Archiwum Polityki

Z punktu widzenia czarnej owcy

Kiedy podczas spotkania w Hotel de Ville usiłowałem zamienić na boku parę słów z panią prezydentową Jolantą Kwaśniewską, dopadła mnie francuska gorylica. Feminizm posunął się bowiem we Francji tak daleko, że jakby nie wystarczały kobiety dźwigające sztangi lub pchające ciężkie kule, w ramach równouprawnienia również zawód byka z obstawy ulec musiał demokratyzacji. Gorylice od goryla rozróżnia się (płeć nie ma tu żadnego zewnętrznego przejawu) wyłącznie po uniformie. Mundury gorylic są przy tym o tyle mało gustowne, że w dół od spódnicy widać całkiem niekobiece węzły mięśni i siniaki nad lewym udem spowodowane przez systematyczne noszenie z tej strony broni krótkiej. Nad kołnierzykiem pojawia się twarz charakterystyczna szerokim podbródkiem, spłaszczonym nosem i złośliwymi, zimnymi oczyma bliższymi makaka niż goryla. Stwór ów wysławia się tylko w języku Rabelais’go, ale w sposób umiarkowany, ograniczający się do: la la la. Tym, którzy by sądzili, że jest to motyw z piosenki, tłumaczę od razu. Znaczy to, że tam, tam, a broń Boże nie tutaj!

W rzeczywistości wyciągnąłem panią prezydentową Kwaśniewską o metr i szesnaście centymetrów poza przestrzeń przewidzianą przez goryli i gorylice. Słono musiałem za to zapłacić. Przerwano mi w pół drugiego zdania (to jeszcze nie jest wielka gadatliwość) i jeżeli nie siedzę dzisiaj we francuskich kazamatach, zawdzięczam to jedynie wstawiennictwu pani prezydentowej.

W tym czasie pan prezydent stał precyzyjnie na zaoferowanym mu terenie mniej więcej metr na dwa. Tam bowiem już od godziny fotoreporterzy ustawili statywy, sprawdzili ostrość, a panienki z kwiatami mogły dojść równym krokiem w takt Berlioza. Zrozumiałem wtedy (choć doprawdy – nikt mi tego nigdy nie proponował) – dlaczego nigdy i za żadną cenę nie chciałbym być prezydentem.

Polityka 22.2000 (2247) z dnia 27.05.2000; Stomma; s. 106
Reklama