Jaki stosunek do przeszłości mają duże miasta na ziemiach zachodnich?
Jak ich współcześni mieszkańcy zaznaczają w ostatnich latach swoją obecność? Opowiadał Edwin Bendyk w audycji Pawła Sulika w Radiu TOK FM.

Zapraszamy do odsłuchania całej rozmowy. Audycja jest powiązana z tekstem inaugurującym akcję „Twoje miasto, twój wybór” w aktualnym numerze POLITYKI:

Edwin Bendyk o Wrocławiu:

Wrocław odnosił się do swojej przyszłości w sposób najbardziej przemyślany i systemowy, ale okazało się, że snuje opowieść dla elit – tak jak wiele innych projektów oświeconych w Polsce, próbujących pogodzić czy wchłonąć pewne chropowatości historii w jakąś spójną narrację.

Bardzo wyraźnie pokazało to badanie we Wrocławiu wykonane w momencie, gdy wybuchła sprawa z upamiętnieniem nadburmistrza Wrocławia Georga Bendera. Był zasłużoną postacią w historii tego miejsca. Stworzył miasto w takich ramach, jakie znamy dzisiaj. Przed wojną został uhonorowany, miał swoje wzgórze w Parku Południowym. We Wrocławiu powstał pomysł, żeby przywrócić mu tę pamięć. Nie udało się tego zrobić z różnych względów. Nie znam Bendera tak dobrze, żeby potwierdzić zarzuty, że był polakożercą. W komentarzach w internecie był opisywany jako hitlerowiec, chociaż nie zdążył Hitlera poznać, bo zmarł w 1924 roku.

Pamięć niemiecka jest u nas przytłoczona pamięcią wojny i nie udało się do tej pamięci wprowadzić bardziej pokojowych momentów. Kiedy pomysł upamiętnienia Bendera się nie powiódł, badacze wrocławscy postanowili sprawdzić, jak ta sprawa funkcjonuje w przestrzeni świadomości wrocławian. Okazało się, że większości to po prostu nie interesuje. 90 proc. badanych w ogóle nie było zainteresowanych tym tematem. Tylko dla 10 proc. wrocławian była to jakaś sprawa. Okazało się też, że tzw. przeciętny mieszkaniec, ponad 70 proc. badanych, nie chce upamiętnienia Bendera. Zupełnie odwrotnie niż zdefiniowana w tym badaniu przyszła elita, czyli studenci, którzy procentowo dzielili się już 50 na 50.

O Gdańsku:

W Gdańsku upamiętnianie przeszłości związane jest z czymś innym niż we Wrocławiu. Czytałem zastrzeżenia na ten temat niemieckiego historyka Jana Musekampa, który napisał znakomitą książkę „Między Stettinem a Szczecinem. Metamorfoza miasta od 1945 do 2005”. Musekamp pisał, że w Gdańsku jest pewien konstrukt, i że gdańszczanie znaleźli po prostu łatwiejszy mechanizm – mogli rozmiękczyć obecność Niemców poprzez opowieść o Holendrach. Przecież powojenna rekonstrukcja Gdańska polegała na tym, że przywracano kamienice głównie według holenderskich wzorów architektonicznych, a nie niemieckich. Musekamp zarzuca, że to też jest fałsz, albo raczej pewien konstrukt.

O Szczecinie:

Wkraczamy w moment, kiedy we Wrocławiu, w Szczecinie, ale też w mniejszych ośrodkach powstały nowe, mogące być powodem do dumy obiekty architektoniczne. Takie, które nie są tylko bryłami, ale niosą też symboliczny ładunek: Narodowe Forum Muzyki we Wrocławiu czy Filharmonia w Szczecinie. Nowe mieszczaństwo może się z tymi budynkami identyfikować, może pokazać swoją obecność, mówić, że to jest nasze. Nie odzyskane, tylko wybudowane.

A jednocześnie na to nakłada się proces wychodzenia z traumy poprzemysłowej. W różnych miastach różnie on wygląda, ale na przykład w Szczecinie był długo bardzo silny. Dlatego, że losy Stoczni Szczecińskiej falowały i długo nie było wiadomo, co się z nią stanie. Choć w okresie PRL te wielkie zakłady pracy były arteriami generującymi życie w tych miastach, to teraz tych zakładów nie ma. Gospodarka funkcjonuje już według nowych metod, przemysł jest obecny, ale najczęściej pod miastami, w samym środku go nie ma. Dla mieszkańców samo miasto zaczyna więc być punktem odniesienia, źródłem dumy.

Takie procesy są bardzo charakterystyczne dla Szczecina. We wcześniejszych badaniach było widać silnie wpisaną negatywność, przekonanie, że w tym mieście nic się nie może udać. A dzisiaj ci mieszkańcy zachowują się tak, jak się zachowywali, tak samo jeżdżą za pracą poza Szczecin, bo nie jest to najbogatsze miasto, ale, co ważne, pojawiło się też kilka powodów, żeby tam przyjeżdżać. Jest choćby istniejąca już kilka lat Akademia Sztuki, która zdaniem wielu artystów stała się najlepszą tego typu instytucją w kraju. Studenci z Warszawy jeżdżą studiować do Szczecina, to jest coś, co jeszcze dziesięć lat temu wywołałoby zdziwienie.

Wydaje mi się, że takie procesy dają szansę na nowo wrócić również do kwestii relacji historycznych. Mogłoby to stać się w momencie, kiedy szczecinianie czy wrocławianie odzyskają ufundowaną na tkance materialnej, na ważnych wydarzeniach dumę z mieszkania tam, gdzie mieszkają.

Szczecin
Polityka

Szczecin

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj