej. Historia, niestety, nie ułatwia realizacji nawet umiarkowanych projektów budowania nici ciągłości z niepolską przeszłością tych ziem. Zwłaszcza że to na terenie Prus Wschodnich i Pomorza, powojennych Ziem Odzyskanych, NSDAP uzyskała w 1933 r. największe w całych Niemczech, przekraczające 50 proc., poparcie.

Klątwa wiecznego początku

Źródłem tych wyników nie były jednak jakieś szczególne przypadłości mentalne mieszkańców wschodnich części Niemiec i ich „naturalny” nazizm, tylko dramatyczna sytuacja społeczno-gospodarcza. Szczecińskie stocznie nie przetrwałyby bez pomocy Berlina. Wystarczy też odświeżyć lekturę „Na tropach Smętka” Melchiora Wańkowicza, gdzie polski reportażysta odsłania system dotacji niezbędnych, by utrzymać Prusy Wschodnie przy życiu. I warto pamiętać, że wcześniej, w 1920 r., mieszkańcy Prus Wschodnich w plebiscycie gremialnie zdecydowali o przynależności państwowej do Niemiec. Średni wynik głosowania za Polską to 3,4 proc.; w Olsztynie 13,5 proc. Dziś z kolei Barbara Fatyga z Uniwersytetu Warszawskiego, autorka badań nad kulturą Warmii i Mazur, w raporcie podsumowującym wyniki pisała, że nad mieszkańcami regionu ciąży „klątwa wiecznego początku”. Obserwację tę można rozciągnąć na całe Ziemie Odzyskane.

Niemiecki historyk Jan Musekamp w książce „Między Stettinem a Szczecinem. Metamorfoza miasta od 1945 do 2005” przypomina z kolei, że Szczecin już przed wojną cierpiał na syndrom zapomnienia. Nastrój ten przejęli szczecinianie po 1945 r., kiedy przez długie lata mało kto wierzył w trwałość nowej granicy Polski. Pisarka i badaczka z Uniwersytetu Szczecińskiego Inga Iwasiów pisała w „Portrecie Szczecina” w POLITYCE przed czterema laty: „Jedną z dziwnych cech tego miasta jest potrzeba poszukiwania punktu odniesienia, silnego wzoru. Chętnie mówimy, że układ ulic przypomina Paryż albo że jesteśmy »małym Berlinem«. Nie zostaliśmy »nowym Wilnem«” ani »nowym Lwowem«. Zawsze więc widzimy nasze miasto jako dopełnienie istniejącego wzoru i niespełnioną obietnicę wielkości”.

Odczucia pisarki i badaczki dobrze korespondowały z wynikami analiz naukowych. Opracowanie „Co z tą kulturą?”, przygotowane w 2010 r. w ramach starań o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury, podkreśla siłę „negatywnego dyskursu o mieście”, czyli powszechnych w miejskim obiegu opinii, że „ze Szczecinem jest coś nie tak”. Autorzy raportu to „coś” rozpracowali w szczegółach, pokazując, że szczecinianom doskwiera brak tożsamości miasta, prowincjonalność i opuszczenie, niedostatek wielkomiejskości, słabość i alienacja zaplecza społecznego, niemożność organizacyjna. Wystarczająco wiele braków, by z kretesem przegrać w konkursie o ESK już w pierwszym etapie. Co jeszcze bardziej potwierdziło negatywny autostereotyp.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj