Mr Tung **
Przy ulicy Kruczej, w pobliżu słynnego w czasach PRL warszawskiego Hotelu Grand, tuż obok eleganckiego banku i salonu samochodowego, znalazła przytulisko indochińska restauracja o nazwie Mr Tung. W jednej średniej wielkości sali rozlokowano kilkanaście stolików osłaniając je – zgodnie z azjatyckim obyczajem – parawanami. Oddziela to stoliki od siebie na tyle, że nikt sąsiadowi nie zagląda do talerza, uniemożliwia także precyzyjne podsłuchiwanie cudzych rozmów, stwarza pozory intymności, lecz nie wyobcowania. Czuje się obecność innych gości, słychać gwar sali i szmer dyskretnej chińskiej muzyczki dobiegający z głośników.
Kelnerki, choć przenicznowłose mieszkanki mazowieckiej równiny, ubrane w złociste sarongi zgrabnie przemieszczają się z kuchni do stolików i czuwają, by goście zbyt długo nie czekali na przyjęcie zamówienia, a potem na poszczególne dania.
W karcie dań jest sporo, jak to we wszystkich indochińskich knajpkach, i to bardzo różnorodnych. Najbardziej rozbudowany dział to owoce morza i ryby. Jest w czym wybierać. Amatorom posiłków jednodaniowych polecam „Wszelkie dania morza”. Za 37 zł można nasycić się różnymi gatunkami krewetek, kawałkami różnych ryb, maleńkimi i większymi ośmiorniczkami i paroma innymi stworami, których nawet nie można rozróżnić. Wszystko to zmieszane jest z makaronem sojowym i przyprawione pikantnym sosem.
Wieprzowina z grzybami mun dobra jest dla amatorów mięsa delikatnego i lekkostrawnego. Przyznać też trzeba, że doprawiona była nieznaną przyprawą o bardzo wykwintnym zapachu.
Po raz pierwszy skusiłem się też na indochiński deser. I nie były to lody, sorbety czy owoce egzotyczne figurujące w karcie każdej wietnamskiej knajpki, lecz galaretka z zielonej herbaty.