Tęsknota za blokowiskiem w kulturze

Bloki nostalgii
Dzisiejszą fascynację domami z betonu opisują artyści i społecznicy. Tak naprawdę jest wypadkową tęsknot każdego z nas.
Widok na warszawską Chomiczówkę i Wawrzyszew.
Andrzej Bogacz/Forum

Widok na warszawską Chomiczówkę i Wawrzyszew.

Instalacja Moniki Sosnowskiej „1:1” w pawilonie polskim na biennale w Wenecji w 2007 r.
Marta Leśniakowska

Instalacja Moniki Sosnowskiej „1:1” w pawilonie polskim na biennale w Wenecji w 2007 r.

Lubimy piosenki, których słuchaliśmy już wielokrotnie? To jedna z nich. Beata Chomątowska napisała reporterską książkę „Betonia”, a Tomasz Knittel wyreżyserował dokumentalny serial „Blok”. I książka, i film mają jeden temat: dzieje domów z betonu, doświadczenie życia w wielkiej płycie. Chomątowska na niemal 600 stronach opowiada o blokach w Polsce, Francji, Wielkiej Brytanii, wschodnich i zachodnich Niemczech, ZSRR, USA. Knittel w 6-odcinkowym serialu przypomina, jak dom z prefabrykatów stał się jednym z centralnych motywów polskiej kultury powojennej: literatury, sztuk wizualnych, kina, muzyki.

Czyta się to i ogląda z przyjemnością, czasem autentycznym zainteresowaniem, ale jednocześnie z poczuciem: już o tym słyszeliśmy. Chomątowska i Knittel poruszają się po terenie dobrze rozpoznanym i opisanym. To nie wyprawa w nieznane, raczej podsumowanie stanu badań. Wygląda na to, że „Betonia” i „Blok” domykają bardzo ważny w ostatnich latach proces rewitalizowania pamięci o modernistycznym projekcie architektury dla mas.

Bloki wszędzie

„Betonia” i „Blok” puentują modernistyczny renesans, a w rezultacie prowokują do pytań o jego źródła, motywacje, sens. Knittel przywołuje najistotniejsze epizody z jego historii. Choćby wystawę „Betonowe dziedzictwo. Od Le Corbusiera do blokersów”, którą Ewa Gorządek i Stach Szabłowski przygotowali w stołecznym Zamku Ujazdowskim w 2007 r. Już wtedy było jasne, że bloki to nie tylko kłopotliwy spadek po minionym ustroju, ale także fascynujący temat dla kulturoznawców, antropologów, historyków idei, artystów. Na wystawie ważne role grali Nicolas Grospierre, Rafał Bujnowski, Michał Budny – wybitni twórcy, którzy z nawiązań do tradycji modernizmu uczynili swą specjalność. Nie mogło tam zabraknąć Pawła Althamera z jego ikonicznym projektem „Bródno 2000” (w lutym 2000 r. artysta namówił mieszkańców bloku na warszawskim Bródnie, by zapalili lub zgasili światło we wskazanych mieszkaniach; oświetlone okna utworzyły napis „2000”). Wystawa była potężna, a i tak nie wszyscy się na niej zmieścili. Ważną nieobecną stała się Monika Sosnowska, która w tym samym 2007 r. w polskim pawilonie na biennale w Wenecji pokazywała ogromną powyginaną metalową konstrukcję – widmowe wspomnienie po architekturze prefabrykowanej, a w istocie po całym poprzednim systemie.

Inni bohaterowie „Bloku” modę na modernizm obudowywali intelektualnym kontekstem. Grzegorz Piątek współtworzył Centrum Architektury, a w jego ramach nie tylko wydawał klasyczne teksty Le Corbusiera, ale troszczył się także o dorobek projektantów Warszawy Centralnej Arseniusza Romanowicza i Piotra Szymaniaka, przypominał koncepcje Szymona Syrkusa. Architekci z grupy Centrala wytrwale pracowali z dziedzictwem Oskara Hansena. Tomasz Fudala w stołecznym Muzeum Sztuki Nowoczesnej organizował kolejne edycje festiwalu Warszawa w budowie – w jego programie idea modernistyczna nie zawsze była tematem wiodącym, ale często wracała jako punkt odniesienia w dyskusji o współczesności. MSN skądinąd (zgodnie z nazwą) tradycję nowoczesną, modernistyczną uczyniło istotnym przedmiotem własnego zainteresowania, konceptualną ramą większości swoich działań. Przez kilka lat działało w socmodernistycznym gmachu po dawnym salonie meblowym, a ze wspominanego Hansena uczyniło swego nieoficjalnego patrona. Doszło do tego, że zakupiło do zbiorów dom pozostawiony przez małżeństwo Hansenów w podwarszawskim Szuminie – zdarzenie bodaj bez precedensu w dziejach rodzimych kolekcji sztuki.

Jeśli kogoś w filmie Knittla zabrakło, to na pewno Filipa Springera, który w dziejach rodzimej architektury modernistycznej odkrył materiał na serię bestsellerowych reportaży (m.in. współwydawaną przez MSN biografię Hansenów). Tropem Springera szli inni. Chomątowska, zanim napisała „Betonię”, opublikowała biografię przedwojennych modernistów Bohdana Lacherta i Józefa Szanajcy. Lidia Pańków w reporterskiej formie zrekonstruowała historię stołecznego Ursynowa. Jarosław Trybuś na zamówienie Muzeum Powstania Warszawskiego przygotował „Przewodnik po warszawskich blokowiskach”. Do tego trzeba dodać ogrom projektów badawczych, edukacyjnych, artystycznych – o modernizmie przedwojennym i powojennym, krajowym i zagranicznym, o jego kontekstach społecznych i ekonomicznych. Moda na modernizm rozlała się naprawdę szeroko, zresztą nie tylko w kręgach artystyczno-intelektualnej elity. Dotarła w końcu na strony pism wnętrzarskich oraz poradników budowlanych i zaczęła powoli przeobrażać gust Polaków.

Beton bardzo polityczny

Skąd się właściwie wzięła? O czym świadczyła? Z pewnością o tym, że Polakom, przynajmniej niektórym, znudziła się tradycyjna estetyka dworkowa. Elegancja modernistycznych projektów, ich płaskie dachy, kąty proste i białe ściany – to przyciągało wzrok, a przy okazji dobrze nadawało się na nowy wyznacznik prestiżu. Ale stawka w całej grze była większa. Ci, którzy próbowali ożywić modernizm, liczyli na coś istotniejszego: na poważną dyskusję o kształcie naszej przestrzeni publicznej. Na powrót do myślenia w kategoriach długofalowych procesów i planów, do racjonalnej, starannie uzasadnianej refleksji, czego od naszego otoczenia oczekujemy i jak je budować.

W tym wymiarze powrót do modernistycznego impulsu miał być lekarstwem na choroby polskiej transformacji. Na przestrzenny chaos, na pozostawienie nadmiernej swobody dążącym wyłącznie do maksymalizacji swoich zysków deweloperom. Dawni moderniści znów budzili fascynację jako ci, którzy przed laty mieli dość odwagi, by formułować radykalne, niekiedy wręcz otwarcie utopijne projekty porządkowania świata.

Innymi słowy, moda na modernizm kryła w sobie pewne marzenie o politycznym podtekście: marzenie o mieście urządzonym rozsądniej niż miasta wczesnego polskiego kapitalizmu. Z czasem z marzenia wykiełkowała prawdziwa polityka. Pojawiły się ruchy miejskie, które z idei świadomego kształtowania przestrzeni publicznej uczyniły hasło wyborcze, w paru miejscach (Poznań, Warszawa) z widocznym sukcesem. Nie zawsze polegało to na dosłownym cytowaniu pomysłów klasyków modernizmu (moderniści promowali samochód osobowy jako doskonały środek miejskiego transportu, współcześni aktywiści za samochodem nie przepadają), ruchy miejskie wykorzystały jednak istotę modernistycznych założeń, czyli wyobrażenie, że miasto należy przeobrazić w nieustannie doskonalony projekt, podporządkowany ustalonej zawczasu strategii.

Stąd kolejne zgłaszane przez aktywistów postulaty: od ścisłego nadzoru nad planami zagospodarowania po likwidację bramek przy wejściu do metra czy przycisków dla pieszych przy sygnalizacji ulicznej. Stąd główna (na razie chyba jedyna) wyborcza obietnica starającego się o urząd prezydenta stolicy Jana Śpiewaka, lidera inicjatywy Wolne Miasto Warszawa, który zapowiedział, że całe otoczenie Pałacu Kultury i Nauki zamierza przemienić w wielki park. Świadome lub nie, to bezpośrednie nawiązanie do protomodernistycznej idei miasta-ogrodu.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj