Carsharing po polsku

Jak żyć z wypożyczeń
Idea współdzielenia tak bardzo przypadła Polakom do gustu, że niektórzy z wypożyczonych aut na pamiątkę zabierali gaśnice.
Na świecie rewolucja współdzielenia zaczęła się kilkadziesiąt lat temu. U nas dopiero rusza. Na fot. auto z wypożyczalni sharingowej w Kalifornii.
Mike Blake/Reuters/Forum

Na świecie rewolucja współdzielenia zaczęła się kilkadziesiąt lat temu. U nas dopiero rusza. Na fot. auto z wypożyczalni sharingowej w Kalifornii.

Auto z miejskiej wypożyczalni samochodów elektrycznych we Wrocławiu.
Kornelia Głowacka-Wolf/Agencja Gazeta

Auto z miejskiej wypożyczalni samochodów elektrycznych we Wrocławiu.

Auto z miejskiej wypożyczalni samochodów w Krakowie.
Łukasz Krajewski/Agencja Gazeta

Auto z miejskiej wypożyczalni samochodów w Krakowie.

Piotr Szwed jest człowiekiem pełnym entuzjazmu. Jako właściciel wypożyczalni skuterów elektrycznych o idei współdzielenia mówi w samych superlatywach. A mógłby przejawiać zgorzknienie, skoro niemal każdego dnia kradną mu kask do skutera. – Szczerze mówiąc, byłem nastawiony na to, że będą kradli głównie lusterka. Mam pełen magazyn lusterek – mówi. Na szczęście lusterka też mu kradną, więc te w magazynie się nie zmarnują. Utrata prawie 30 kasków w ciągu zaledwie miesiąca wcale go nie zraziła. – To jest trochę jak na wojnie. Nie da się jej wygrać bez strat. A stawka jest wysoka, bo właśnie próbujemy zmienić o 180 stopni myślenie Polaków. Nie wszystko trzeba posiadać, żeby móc to używać. W Polsce to ciągle rewolucyjne podejście – dodaje Szwed. Niedawno zamówił kolejną partię skuterów. No i dwa razy więcej kasków, bo wszystko wskazuje, że to będzie długa wojna.

Druga faza kapitalizmu, jak w branży mówi się na ideę współdzielenia, narodziła się w Polsce dopiero pięć lat temu. Stosunkowo późno, biorąc pod uwagę, że Niemcy w tym czasie świętowali już 25. urodziny współdzielenia. Ale w sumie zgodnie z logiką gospodarki, bo mniej więcej tyle lat dzieli polską od tej zza zachodniej granicy.

Wybór miejsca na pierwszą publiczną wypożyczalnię też nie był przypadkowy. Z Wrocławia jest bliżej do Berlina niż do Warszawy. I to nie tylko geograficznie. Miasto jest zagłębiem studentów. A na dodatek rośnie szybciej niż siatka ulic i wydolność miejskiej komunikacji. Zakorkowane duże miasta, z nadreprezentacją młodych inteligentów, to według badań socjologów idealne środowisko do rozwoju wszelkiego rodzaju nowości, w tym wypożyczalni sprzętu komunikacyjnego.

Rowerowy poligon

Zaczęło się skromnie od 140 rowerów. Projekt realizowano metodą ekonomii inkubatorowej, czyli za miejskie pieniądze. I nie bez oporu. Legenda głosi, że prezydent Rafał Dutkiewicz zakochał się w pomyśle w czasie jednej z zagranicznych delegacji. A ponieważ chciał zjeść ciastko i mieć ciastko, przetarg zorganizowano, zabierając połowę funduszy na rozwój infrastruktury rowerowej w mieście. – Nawet jeśli tak było, to po ponad pięciu latach widać, że funkcjonowanie miejskiego roweru doprowadziło wręcz do eksplozji inwestycji w drogi rowerowe – mówi Tomasz Wojtkiewicz, były już prezes firmy Nextbike, która uchodzi za pierwszą w Polsce firmę sharingową. Władze miasta zażyczyły sobie usługi, a prywatna firma ją realizowała. Bez dotacji nikt nie chciał rzucić się na głęboką wodę polskiej mentalności przez lata kształtowanej, że wspólne znaczy niczyje. A jak niczyje, to nie trzeba o to dbać albo można sobie pożyczyć na zawsze.

Na potrzeby historycznych wspomnień o projekcie mówi się pozytywnie. Po pierwsze, się przyjął, po drugie, szybko rozpączkował po całej Polsce. Ale idea współdzielenia ma i swoją czarną legendę. Po pierwszym roku użytkowania trzeba było zutylizować wszystkie udostępnione rowery. Wszystkie, czyli te, których nie ukradziono. Reszta była w takim stanie technicznym, że właściwie nie nadawała się do użytku. Na drugi sezon opracowano nową konstrukcję roweru, specjalnie na polski rynek: miała mieć wszystko mocniejsze, bo klienci nie oszczędzali konstrukcji. Na wypożyczanych rowerach jeździli tak, jak nigdy nie pozwoliliby sobie na własnych. – Sama rama wykonana została z potrójnego stopu aluminium. Zasadniczą zmianą było zastosowanie elektronicznych bramek. Wprowadziliśmy je, bo część użytkowników bardzo szybko zaczęła wymieniać się kodami, żeby nie płacić za wypożyczenie. Choć stawka była niemal symboliczna – dodaje Wojtkiewicz.

Co by tu ukraść

Masa krytyczna nowej filozofii ekonomicznej przekroczona została w zeszłym roku, kiedy na polskim rynku niemal równocześnie wystartowały trzy projekty sharingowe oferujące wynajem samochodów na minuty. O tym, jak lukratywny jest rynek, znów można było się przekonać po doświadczeniach wrocławskich. Sukces miejskich rowerów skłonił miasto, by w podobnej formule zorganizować wypożyczalnie samochodów. – Idea miasta przyszłości zakłada z jednej strony redukcję prywatnych samochodów, które będą zbyt drogie w utrzymaniu. A z drugiej rozwój sharingu jako uzupełnienie oferty komunikacyjnej – mówi Maciej Bluj, wiceprezydent Wrocławia.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj