Magiczne ogrody botaniczne. Służą nauce, słyną z urody

Spacerkiem do kucmerka
Służą nauce, wiele roślin ma tu swoją historię, każda jest skarbnicą wiedzy przyrodniczej. I urody. Z okazji 200-lecia Ogrodu Botanicznego w Warszawie zapraszamy na wizytę w najpiękniejszych ogrodach świata.
Warszawa
Alamy Stock Photo/BEW

Warszawa

Warszawa
Grażyna Myślińska/Forum

Warszawa

Berlin
Eugene Feygin/Alamy Stock Photo/BEW

Berlin

Londyn
G. Wright/De Agostini/Getty Images

Londyn

Nowy Jork
Hiroyuki Matsumoto/Getty Images

Nowy Jork

Nowy Jork
Giordano Cipriani/Getty Images

Nowy Jork

Rio de Janeiro
Jon Hicks/Getty Images

Rio de Janeiro

Rio de Janeiro
Getty Images

Rio de Janeiro

Singapur
Tuul && Bruno Morandi/Getty Images

Singapur

Dwa wieki temu był duży, dziś jest mały. Długo zamknięty i zarezerwowany dla nauki, teraz dla wszystkich. Swego czasu egzotyczny i pouczający, dziś przytulny, wyjaśnia tajemnice natury. Otwarcie wciśniętego między Agrykolę, Aleje Ujazdowskie i Łazienki Ogrodu Botanicznego przypadło na weekend wielkanocny. Pogoda nie zachęcała do przechadzki, a mimo to w dwa dni odwiedziło go 500 osób. Większość wypatrywała oznak wiosny – zielonych pędów na drzewach i krzewach, wczesnych kwiatów i pierwszych krążących nad nimi owadów. Podglądali też, jak ogrodnicy sprzątają liście z roślin, służące im zimą za chochoły; podcinają krzewy i sadzą cebulki tulipanów. Na razie papuzie i tryumfy, ale będą i inne odmiany, niektóre o swojsko brzmiących nazwach. – Dwa lata temu dostaliśmy ich wyjątkowo dużo i tak wyszło, że odmiana Lech Kaczyński została posadzona przy tej noszącej miano Aleksander Kwaśniewski. Wszyscy zastanawiali się, czy to zadziała, ale jakoś razem rosły – śmieje się dr hab. Marcin Zych, botanik i ekolog roślin, specjalista od seksu roślin.

Pani Halina z Mokotowskiej, którą do ogrodu w latach 60. przyprowadziła babcia, wie, że w maju przychodzi się tam na bzy, w czerwcu są róże, w lipcu irysy, a we wrześniu storczyki. I ma swoją rutynę – najpierw Aleja Lilaków i różanka, potem w dół przez arboretum do Świątyni Opatrzności, i z powrotem do fontanny, no i przystanek pod miłorzębem. – Żeby nie zaburzyć marszruty, zawsze wchodzę starą bramą, nie tą nową przy Alejach Ujazdowskich. Pani Halina to bywalczyni, ale gości przybywa właśnie dzięki tej bramie, zasysającej ciągnących od Łazienek turystów, którzy normalnie by nie zajrzeli do ogrodu. W tym roku obchodzi on 200-lecie, a historia jego wzlotów i upadków splata się z dziejami Warszawy i zmieniającym się podejściem do przyrody. Bo chociaż zaczęło się od nauki, dziś ogród nie tylko chroni ginące gatunki, ale też szuka smaków przeszłości, uczy ogrodnictwa i promuje miejską ekologię.

Nauka i frukty

W Europie ogrody botaniczne pojawiły się w XVI w. przy uczelniach i, w przeciwieństwie do przypałacowych czy przyklasztornych ogrodów użytkowych i ozdobnych, służyły nauce i poznaniu budowy, rozwoju i przydatności roślin przywożonych z wypraw geograficznych. W Polsce pierwszy ogród powstał przy krakowskiej Jagiellonce jeszcze w XVIII w., natomiast w Warszawie przy Szkole Lekarskiej, jako ogród farmaceutyczny. Stroma skarpa i terasa zalewowa na tyłach Pałacu Kazimierzowskiego nie bardzo się sprawdzała, więc dwa lata po powołaniu do istnienia uniwersytetu ogród przeniesiono do Łazienek. Car Aleksander I zgodził się oddać na ten cel północną część Łazienek z filarem Świątyni Opatrzności, wzniesionym po uchwaleniu Konstytucji 3 maja w 1772 r. Ogród zajmował 20 ha i sięgał od Agrykoli po Belweder. Na wysokości pomnika Szopena była kształcąca ogrodników szkółka pomologiczna, w obrębie ogrodu była też Stara Pomarańczarnia i szklarnie, ale car zastrzegł sobie, że uprawiane w nich tropikalne frukty mają trafiać na jego stół.

Na czele zaplanowanej z rozmachem instytucji stanął młody botanik Michał Szubert, który z Paryża, gdzie studiował, przywiózł do Warszawy pierwszy mikroskop i zamieszkał w oficynie przy ogrodzie. Nie próżnował, bo jego żona Zofia rodziła kolejne dzieci (w sumie 10), on zaś z ogrodnikiem Gottlibem Ginterem sadził rośliny, których zgromadził ok. 10 tys. gatunków. – Choć dysponował sumą 50 tys. zł rocznie, stale mu brakowało. Z zachowanej korespondencji wynika, że kolejni dyrektorzy wiecznie szukali pieniędzy. To pokazuje, że nic się pod tym względem nie zmieniło, bo robię dokładnie to samo, tyle że koń zamienił się w traktor, a siekiery i piły w pilarki – żartuje obecna dyrektorka dr Hanna Werblan-Jakubiec.

Układ ogrodu Szuberta zachował się do dziś. Z tym że goście nie wchodzili do szklarni, szkółki pomologicznej i botanicznej, tylko spacerowali po arboretum, w którym posadzono wiele rosnących do dziś drzew. Powstanie listopadowe zakończyło dobrą passę. W ramach represji car zmniejszył ogród do obecnych rozmiarów 4 ha, obniżył budżet i nakazał tworzenie zielników dla uniwersytetów rosyjskich. Szubert wywiązywał się z obowiązków i do odejścia na emeryturę w 1846 r. prowadził badania m.in. nad morfologią sosny, jeździł też po Mazowszu i zbierał okazy, które umieszczał w dziale flory niżowej Polski.

Po powstaniu styczniowym ogród podupadł, ale zainteresowanie botaniką kwitło nadal, wśród dam i dżentelmenów panowała wręcz moda na tworzenie zielników i atlasów roślin. Uległ jej ksiądz biskup Michał Zalewski, który w 1886 r. trafił na misję do Azji i zachwycony tropikalną florą zgromadził 30 tys. ilustracji i opisów roślin. – W latach 20. 168 tomów florateki księdza nabył prof. Bolesław Hryniewicki – świeżo upieczony dyrektor warszawskiego ogrodu, któremu zawdzięcza on kolejny, przerwany jedynie II wojną światową, ponad 40-letni okres prosperity – snuje opowieść dr Werblan-Jakubiec.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj