Archiwum Polityki

Bukwy bez przymusu

Większość dwudziestolatków nie widziała na oczy cyrylicy, a pokolenie ich rodziców mówi po rosyjsku z wdziękiem pani Baryki z „Przedwiośnia”. Chcąc dopomóc mężowi w karierze w Rosji, skomplementowała córkę gubernatora: „Kakaja u was krasnaja roża”. Kariera zawisła na włosku, bo gubernator obraził się za wypominanie córce czerwonej mordy.

Dopiero dziś przydałaby się dobra znajomość rosyjskiego. Nie ma co liczyć na to, że w najbliższych latach będzie lepiej – z wielu powodów odwróciliśmy się od narzucanego nam niegdyś języka, którego znajomość akurat teraz mogłaby być naszym atutem.

Kogo uczyć?

Z roku na rok nad bukwami (rosyjskimi literami) pochyla się coraz mniejsza liczba osób (900 tys. uczniów i 4,5 tys. studentów, dla porównania: nad niemieckim – 2,28 mln uczniów i 9,5 tys. studentów). Rosyjskiego uczy się wieś, miasto wybrało angielski. Ubywa rusycystów. Z około 26 tys. uczących w 1992 r. zostało 8 tys. Jedyne, co wydaje im się pewne, to bezrobocie.

– Beznadzieja – podsumowuje sytuację nauczycielka jednego z warszawskich liceów. W nowym roku szkolnym dostała dziesięć godzin zajęć tygodniowo.

Polityka 37.2002 (2367) z dnia 14.09.2002; Społeczeństwo; s. 93
Reklama