Miejski transport za darmo?

Pionierzy zbiorkomu
W Lubinie po roku od wprowadzenia darmowej komunikacji korzystających z niej pasażerów było dwa razy więcej. Po mieście zaczęli również jeździć seniorzy.
Mieczysław Michalak/Agencja Gazeta

W Lubinie po roku od wprowadzenia darmowej komunikacji korzystających z niej pasażerów było dwa razy więcej. Po mieście zaczęli również jeździć seniorzy.

Okazało się, że po dwóch dekadach transformacji, samochodowa hegemonia utrudnia życie w aglomeracjach.
Wojciech Kryński/Forum

Okazało się, że po dwóch dekadach transformacji, samochodowa hegemonia utrudnia życie w aglomeracjach.

audio

AudioPolityka Rafał Woś - Pionierzy zbiorkomu

Ale nam nie chodziło tylko o darmową komunikację dla kierowców. My chcemy darmowych przejazdów dla wszystkich – przekonuje Łukasz Ługowski. Zainicjowana przez niego ogólnopolska kampania ruszyła w 2012 r. i trwała aż do wyborów samorządowych 2014 r. To wówczas nastąpił przełom. Tak było choćby w Lubinie. Do dziś nie wiadomo, kto kogo zainspirował. Działacze kampanii twierdzą, że to z ich inicjatywy zaczęło się w Lubinie mówić o darmowych przejazdach. Sprawę podchwyciły lokalne media i wierciły dziurę w brzuchu miejskich włodarzy.

Darmowe przejazdy

Jakiś czas potem długoletni prezydent miasta Robert Raczyński wystąpił z inicjatywą darmowej komunikacji miejskiej, wkrótce rozciągniętej na cały powiat. Raczyński ogłosił, że na darmowych przejazdach miasto… zaoszczędziło około miliona złotych. Głównie na produkcji biletów, kontrolerach i kosztach sądowych, związanych ze ściąganiem należności od gapowiczów. Ten milion to mniej więcej jedna piąta utraconych wpływów z utraconej sprzedaży biletów. Rachunek ekonomiczny wygląda więc tak, że wcześniej płatna komunikacja kosztowała Lubin 10 mln, a po wprowadzeniu darmowych przejazdów kosztuje 14 mln. Ale miedziowy Lubin jest miastem bogatym. Brakujące miliony zostały przesunięte z innych miejsc w budżecie. Miasto mówi, że to inwestycja.

Bo poza ekonomicznym jest jeszcze szerszy rachunek polityczno-społeczny. Jego ważnym punktem jest znaczący wzrost liczby pasażerów zbiorkomu (w Lubinie po roku było ich dwa razy więcej), co przekłada się choćby na mniejsze problemy z parkowaniem w ścisłym centrum. Do tego dochodzą trudno mierzalne, lecz istotne skutki społeczne. – W Lubinie zauważono, że ludzie starsi, którzy wcześniej siedzieli w domach, zaczęli jeździć po swoim mieście. Wiele starszych kobiet jeździ komunikacją na zakupy – wylicza Ługowski.

Przedstawiony na przykładzie Lubina rachunek zysków i strat związanych z nowym podejściem do komunikacji jest uniwersalny. W czasach dobrej koniunktury zachęca to samorządy do eksperymentów. Wśród najnowszych miast, które dołączyły do klubu darmowych przejazdów, są choćby 50-tysięczna Ostrołęka czy 30-tysięczne Giżycko. Na pewnym etapie nieuchronnie musi się jednak pojawić pytanie o granicę. Czy to, co da się zrobić w Żorach albo Bełchatowie, jest również wykonalne w skali miast, gdzie komunikacja publiczna kosztuje nie kilka, lecz kilkaset milionów złotych? Nawet zakładając, że w większości przypadków sprzedaż biletów pokrywa nie więcej niż 20–25 proc. kosztów funkcjonowania systemu, to jedno albo dwa zera w rachunku za darmową komunikację robią jednak różnicę. Czy darmowa komunikacja jest więc pomysłem również dla metropolii?

Na to pytanie nie da się odpowiedzieć teoretycznie. Odpowie na nie życie. W polskim przypadku stanie się to wcześniej niż później. Jeśli faktycznie wypali pomysł częstochowski, to skala eksperymentu zwiększy się nagle ze 100-tysięcznego powiatu lubińskiego do 250-tysięcznej (prawie) metropolii. Ośrodka z początku drugiej dziesiątki najludniejszych polskich miast. No, a jeśli Częstochowa, to dlaczego nie Katowice czy Białystok? A w zasadzie czemu nie Łódź, Kraków czy nawet Warszawa?

Kraków od jakiegoś czasu za pomocą darmowych dni w komunikacji miejskiej walczy już teraz ze smogiem. W Warszawie w tegorocznej kampanii hasło „ZTM za zero” na razie nie padło. Ale ruchy na tym polu już się rozpoczęły. Od 2017 r. za przejazdy metrem, tramwajem i autobusem nie płacą uczniowie stołecznych szkół podstawowych i gimnazjów (wcześniej przysługiwała im zniżka). To rozwiązanie kosztowało budżet miasta 12 mln zł, ale – jak twierdzą władze miasta – ma się opłacać, bo w szybkim tempie wzrosła liczba dzieci podróżujących komunikacją. Z 45 tys. przed 2017 r. do 140 tys. dziś. Co dalej? Rozważany jest ponoć pomysł darmowej karty licealisty. Oraz inicjatywa kandydata PiS na prezydenta stolicy Patryka Jakiego, by za darmo komunikacją mogli jeździć posiadacze Karty Dużej Rodziny.

Na razie to i tak obietnice skromniejsze niż cztery lata temu (wówczas Jacek Sasin mówił o potrzebie całkiem darmowej komunikacji). Ale może z naciskiem na „na razie”. Bo pamiętajmy, że akurat w tym temacie Polska to dziś miejsce, w którym wykuwa się historia.

Czy uważają Państwo, że darmowy transport publiczny w mieście to uzasadnione rozwiązanie czy nieuzasadnione rozdawnictwo? Najciekawsze odpowiedzi publikujemy na stronie Twoje Miasto.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj