Archiwum Polityki

Zapytam o sens już tam

Co każe trzymać się życia, które po brzegi wypełnione jest fizyczną udręką? Co można z siebie dać, jeśli już tylko dwa palce u dłoni słuchają mózgu?  Czy da się zaakceptować to, że życie właśnie się kończy?

Nazywa się Ela Rembelska. Ma 34 lata, ciemne brwi nad spuchniętymi od morfiny oczami i potworną chęć, by żyć. Choć z medycznego punktu widzenia powinno już Elki nie być. Ile już razy ludzie w białych kitlach mówili matce: zrobiliśmy wszystko. Ale żyje. Przy życiu trzyma ją jakaś irracjonalność. No bo nie sens? Sens czego?

Przed blokiem na warszawskim Żoliborzu warczą wiertarki. Robotnicy układają nowy chodnik. Kończy się jesień. To dobrze. Elka woli mrok. Od światła głowa boli bardziej. W pokoiku stoi szpitalne łóżko przykryte materacem na odleżyny. Nawet głowa nie chce się podnieść. Jedyne, co można, to wywrócić oczy w kierunku okna. I zobaczyć skrawek nieba. Ten sam skrawek od 9 lat. Tak długo już leży. I patrzeć, jak w skrawku nieba zawężonym do okiennej ramy zmieniają się pory roku.

W tym roku sroki zrobiły gniazdo na drzewie. Od pierwszego do ostatniego drewienka Elka obserwowała, jak rósł wielki sagan. Potem gniazdo zajęły kawki. Jak zaczynają krzyczeć, znaczy, że wychodzą ludzie z psami. Czasem w ramie okna zjawia się księżyc. Poruszają się liście, a światło miga wtedy jak brokat.

Ludzie z bloku, spieszący rano do pracy, nawet nie wiedzą, ile można wyczytać ze skrawka nieba.

Medycyna nie wie, co tak naprawdę Elce jest. Wiadomo tylko, że wszystko przestaje pracować. Ciało stopniowo odmawia życia. Ukradzione śmierci serce bije rytmem stymulatora: 82 uderzenia na minutę. Słowa świszczą, odbijając się od rurki włożonej do tchawicy. Słowa zagłusza warczący koncentrator tlenu, który całą dobę pompuje w Elkę życie.

W gmatwaninie rurek, ułożonych na pstrej koszulce w żółte paski, jedyna część ciała, która jeszcze ma wolność, to dwa palce u lewej ręki. Więcej nic. Prawa ręka i nogi leżą bezwładnie na kołdrze z flaneli.

Mama opowiada Elce świat, który nie zmieścił się w okiennej ramie. Że za oknem jest ulica, jakiej szerokości będzie chodnik, że po drugiej stronie jest blok. Cytadela jest w kierunku tej ściany naprzeciwko łóżka. Kiedyś Elka widziała Cytadelę. Dzięki temu wie, w którym zakątku Warszawy właściwie mieszka.

Przymiarki do śmierci

Ze zdjęć w albumie uśmiecha się dziewczyna w wiatrówce. To trzecia klasa. Ciało pozwalało jeszcze Elce chodzić do trzeciej klasy o własnych siłach. Lodowisko. Elka z Anką wariują na łyżwach. Trzask kości o lód. Już nie wstaje. Diagnoza – złamany obojczyk. Wyjmują z gipsu rękę, która już nie chce się poruszyć. Nie boli, tylko jakby nie było tej ręki. Szpital. Diagnoza: zanik mięśnia barkowego. Wystarczy dotknąć Elkę, a ciało łamie się jak gałąź. Sadzają Elkę na wózek. Będzie dobrze – dziecko zawsze myśli, że będzie dobrze, bo tak kończą się bajki. Dlatego dziecko ściga się na tych wózkach po szpitalnych korytarzach.

Teraz brzuch robi na złość. Boli tak, mówi Elka, jakby ten brzuch coś skręcało, wyżymało z całej siły, tak jak wyżyma się mokry ręcznik. Diagnoza – może to rozwojowe, przecież ma 13 lat, może owsiki. Na wszelki wypadek wycinają wyrostek.

(Pisk. Jakby odgłos karetki na sygnale. To pulsoksymetr, aparat mierzący dopływ tlenu do organizmu Elki przez 24 godziny na dobę alarmuje, gdy poziom tlenu spada. Przerwa. Trzeba wyciągnąć z gardła rurkę tracheotomijną do przemycia. Rurkę myje się kilka razy dziennie, żeby nie przeszkadzała oddychać. Ela łyka powietrze głębiej, głębiej... Czuwająca maszyna cichnie).

Następne lato. Elka jest u cioci. Nie sika już trzy dni. Diagnoza – od tego upadku na lodowisku Ela chodzi ze złamaną miednicą. Teraz kość weszła w pęcherz i zablokowała mocz.

Serce. Psuje się akurat wtedy, gdy zaczyna się pierwszy rok studiów, właśnie budują metro. Jedzie na uczelnię z książkami. Potem nie pamięta. Diagnoza – skurcze zatokowe w sercu. Rzadki przypadek. Wszczepiają stymulator. Kwadracik w piersi wielkości pudełka zapałek, a jakby drugie życie dostała. Zobaczyła świat – góry, Rabkę, Częstochowę.

Krtań. Elka zaczyna trzeci rok pedagogiki. Siada pod kasztanowcem i przestaje oddychać. Trzeba wszczepić rurkę. Nie! Widziała w telewizji ludzi z dziurą w krtani. Te świszczące słowa. Reanimacja. Budzi się już z rurką na zawsze.

Potem pierwsza prawdziwa przymiarka do umierania. Diagnoza – udar móżdżku, najgorsza rzecz. Zwykle koniec. Tak jakby zgasić ekran telewizora. 23.30. Telefon do matki: zrobiliśmy wszystko.

Pół roku, dzień i noc nie można pozwolić Elce zasnąć. Trzeba opowiadać od nowa te same historie, szarpać, gdy wywraca oczy do góry. Pół roku, dzień i noc. Nie wiedzieć czemu dożyła do sylwestra. Znów udar. Kolejna przymiarka do...

Operacja na cewnik. Centymetrowa dziura, zrobiona w brzuchu na żywca. Pogryzła mamę z bólu.

(Godzina 21. Aparat piszczy na alarm. Trzeba włączyć respirator. Gdy Elka usypia, mózg zapomina, że trzeba oddychać).

Chcę żyć. Przepraszam

Ranek. Najgorszy jest ten strach, moment, gdy odłączasz respirator. Potem trzeba bardzo się koncentrować, żeby przypomnieć sobie oddychanie. Robisz jeden wdech, drugi... – Nie lubię respiratora. Ma zakodowane, że musi pracować. Nieważne, czy oddycham, czy nie. Czasem złapię oddech, a za chwilę on pompuje we mnie drugi. To tak, jakby się zachłysnąć podwójnym powietrzem. Muszę kontrolować, żeby pogodzić nasze oddechy, czyli robić wdech w tym samym czasie. Lekarz każe się z nim zaprzyjaźnić. Nigdy się nie zaprzyjaźnię.

Elka nie podłączy go na stałe. Potem rodzina ma dylemat etyczny, kiedy..., no..., powiedzieć dość.

Do mycia są potrzebne specjalne środki przeciwgrzybiczne. Matka myje Elę oszczędnie. Butelka to 26 zł. Gdy lepiej się czuje – samą wodą. Rurki do cewnika, do gardła, respiratora, koncentratora... Wypożyczenie koncentratora kosztuje 250 zł miesięcznie. Za 510 zł renty lepiej nie chorować. To nie są czasy dla takich wyroków Boskich. Jeśli nie umierasz, choć zaprzestano już leczenia, Fundusz Zdrowia się irytuje. Nie raz wezwani lekarze mieli pretensje, że nie umiera. Dodatek opiekuńczy dla czepiających się życia na siłę to 160 zł.

Hospicjum. Trafiają tu ci, którzy skończyli chorować. Tzw. terminalni (terminus – granica, kres). Matce podali kartkę papieru: „Zostałam poinformowana, że choroba mojego dziecka jest nieuleczalna. Przyjmuję do wiadomości, że pracownicy nie będą stosowali metod mających na celu przedłużanie życia”. Czyli będą wyłączali ból, żeby odeszła w spokoju. Pomożemy jej umrzeć – podają kartkę jeszcze raz. Nie podpisała.

Kiedy wyzdrowieję? – zapytała Elka doktora w swoje urodziny akurat. – Skończyliśmy leczenie. Proszę się przygotować do śmierci – zirytował się. Przecież do tego nie da się przygotować.

Sala operacyjna. Nie raz, gdy wieźli Elkę na salę, po drugiej stronie korytarza mijały ją łóżka wracające z sali, spod prześcieradeł wystawały opuchnięte martwe twarze. Z tym się człowiek nie oswaja.

Pani Basia, matka Elki, zniszczona kobieta, od 9 lat siedzi przy łóżku dziecka. Jest dłońmi Elki, głosem komunikującym się przez telefon. Nawet na sekundę nie można wyjść z pokoju. To może stać się w każdej chwili... Wychodzi raz w tygodniu kupić leki, chleb i coś do chleba. Nie, nie trzyma gromnicy w pogotowiu. Po co?

Hospicjum zdiagnozowało matkę: nadwrażliwa. Bo przeszkadza umrzeć, zamawia prywatne wizyty i podaje antybiotyki. – Nie można było tak patrzeć... Dawali jej morfinę. Straszne ilości. Już nie jadła, nie widziała. Zabrałam ją do domu. W karetce znów był atak. Podłączono respirator. – U nas się umiera – krzyczał hospicyjny lekarz przy łóżku.

Wiesz, nie jestem za tym, żeby przedłużać życie, kiedy umrze pień mózgu – Elka jakby tłumaczy się z tego, że chce żyć.

Może to sens?

Dziewięć lat z pozycji łóżka patrzysz na dywan w bordowe kwadraciki. Elka zmieniłaby ten dywan. Na najtańszy. Może w tulipany? To tak jakby zmienić świat wokół. Czasem, żeby zmienić świat, ktoś poprzestawia jakieś drobiazgi – przełoży książkę w inne miejsce albo zdjęcie w oprawce. Zawsze to inaczej.

Załamanie. Raz przyszło. Gdy koleżanki zaczynały się zakochiwać, przynosić te wszystkie fotografie z wyjazdów na żagle, potem fotografie w białych sukienkach. A Elka ciągle widzi tylko ten cholerny skrawek nieba w okiennej ramie. – Idźcie sobie – krzyczałam. – Nie szły. Godzinami tak potrafiły siedzieć. Patrzyłam w ścianę, żeby nie patrzeć im w oczy. Byłam wściekła na tego ich Boga, na żagle, na wszystko.

I na siostrę w czarnym habicie, która w szpitalu pocieszała chorych swoją hiobową opowieścią: Dziękuj za cierpienie, ono uszlachetnia, Bóg cię tym cierpieniem wyróżnił. Elka nie wierzy w sens cierpienia. W ogóle nie chce żadnej grobowej ciszy wokół. Życie ma sens. Cierpienie nie.

Dziś Kaśka, wolontariuszka z hospicjum, przyniosła Elce liście. Ze wszystkich drzew w parku. Żeby pokazać jesień.

SMS do Józka ze Śląska, który przychodził do Eli jeszcze jako zakonnik kamelianów. Rzucił zakon cztery lata temu. Zaczął studiować, wyjechał, ożenił się: „Kochana misiu, jak minął dzień?”. Józek pisze codziennie.

Pan Leon, kombatant, przysłał list, a w nim zasuszony kwiat: „To oryginalna szarotka górska rosnąca w szerokich skałach, zerwana przeze mnie na szczycie góry Rysy w 1948 roku, gdy byłem szefem strażnicy nr. 187 na Łysej Polanie”.

– W końcu coś we mnie pękło. Długo to trwało, zanim zrozumiałam, że ci wszyscy ludzie wcale nie robią mi na złość tym, że jadą na żagle. To ich życie. Trzeba tak żyć. Spacerować po deptakach, wejść na Rysy. Przecież nigdy nie zostałam sama. Nigdy. Zawsze, gdy już nie ma pieniędzy, nadziei, zjawia się ktoś. Zawsze.


Jak pani Grażyna, nauczycielka z Lublina, z którą Elka leżała na sali 5 lat temu, czekając na kolejny koniec. Pulsoksymetr. Nie może wyjść bez niego ze szpitala. Nikt nie wytrzyma kontrolowania, czy oddycha, dzień, noc, miesiąc, rok? Aparat kosztuje 5,5 tys. zł. Kosmiczna suma. Pani Grażyna wyszła z sali. Weź dwa tysiące, rozmawiałam z mężem – powiedziała. W sali obok leżał właściciel przedsiębiorstwa transportowego. Chciał wpłacić pieniądze na szpital za udaną operację. Profesor się nie zgodził. Niech pan pomoże Eli – zadzwonił do przedsiębiorcy. Rano telefon od męża Grażyny: Powiedziałem szefowi w zakładzie. Też chce dołożyć.

Jak siostra Janina, zmartwychwstanka. Starsza pani zbiera od zakonnic w klasztorze owoce i soczki, żeby Elka miała witaminy. Oprócz owoców przynosi trochę życia z zewnątrz, opowiada, jak mija dzień w zakonie, co jedzą, że ktoś rzucił się pod pociąg i stali kilka godzin w szczerym polu. W soboty przynosi ciasto – od siostry kuchenkowej. – Nie, nigdy nie rozmawiamy o cierpieniu.

Piękni, zdrowi, zdołowani

Gdy ludzie idą do pracy, do pracy idzie też pani Małgosia, pielęgniarka, która co rano robi Elce zastrzyk na rozrzedzenie krwi. Gdyby zrobił się skrzep... gdyby... stymulator przestałby bić.

Kiepski ranek. Elka buja się tak monotonnie. Bujaniem zagłusza ból. Boli tak, jakby ktoś ciągnął to ciało i ciągnął. Potem już nie da się wytrzymać. Dwoma palcami u lewej ręki Ela wstrzykuje morfinę. Mogłaby zwiększyć dawkę, ale nie zwiększy. Gdyby podała taką, która wyłączy ból, wyłączyłaby się świadomość. Woli wstrzyknąć mniej, żeby ból ćmił, ale żeby nie spać, tylko żyć.

W każdej chwili mogłaby... no, złoty strzał. Parę centymetrów. – Czasem przychodzi to do głowy, wiesz. Ale jak potem spojrzałabym w oczy: Kasi – rodzonej siostrze, która zmarła 11 lat temu, matce, Piotrusiowi – to syn przyjaciółki, którego trzymałam do chrztu.

Po południu i w nocy funkcjonuje najlepiej. Wtedy wirtualną myszką i tymi dwoma palcami porządkuje zdjęcia w komputerze. Właściwie nie swoje zdjęcia porządkuje, tylko cudze życie: zdjęcia przyjaciółek w parku, Agnieszki z Garwolina, która przychodzi do Elki od lat i opowiada, że dobrze z mężem żyją, że dzieci, praca. Fotografie ze ślubu Ani, z którą wtedy tak szalały na lodowisku, narodziny synka Ani – Piotrka, potem narodziny Maćka, komunia Piotrka. Gdy się urodził, Anka sadzała półroczne niemowlę na szpitalnym łóżku. Nie bała się oswajać dziecka ze światem, który nie jest dla dzieci.

Dziś Piotrek ma 9 lat. Przylatuje, żeby pokazać, jak rośnie, obejmuje splataną w rurkach ciocię, przynosi świadectwa, nagrywa szkolne przedstawienia, żeby usłyszała, jak recytuje wiersze. Oswoił się. Gdy w zeszłym roku Eli wymieniali stymulator, 8-letni Piotrek podszedł do nauczycielki poprosić, żeby za ciocię pomodliła się cała klasa. – Nie mogłabym mu tego zrobić – z piersi Eli wyrywa się żal, taki ni jęk, ni westchnienie.

Jest już wieczór, gdy puka Agata. Małomówna dziewczyna leczy się na schizofrenię. Był czas, że straciła sens. Coraz częściej do Elki znajomi przyprowadzają znajomych, którzy stracili sens. Jak pan Antoni. Wrócił z emigracji z Australii, zachorował, potem miał kłopoty z synem, chciał komuś pomóc. Gdy Ela spała, pan Antoni kładł się na wersalce i też spał.

Przychodzą ci wszyscy, którzy zaśmiecają swoje życia pretensjami, depresjami; piękni, zdrowi, a zdołowani. Elka jest dla nich jak zastrzyk. Potem wychodzą onieśmieleni tym swoim zapatrzeniem w drobiazgi, które znieczula na rzeczy najważniejsze. Mówią: Dzięki tobie jakoś tak inaczej patrzę na świat. Czasem płaczą: Ja bym nie wytrzymała, już dawno popełniłabym... – Wtedy się śmieję. Tylko tak się ludziom wydaje. Kiedyś w sali obok pod respiratorem umierała kobieta. Miała 30 lat, końcówka zaniku mięśni. Taka złośliwa, bez bliskich, prosiła obcą dziewczynę, żeby potrzymała ją za rękę. Mówiłam, że wolałabym nie żyć, gdybym musiała tak wegetować pod tą maszyną. Z tego szpitala trafiłam prosto pod respirator.

Niektórzy przychodzą tylko raz. Uciekają.

Nie czekam. Zwariowałabym.

O trzeciej w nocy znów był atak. Takie rzucawki. Wtedy Elka traci przytomność. Rzucawki trwają nawet kilka godzin. Czasem mama staje przy łóżku i trzyma Elę z całej siły, żeby nie spadła. Lekarz mówi, że to takie wyładowania elektryczne. Rozładowują się nerwy w rdzeniu kręgowym. Mięśnie kurczą się tak bardzo, jakby człowiek przerzucił tony węgla. – Wiesz, widzę, że jest gorzej z miesiąca na miesiąc. Wiesz, zatrważa mnie, że to tak szybko idzie. Ostatnią książkę przeczytałam rok temu. Wzrok... Zaczął się psuć.

Obiad. Od leków zbuntował się żołądek. Przyjmuje jeszcze takie papki dla dzieci powyżej 12 miesiąca. Więcej nic. Elka trzyma w pamięci smaki sprzed lat jak notatki: smak lizaków, oranżady w proszku, andrutów, wędzonej wędliny.

Zostajemy same. Nie znam się na umieraniu. Może przyjść w każdej chwili. Elka się śmieje. – Nie bój się, weź to – wyjmuje rurkę z krtani, pokazując na taki gumowy balon, który wkłada się w dziurę i pompuje w płuca powietrze, gdyby trzeba było reanimować. – Nie tak – mówi jakoś nonszalancko. – Pompuj szybciej. Źle. Po każdym wydechu balonu licz do trzech. Nie trzeba układać w myślach, jakich dobierać słów. Elka sama dobiera. Ośmiela rozmawiając bez znieczulenia. – Jak zaczniesz się bać, tu masz telefon do przyjaciółki. Jest lekarzem.

Czas Elki jest dostosowany do bólu. Właściwie w nocy tymi dwoma palcami lewej ręki robiła notatki na serwetkach. Rano kładła na poduszce segregator i przepisywała myśli do zeszytu, a przyjaciele przenosili myśli w komputer. Po kawałku zawoziły je do promotora. Nie było taryfy ulgowej. Nikt się nie użalał. To dobrze. Tak napisała pracę magisterską.

14 grudnia 2004 r. nad łóżkiem stanęła komisja. Mama ubrała Elę w najładniejszą nocną koszulę. Ela została magistrem Wydziału Resocjalizacji Wyższej Szkoły Pedagogiki Specjalnej w Warszawie. Terapia dzieci głęboko upośledzonych poprzez muzykę, ruch i dotyk. Zdała na pięć.

Czekanie? Nauczyłam się nie czekać. Wierzę, że może przyjść taki dzień, że ty wyjdziesz, a ja wstanę. Ale oszalałabym, gdybym czekała, nic nie robiła, tylko czekała, aż wstanę. Czekam na to, co się dzieje w życiu innych. Chcę zacząć doktorat. Na razie nie ma komu jechać na uczelnię zapytać promotora, jakie publikacje powinnam przedtem napisać. To jest sens. Że żyjesz, bo musisz zrobić doktorat. Będę planować dzień po dniu. Ważne jest dziś. Że może zasnę bez tabletki, że...

Gdzieś za oknem rosną nowoczesne biurowce. I supermarket. – Położyłam się, jak Warszawa zaczęła się budować. Akurat robili wykopy pod te sądy przy pomniku Powstańców. Widziałam w telewizji, że są zielone. Wiesz, tego lata ludzie zorganizowali karetkę. Żeby jechać na piknik nad rzekę, z respiratorem, koncentratorem tlenu, ssakiem, mieliśmy wyjąć łóżko i położyć na trawie. Choć popatrzeć na tę trawę. Od 8 lat nie czuje zapachów. Ale pojawiły się te rzucawki. Najpierw co tydzień, potem częściej, częściej...

Za rękę

Poznałam Elkę trzy lata temu, gdy pisałam reportaż o ludziach, którzy wiedzą, że to już niedługo. Przyszłam do niej z projektem czarnej okładki, na której straszył tytuł: „Wiem, że umieram”. Była wyczerpana, przy łóżku stał pojemnik na wymioty. Długo nie miałam śmiałości pokazać jej tej okładki. Ale nie przeraziła Elki. Uśmiechnęła się tylko na podtytuł: „Wyznania osób, które pogodziły się z...”. Powiedziała: – Z tym się człowiek nie godzi. Gdy w mediach mówiło się o eutanazji, przyszli do mnie dziennikarze zapytać, co ja na to. Byli nastawieni, że na pewno powiem – tak, jestem za. Nikt, kto czuje się kochany, tego nie chce. Nikt.

Nie zrobili programu o Eli.

Każdy się boi. Że nie będzie żartów. Widziałam zepchniętych na szpitalny korytarz, którzy umierali w przerażającej samotności. Tego się boję najbardziej. Nie wyobrażam sobie, że nikt mnie nie będzie trzymać za rękę, nie zażartuje: coś ty znowu narobiła? Tak chcę odejść. Sens? To pierwsze, o co zapytam po tamtej stronie.

Ja My Oni „Spróbuj zrozumieć siebie" (90076) z dnia 25.11.2006; Pomocnik Psychologiczny; s. 39
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną