Rywin Lew
Boss w ostrogach
Producent filmowy cieszący się międzynarodową renomą i człowiek rozczarowany do telewizji, postać budząca wiele emocji. Jedni mówią o Lwie Rywinie jako o bezwzględnym biznesmenie, inni widzą w nim serdeczną słowiańską duszę. Syn repatriantów z Rosji, Polak z wyboru, światowiec z zawodu. Obecnie producent "Pianisty" Romana Polańskiego, który już przed ósmą pojawia się na planie, żeby sprawdzić, czy wszystko gra.

W filmie Romana Polańskiego "Pianista" zagra w epizodzie. Sam poprosił reżysera o rolę żydowskiego biznesmena, skupującego złote monety. - Bardziej odpowiada mi rola czarnego charakteru niż poczciwca załatwiającego kenkarty, którą początkowo wybrał mi Romek - uzasadnia Lew Rywin. Granie w filmie go bawi. Robi to w przerwach między swoimi obowiązkami zawodowymi, którymi musi zajmować się serio.

Epizodów było sześć, w różnych filmach. Najpoważniejsza rola to postać rosyjskiego mafioso w "Ekstradycji" Wojciecha Wójcika. Ze swoim ojczystym rosyjskim był do niej wprost wymarzony. Do 14 roku życia nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że jest Polakiem. Powiedział mu o tym ojciec w przeddzień repatriacji z ZSRR do Polski w 1959 r. W nowej ojczyźnie od razu się zakochał, bo odnalazł w niej eldorado: kolorowy wolny świat. Czyli big-beat, prywatki, autostop oraz harcerskie obozy.

Na trampolinie

W trzy lata później wyjechał wraz z rodzicami do świata naprawdę kolorowego. Do Ameryki. Gdy upłynął czas wizyty u krewnych, rodzice Rywina wrócili do Polski. On został. Wziął rachunek za energię elektryczną właściciela mieszkania, które wynajmował i na podstawie tego dokumentu zapisał się do szkoły. Nie miał zezwolenia na pobyt. Przez trzy lata przebywał w czapce-niewidce. Potem wrócił do Polski, a w reemigranckim bagażu przywiózł doskonałą znajomość języka.

- To jedyny w Polsce prawdziwie amerykański producent - mówi o Rywinie Juliusz Machulski, reżyser, szef zespołu Zebra. - I to nie tylko dlatego, że mówi po amerykańsku jak nowojorczyk, ale dlatego, że działa tak jak Amerykanie: szybko podejmuje decyzje i bierze za nie odpowiedzialność. Nie ma też żadnych typowo polskich kompleksów w rozmowach z wielkimi bossami czy reżyserami.

Rywin przyznaje, że praca ze Spielbergiem przy "Liście Schindlera" to była trampolina, dzięki której wybił się jako producent. Wyrósł nie tylko na polskim, ale i na międzynarodowym rynku. Po tym sukcesie od razu dopadły go plotki, wprost z Los Angeles. Spielberg, powtarzano, skarży Rywina o milion dolarów. Znajomy Amerykanin, również producent, przekazywał tę wiadomość w Polsce jako stuprocentową prawdę. Wiele osób deklarowało, że posiada wycinki z zagranicznej prasy na ten temat, które akurat gdzieś się zapodziały. - To wszystko bzdury - wzrusza ramionami Rywin. - Spielberg to nie jest człowiek, z którym można mieć jakąkolwiek przykrość lub sprawę. 9 kwietnia 2001 r. Lew Rywin wraz z Andrzejem Wajdą spotkali się ze Stevenem Spielbergiem w Los Angeles, na jego osobiste zaproszenie. - To powinno dać ludziom do myślenia, ale przyzwyczaiłem się, że koło mnie zawsze krążą plotki - mówi z goryczą.

- Lew Rywin ma doskonałą reputację w polskim środowisku, a jeszcze lepszą za granicą. Plotki o nim - tłumaczy aktor Marek Kondrat - wynikają z faktu, że on sam wygląda jak milion dolarów. Rywin wiele razy utyskiwał, że ilekroć idzie do restauracji, to bez względu na liczbę osób przy stole zawsze jemu podają rachunek do zapłacenia. - I nic dziwnego, bo gdziekolwiek wchodzi, od razu wzbudza zaufanie - mówi Machulski. - Taką ma fizjonomię. Potężny, jowialny, w marynarce w pepitkę, z wielkim cygarem uosabia mit o życiowym powodzeniu. Ale i on ma, jak każdy, na swoim koncie sporo różnych niepowodzeń, jak choćby nietrafione produkcje, które wymienia jednym tchem: "Bandyta" Dejczera, "Uprowadzenie Agaty" Piwowskiego, "Wirus" Kidawy-Błońskiego i jeszcze kilka innych. Przeżył też jedną poważną klęskę. Jest nią zawiedziona miłość do telewizji publicznej.

Milioner z Woronicza

W 1984 r. Rywin, z Interpressu, gdzie pracował jako szef tłumaczy, przeniósł się na Woronicza. Szybko awansował na dyrektora biura handlu zagranicznego polskiej telewizji, które z czasem przekształciło się w Poltel. - Nie miałem wtedy okrągłych pieniędzy, tylko kwadratowe - wspomina Rywin. - Nie miałem więc za co kupować zagranicznych filmów i programów dla telewizji. A tego ode mnie wymagano. Trzeba więc było zdobyć pieniądze okrągłe, czyli dewizy. I wówczas Rywin rozpoczął starania o kontrakt, który przyprawiał o drżenie co bardziej nerwowych urzędników, a przeciw któremu wypowiedział się sam szef kinematografii. Sprawa amerykańskiego serialu "Wichry wojny" stanęła na posiedzeniu rządu, a ten przychylił się do stanowiska, że należy wyrazić zgodę na jego produkcję w Polsce i w ten sposób pomóc państwowej telewizji. Tak więc w dniach socjalistycznych braków rynkowych, gdy na sklepowych półkach królował ocet, a za niewiele ponad dolara można było kupić markowy koniak w Peweksie - Lew Rywin zarobił dla telewizji, bagatela, milion dolarów. Był to największy kontrakt w historii TVP.

- Trzeba przyznać - uśmiecha się Bolesław Sulik, były przewodniczący KRRiTV, obecnie członek rady nadzorczej TVP - że działał niesztampowo. W instytucji, która od zawsze była bezwładna i bezładna, nie bał się nowych inicjatyw, podejmował ryzyko.

Sulik po raz pierwszy spotkał Rywina w 1988 r., kiedy jako pracownik BBC przyjechał do Polski z propozycją zrobienia dokumentu wokół Requiem Pendereckiego. - Od razu odniosłem wrażenie, że był to człowiek na właściwym miejscu. Wszystko załatwiliśmy od ręki. Potem, przyznaje Sulik, jeszcze dwa razy korzystał z pomocy Rywina. Najpierw przy realizacji słynnego filmu "In Solidarity". - Byłem reżyserem ze strony BBC, ale bez Lwa tego filmu bym nie zrobił. Wstępną umowę podpisali na świstku papieru. To było dla Rywina klasyczne postępowanie. Składał swój podpis na serwetce, na mankiecie, ale swoje zobowiązania traktował ze śmiertelną powagą. Paradoksalnie socjalistyczna biurokracja wcale go nie krępowała, a przeciwnie, dawała tym większe pole do popisu. Bardziej niż wypracowane punkty kontraktu liczyło się słowo, znajomości oraz umiejętne lawirowanie między przepisami, zakazami i partyjnymi kacykami. Rywin, do dziś posądzany o sympatie do lewicy, nigdy nie należał do PZPR. Przyznaje się jedynie do prywatnej znajomości z Aleksandrem Kwaśniewskim. - Moim zdaniem - ocenia Sulik - polityka nie współgra z talentem do zarabiania pieniędzy, a on jest biznesmenem z krwi i kości. Stać go także na bezinteresowność.

Sulik wspomina, że doświadczył jej przy realizacji dokumentu o Wojciechu Jaruzelskim. Mimo początkowej zgody BBC wycofało swoje poparcie dla filmu. Na jego realizację nie wyraził też zgody ówczesny prezes TVP Janusz Zaorski. Rywin dał Sulikowi pieniądze na zrobienie dokumentu. - Nie wiedział wtedy, że w przyszłości będę przewodniczącym KRRiTV - mówi Sulik. - Zrobił to, bo spodobał mu się pomysł filmu. I tyle.

Dwójka za dwa miliony

W 1989 r. Rywin został zastępcą prezesa TVP do spraw finansowych i administracyjnych. Prezesem był Andrzej Drawicz. Osoby, które wtedy pracowały na Woronicza, mówią, że tych dwóch mężczyzn o tak różnych biografiach łączyła serdeczna przyjaźń. Polegali na sobie, a szczególnie Drawicz, który nie miał pojęcia o telewizyjnych układach, wspierał się na kompetencjach i doświadczeniu swojego zastępcy. - To były bardzo ciężkie czasy - opowiada Rywin. - Telewizja jako instytucja nie miała zupełnie pieniędzy, ustały dotacje budżetowe. Musiałem wziąć kredyty, żeby wypłacić pracownikom pensje. W tym czasie Rywin, ku oburzeniu wielu polityków i publicystów, forsował pogląd, że dla sprawniejszego funkcjonowania TVP należy sprywatyzować Program Drugi. - Do dziś uważam, że to była słuszna idea - stanowczo stwierdza Rywin. - Co bowiem robi teraz dyrektor Programu 2 Nina Terentiew? Musi zarabiać pieniądze. Hop, siup, tralala. Nie ma mowy o naprawdę ambitnym programie. Natomiast, przy sprywatyzowanej Dwójce Program Pierwszy mógłby być taki jak dawne BBC, mógłby naprawdę spełniać swoją misję.

- Koncepcję Rywina, żeby sprzedać Dwójkę za dwa miliony dolarów, uważałem za chybioną i niebezpieczną - mówi Jan Dworak, ówczesny wiceprezes do spraw programu, obecnie producent, właściciel studia AA. - To byłby cios w samą istotę publicznej telewizji. Podjąłem decyzję, aby zbudować telewizyjną agencję reklamową i w ten sposób zdobywać pieniądze dla TVP. Mimo tego ideowego sporu nasze stosunki z Rywinem były poprawne. Podziwiałem go za cuda, których potrafił dokonywać w dziedzinie finansów.

- Rywin wziął cały management na siebie - mówi wieloletni pracownik TVP, który pragnie pozostać anonimowy. - Miotał się wtedy jak ryba w sieci. Wszyscy mieli do niego pretensje, wszyscy czegoś chcieli, a jednocześnie był władcą absolutnym. Jeden jego podpis załatwiał sprawę. Ludzie się go bali i podlizywali mu się, jak to w tej instytucji. W tamtych czasach Rywin lubił podobno przytaczać anegdotkę o Rockefellerze, który spóźniwszy się na zebranie w swoim banku usiadł przy drzwiach. Gdy zapraszano go, żeby usiadł przy stole, odpowiedział: gdzie ja jestem, tam jest prezydium. - Jak podstawi pani zamiast Rockefellera nazwisko Rywin, to będzie pani miała jego obraz z tamtego okresu.


Powitania, pożegnania

W czasie siedmiu lat pracy w TVP Rywin przetrwał kilka zmian na stanowisku prezesa. Przy każdej zawsze zajmował zaszczytne, wysokie miejsce na liście do odstrzału. - Byłem dyżurnym do wyrzucenia - wspomina Rywin. - W takich momentach brałem teczkę z dokumentami i stawiałem się do dyspozycji prezesa. Zwykle jednak podczas takiej rozmowy prosili, żeby został, więc nie odchodził. Przyzwyczaił się do takiego ceremoniału witania nowych prezesów.

Nadszedł 1990 r., a wraz z nim przegrana Tadeusza Mazowieckiego w wyborach prezydenckich. Zmieniał się układ sił politycznych. Prezes Andrzej Drawicz musiał odejść z telewizji. Nowo mianowany Marian Terlecki poprosił Rywina do gabinetu, ale to spotkanie miało inny przebieg niż poprzednie w podobnych okolicznościach. - Powiedział: próbowałem cię ratować, ale Wałęsa się nie zgodził - wspomina Rywin. - Do dziś nie mogę pogodzić się z tym, że wyleciałem z telewizji za politykę, w której nie brałem udziału.

- Wałęsa nie miał z tym nic wspólnego - stwierdza Marian Terlecki, obecnie producent, właściciel MTArt. - Prezesa nominował premier Krzysztof Bielecki. Nie pamiętam takiej rozmowy z Rywinem. Pamiętam natomiast, że odbyłem dłuższą i sympatyczną rozmowę przy obiedzie z Andrzejem Drawiczem.

Swoje rozstanie z telewizją Rywin zapamiętał wyjątkowo fatalnie. Czuł się skrzywdzony. - To był desant - mówi. - Przyjechał Marek Markiewicz (późniejszy szef KRRiTV), a potem premier Krzysztof Bielecki. Dali nam pół godziny na oczyszczenie biurek. Drawicz miał łzy w oczach.

- Ja też odczułem tę całą sytuację bardzo dramatycznie - mówi Jan Dworak. - Nasze odejście to był wynik politycznego sporu w łonie Solidarności. Dworak przyznaje, że wyjątkowo zapadło mu także w pamięć pożegnalne spotkanie z kolegium dyrektorów. Sala na dziewiątym piętrze była pełna. Jednak panowało martwe milczenie. Nikt, poza Jackiem Snopkiewiczem, nie odezwał się ani słowem. - A przecież coś razem budowaliśmy, stworzyły się jakieś więzi. To jednak nie miało najmniejszego znaczenia. Odchodziliśmy więc  tak, jakby nie było warto powiedzieć nam: do widzenia. W końcu w tej przerażającej ciszy zabrzmiał głos Rywina: ja tu jeszcze wrócę - relacjonuje Dworak.

Niezależnie od stale zmieniających się konfiguracji politycznych, Lew Rywin, przynajmniej w plotkach, pozostaje żelaznym kandydatem na prezesa telewizji. Ostatnio jest wymieniany jako potencjalny prezes TVP,  gdyby Leszek Miller, po wygranej lewicy w wyborach parlamentarnych, objął stanowisko premiera. - Gdybym wrócił do telewizji - stwierdza Rywin - to musiałbym zwolnić co najmniej połowę załogi, musiałbym zrobić rewolucję. Na to żaden polityk nie wyrazi zgody. Gdy więc dziś pyta mnie pani, czy wrócę do telewizji, odpowiadam: nie.

Jego zdaniem na szefa publicznej telewizji najlepiej nadawałby się Mariusz Walter. - To jest genialny talent telewizyjny, który marnuje się w komercji. Ja sam uczyłem się od niego stawiania pierwszych kroków - podkreśla Rywin. - To był mój guru. Ale tak to jest, że w Polsce najmniej sprawdzają się pomysły najbardziej oczywiste.

Biznes i dusza

Na osobowość Rywina, jak określił to jeden z jego współpracowników, składa się 60 deko bezwzględnego talentu do biznesu i aż 40 deko słowiańskiej duszy. Po odejściu z telewizji były wiceprezes musiał rozpocząć nowe życie. Wyciągnął notes z telefonami. Zadzwonił do producentów w Niemczech, we Francji. Powiedział, że jest wolny i gotów "coś przerobić". Nie czekał długo na propozycje. Tak powstał Heritage Film, a jego właściciel Lew Rywin przekształcił się w producenta filmowego.

Producent to człowiek, który musi godzić pieniądze ze sztuką. - Lew robi to doskonale - mówi Kondrat, który zadebiutował jako reżyser filmem "Prawo ojca", dzięki namowom Rywina. - Jest wystarczająco surowy i wymagający, ale ma jednocześnie duszę dziecka. Jeśli przekona się do projektu, zachwyci nim, jest w stanie nawet przekroczyć budżet. Odsuwa od ekipy filmowej wszystkie trudy produkcyjne. Te cechy Rywina można łatwo dostrzec, gdy opowiada o kłopotach na planie swego ostatniego przedsięwzięcia, "Pianisty". - Polański dzisiaj nie skończył sceny, tak jak to było zaplanowane, dłużej nad nią pracował, to nie szkodzi, tylko muszę się zastanowić, jak będzie wygodniej. Przenieść jej dokończenie na pojutrze czy lepiej będzie dokończyć ją jutro - zastanawia się. - Tyle że na jutro jest wszystko przygotowane do sceny w tym samym baraku, ale dziewięć miesięcy później. Zapytam Romka, jak on będzie chciał.

Delikatność Rywina w jednej sekundzie potrafi przemienić się w zimną bezwzględność. - Chcę pracować tylko z profesjonalistami - podkreśla - inni mnie w ogóle nie interesują. Gdy podczas konferencji prasowej poświęconej "Pianiście" zawiodło nagłośnienie, Rywin głośno powiedział: - Zwalniam inżyniera dźwięku. Ton jego głosu sprawił, że po całej sali przeszedł dreszcz. - Wiem, że ludzie mają do mnie pretensję o takie gwałtowne reakcje - tłumaczy - ale jak ktoś źle wykonuje swoje zadanie, to uderza to we mnie, w moją markę. Jeden ze znanych scenografów filmowych powiada, że od firmy Heritage przyjmuje każde, nawet najmniej interesujące zlecenie; Rywinowi bowiem się nie odmawia. To wiedzą wszyscy.

Lew w Canale

W 1997 r. Rywin został prezesem Canal Plus. W jednym z wywiadów powiedział wówczas, że przez pewien czas ponosi dwa kapelusze: producenta (jako właściciel Heritage) i prezesa. Miał to być jego wielki powrót do ukochanej telewizji. - To nie była skala dla niego - stwierdził jeden ze współpracowników Rywina. - Wyobraża sobie pani, co Lew może robić w Canale? Bolesław Sulik przychyla się do tej opinii: - Jako przewodniczący KRRiTV byłem za tym, żeby dać koncesję Canalowi Plus. Jednak teraz mam świadomość, że nie jest to polska stacja z francuskim rodowodem, ale rządzi w niej tylko paryska centrala.

W czasie prezesury Lwa Rywina z finansowym udziałem Canal Plus powstało 35 filmów. Połowę z nich wyprodukował Heritage Film. - Trudno czynić mu z tego zarzut - stwierdza anonimowo jeden z producentów. - Korzystał z okazji. Nie jest to prawnie naganne. W zasadzie moralnie też nie. No, może trochę nie wypada.

Obecnie Lew Rywin jest prezesem rady nadzorczej Canal Plus. Według pracowników tej stacji jest to klasyczny kop w górę. Rywin ma tytuł i gabinet, ale niewiele do powiedzenia. Dominik Lesage, dyrektor do spraw instytucjonalnych w Canal Plus, nie odpowiada na e-maile w sprawie Rywina, unika odpowiedzi na pytania, jak Francuzi oceniają wkład pracy byłego prezesa w rozwój stacji. Wreszcie w rozmowie telefonicznej Lesage wyraża szczere zdumienie, że "Polityka" pragnie opisywać Rywina, a nie Christiana Cozara, od roku francuskiego prezesa stacji. Na uwagę, że Rywin jest wielkim producentem, odpowiada: - Ale robi filmy za pieniądze Canal Plus.

Rywin nie ukrywa, że jest już trochę zmęczony. W tym roku poza "Pianistą" nie ma zamiaru produkować żadnego filmu. No, chyba żeby Spielberg coś zaproponował, ale to i tak będzie do realizacji dopiero w przyszłym roku. Od jesieni ma zamiar łowić ryby na Mazurach. Został też prezesem Polskiego Związku Tenisowego. Niektórzy komentują, że Rywinowi nigdy za dużo prezesowskich tytułów. - Zawsze lepiej mieć jeden więcej niż mniej - stwierdza jeden z pracowników Canalu Plus. - Widać przecież po nim, że nie jest to człowiek specjalnie zaangażowany w sport.

Sam Rywin uzasadniając przyjęcie nowej funkcji mówi, że lubi tenis i chce pomóc młodym talentom. A ponadto sam związek jest zwyczajnym przedsiębiorstwem, które wymaga doprowadzenia do porządku. Pragnie je zreformować, ale nie ma do końca pewności, czy mu się to uda. - Jest tam tyle frakcji, ile w Solidarności, a może nawet więcej.

Niedawno Rywin został Gentlemanem Roku 2001. W uzasadnieniu miesięcznik "Gentleman" napisał, że został obdarzony tym tytułem, bo jest "człowiekiem-instytucją, wybitnym promotorem kina, wyróżniającym się niezwykłą inteligencją, ujmującą skromnością i niepowtarzalnym poczuciem humoru". Gentleman, mimo wielu sukcesów, sprawia wrażenie lekko zniechęconego. - Dla mnie "Pianista" to już przeszłość, choć będę nadal nad nim czuwał - mówi. - Teraz muszę zaplanować, co będę robił jesienią. Komórka Rywina dzwoni bardzo często. Sprawdzając kolejny numer, który się na niej wyświetla, oznajmia: - Przepraszam, ale dzwoni najważniejsza dla mnie osoba w tym państwie, moja żona.

"Wielu ludziom spoza firmy - stwierdził Janusz Basałaj, szef redakcji sportowej w Canal Plus, wpowiadając się dla "Życia" - kojarzy się z bossem rosyjskiej mafii z serialu "Ekstradycja", jednak w rzeczywistości ma zupełnie inne maniery i kontakty z nim są dużo przyjemniejsze". Charakterystyczne, że wokół Lwa Rywina krąży wiele nieprzyjaznych plotek, ludzie jednak mówią o nim dobrze. - Jego sukces polega też na tym - komentuje Sulik - że wiele osób ma mu sporo do zawdzięczenia.

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj