Archiwum Polityki

Feminizm

Publicyści zdają się traktować feminizm jako margines życia publicznego, który czasem warto przywołać retorycznym pytankiem: ciekawe, co by na to powiedziały feministki?

One mają sporo racji. Ale są jakieś nadmierne. Hałaśliwe. Nieprzystępne. Hermetyczne. Agresywne. Pewnikiem niespełnione jako kobiety. Chłopobaby. Jeśli nie lesbijki. Wariatki, może nawet barwne i inteligentne, ale jednak wariatki. Niepoważne z tymi swoimi żądaniami. Właściwie w ogóle niezbyt poważne.

Tak mniej więcej wyglądałaby dziś przeciętna towarzyska rozmowa w Polsce, gdyby dać pod rozwagę hasła feminizm i feministki. Na tym to tabu polega, że mało kto i mało gdzie myśli i mówi o feminizmie jako zwartym systemie poglądów i postulatów społecznych.

Dlaczego w dobrym tonie jest u nas o feminizmie milczeć, a jeśli już mówić, to z ironią, z pobłażaniem, z nieufnością?

Po pierwsze pętają nas mity i uspokajające stereotypy. Weźmy mit matki-Polki, narodowej bohaterki (jakoś spleciony z charakteryzującym polski katolicyzm kultem maryjnym). Weźmy stereotyp, że baba to szyja kręcąca głową albo ten o rzekomej nadzwyczajnej polskiej galanterii wobec dam.

Po drugie – niezmierzone są wśród polskich mężczyzn pokłady kamiennego mizoginizmu. Nawet wielu spośród tych uchodzących za światłych i rozumnych – jeśli zdarzy im się spotkać kobietę umysłowo sprawną i zawodowo wybitną – szybciej doszukiwać się w niej będzie rozmaitych defektów (nie ma dzieci, to się sprawdza zawodowo), niż przyjmie z uznaniem jej partnerstwo, nie mówiąc o przywództwie.

Po trzecie kobiety, nawet wiele tych uchodzących za światłe i rozumne, niezwykle cenią sobie swój sukces właśnie dlatego, że został osiągnięty w świecie zdominowanym przez mężczyzn (o ileż mniej byłby on wart, gdyby panowało równouprawnienie).

Po czwarte wreszcie jest w samych feministkach cząstka winy za nieistnienie.

Polityka 25.2003 (2406) z dnia 21.06.2003; s. 85
Reklama