Całkiem dobra debata jak na polskie standardy
Odkryciem był Adrian Zandberg, który ma świeżość i chętnie widziałbym go w Sejmie.
.
Forum

.

Debata jeden na jeden, jeśli coś od niej naprawdę jeszcze zależy i jeśli biorą w niej udział przeciwnicy największej wagi, jest oczywiście spektaklem przyciągającym miliony i jako spektakl nie do przebicia. Pamiętamy z przeszłości takie debaty, historyczne wręcz, bez żadnej przesady – zaczynając od tej z jesieni 1988 r., czyli debaty Wałęsa-Miodowicz, później debaty Wałęsa-Kwaśniewski, aż wreszcie Tusk-Kaczyński.

Ta ostatnia, poniedziałkowa, w której wzięły udział Ewa Kopacz i Beata Szydło, do tej kategorii się nie zapisała. Tym bardziej oczekiwano na debatę wszystkich ze wszystkimi, którzy mają szansę wejść do parlamentu, zwłaszcza że nie brakowało protestów przeciwko ekskluzywnemu potraktowaniu przez telewizje liderek PiS i PO. Dwie te partie zyskały dodatkową szansę na umocnienie swojego duopolu i swojej przewagi nad resztą.

W debacie jeden na jeden toczy się specyficzna gra, trochę szachów, trochę teatru, podchodów, uników, złośliwości, według scenariuszy przygotowanych przez sztaby. W dużej debacie na takie scenariusze nie ma miejsca i czasu, choć zapewne na zapleczu sztaby pracują, a liderzy szykują się do występów (każdy miał mniej więcej po 9 minut), by pokazać się jak najlepiej i ugrać jak najwięcej. Pytania, jakie tu są ważne, są następujące: co wydobyć na wierzch, kogo zaatakować, a kogo ominąć, bo nie chodzi tylko o odnalezienie się w podziale rządzący i opozycja, ale także o bezpośrednich konkurentów, sięgających po poparcie tych samych elektoratów.

To jest szansa dla mniejszych i słabszych, by pokazać się w całej krasie, wyjść z niejakiej anonimowości bądź z głębokiego marginesu, stanąć w świetle jupiterów obok liderek PO i PiS. Te z kolei mogły skorzystać z szansy do poprawki po średnio udanej debacie poniedziałkowej.

Jak to wyszło? Po pierwsze, pytania nie były zawsze odpowiednio dobrane i ustawione, co zresztą irytowało Pawła Kukiza, bo on chciał koniecznie mówić o swoich fantazjach, które znamy. Po drugie, formuła tej debaty nie dawała okazji, by nie nużyć, ale też by się dobrze pokłócić, choć jakieś iskry poszły: między Kopacz a Szydło, między Korwin-Mikkem a Nowacką czy Zandbergiem (Partia Razem) a znowu Korwin-Mikkem.

A teraz moje subiektywne oceny. Beata Szydło i Ewa Kopacz w drugiej debacie jeszcze bardziej rozczarowujące. Janusz Korwin-Mikke i Paweł Kukiz jak zawsze odjazdowi po swojemu. Bez rozczarowań Ryszard Petru i Barbara Nowacka, sprawni, budzący nadzieję. Dla mnie odkryciem był Adrian Zandberg, który ma świeżość i chętnie widziałbym go w Sejmie. A najbardziej zdziwiłem się dobrą dyspozycją wicepremiera Janusza Piechocińskiego, którego wreszcie rozumiałem i który mówił – jak dla mnie – całkiem interesująco.

W sumie była to całkiem, jak na polskie kampanijne standardy, które się obniżają od kilku już odsłon wyborczych, ciekawa debata. Z czym może się zgodzą ci, którzy wytrzymali do końca.

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną