Skąd nagle w polskich miastach tylu studentów z Ukrainy?

Szkoła wysiadywania
Załoga firmy Mason’s. Od lewej: Rusłan Khlopetskyi, Oleksii Taran, Maksym Vydyborets oraz Walentyn Podiias.
Tadeusz Późniak/Polityka

Załoga firmy Mason’s. Od lewej: Rusłan Khlopetskyi, Oleksii Taran, Maksym Vydyborets oraz Walentyn Podiias.

Politechnika Lubelska stworzyła specjalny dział zajmujący się rekrutacją i pomocą Ukraińcom już na miejscu.
Jakub Szabelski/Wikipedia

Politechnika Lubelska stworzyła specjalny dział zajmujący się rekrutacją i pomocą Ukraińcom już na miejscu.

audio

AudioPolityka Juliusz Ćwieluch - Szkoła wysiadywania

Jednym z zatrudnionych tam pracowników jest Anton Błażejew. Anton studiował w Polsce historię. Po studiach posłuchał serca, a nie portfela i wrócił na Ukrainę. Zarządzał sklepem mięsnym. Organizował handel obwoźny. Każdego dnia wysyłał w teren osiem ciężarówek z mięsem i wędlinami. Dużo pracy i jeszcze więcej odpowiedzialności. A z pieniędzmi tak, że po roku przyjechał do Polski, żeby sobie dorobić w wakacje u znajomych. Przemyślał, przeliczył i został. – Jest sporo argumentów, żeby studiować w Polsce. Przede wszystkim europejski dyplom, wyższy poziom kształcenia – wylicza Anton. – Z drugiej strony studia są płatne, ale jak policzysz, ile na Ukrainie musisz wydać na łapówki dla wykładowców, to wychodzi, że w Polsce jest nawet taniej.

Gruszek w popiele nie zasypiał również Wrocław. Miasto chwali się, że jako jedno z pierwszych zaczęło jeździć na Ukrainę ze swoją ofertą edukacyjną. Dziś Wrocław wprowadza ukraiński do menu biletomatów i tłumaczy wszystkie strony miejskie na ten język. A Ryanair dokłada kolejne połączenia z Wrocławia do Kijowa.

Według danych Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego w 2014 r. na polskich uczelniach studia rozpoczęło 22 511 studentów z Ukrainy. Rok później było ich już o ponad 7 tys. więcej. W 2017 r. zajmowali już prawie 39 tys. miejsc, bo niektórzy wybierali więcej niż jeden kierunek.

Młodzież za Unię

W Lublinie umiędzynarodowienie uczelni wpisano w strategię miasta już w 2012 r. Pomysł był nieco machiaweliczny. Chodziło o to, żeby formalnie niezależne i samorządne uczelnie niejako oddolnie zmusić do szybszego zreformowania kadry i podnoszenia standardów kształcenia, np. poprzez wprowadzenie wykładów w języku angielskim. Lublin chciał również stawiać na wielokulturowość, bo z badań wynikało, że za nią idzie twórczy ferment. Lepem dla szkół było czesne. – Z naszych danych wynika, że na zagranicznych studentach lubelskie uczelnie zarabiają niemal 53 mln zł rocznie. Kolejne 80 mln zł zarabia gospodarka miasta, bo przecież ci ludzie płacą czynsz, robią zakupy, chodzą do restauracji – mówi Mariusz Sagan, jeden z autorów strategii miasta.

Strategia się sprawdziła, bo przed jej wdrożeniem na lubelskich uczelniach zaledwie cztery kierunki miały angielski jako język wykładowy. Dziś jest ich już 50. Miasto jest również zadowolone ze swoich zagranicznych studentów. Zwłaszcza tych na kierunkach informatycznych, bo takich specjalistów najbardziej poszukują teraz pracodawcy i potencjalni inwestorzy. – Do Polski przyjeżdżają najlepsi, najbardziej zdeterminowani. Słabi się szybko wykruszają. Studia za granicą to szkoła życia. Po takiej lekcji przetrwania ludzie są zahartowani i zaradni. Idealny materiał na pracowników – mówi dr Karyagin. On sam dumny jest ze swoich studentów. – Oczy mają czerwone ze zmęczenia, ale na moich wykładach nie śpią. Uczą się, pracują, zakładają firmy. Nikt tu po zasiłek nie przyjechał – dodaje.

Rusłan Khlopetskyi to jeden ze studentów dr. Karyagina. Razem z kolegami z Ukrainy założył firmę. Przedstawiają się z dużą pewnością siebie. Rusłan – prezes zarządu. Oleksii – członek zarządu. Walentyn – sale manager. Firmę nazwali Mason’s, bo tak jak masoni chcieliby mieć wielkie wpływy i dużo pieniędzy. Oleksii w Polsce mieszka już osiem lat, ale dziwi się, że nazwa firmy nie wszystkim może się tutaj dobrze kojarzyć. – Może dlatego trudniej nam zdobyć polskich niż ukraińskich klientów? – zastanawia się.

Firma składa się z jednego pokoju, dwóch biurek, czterech krzeseł i sofy. Ale ambicje ma międzynarodowe, m.in. międzynarodową turystykę. Projektują również strony internetowe i załatwiają formalności w polskich urzędach. Ostatnio hitem jest wyrabianie numeru PESEL, bo od stycznia zmieniły się przepisy i Ukraińcy studiujący w Polsce też mogą go mieć. Ale otwarci są na propozycje, choć nie wszystkie. – Była i taka sytuacja, że zadzwoniła do nas szkoła i mówią: dajcie nam 200 Ukraińców, to my przetrwamy, a wy na tym dobrze zarobicie… Ale w szkolnictwo nie wchodzimy – mówi Walentyn. W Polsce czują się dobrze, choć nie tak dobrze jak wcześniej. – Zamiast o konkretnych ludziach dużo się teraz mówi o historii. Historia to jest historia. Najlepiej ją zostawić w książkach – dodaje Oleksii. On sam ma Kartę Polaka. Ale dla niektórych to się nie liczy.

Nie planują wracać na Ukrainę. Ale więzi z krajem nie zrywają. Walentyn wysłał tam ostatnio żonę z dzieckiem, bo on zajęty jest biznesem, a tam ma chociaż pomoc od rodziców. – Dziecko do przedszkola na Ukrainie posłałem. Chcesz miejsce, płać w przeliczeniu tysiąc złotych miesięcznie. Oficjalnie przedszkole za darmo, to komu i za co ja płacę? – pytam. A dyrektorka: nie chcesz miejsca, nie płać. I taka to jest rozmowa – opowiada Walentyn. W Polsce łapówki jeszcze nikomu nie dał. I dla niego to jest najlepsza reklama życia tutaj. Doktor Karyagin sprawę widzi podobnie. – Ukraina daje Polsce to, co ma najlepsze, swoją młodzież. A w zamian wywozimy na Ukrainę to, co najlepsze w Polsce – Unię Europejską – dodaje Karyagin.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj