Łatwiej się rozstać, niż być razem

Między pułapkami
Dlaczego dziś tak łatwo niszczymy związki?
Realny związek polega na docieraniu się, budowaniu przyjaznych relacji. Jego spoiwem nie jest namiętność, ale intymność, przyjazne uczucia i wspólny świat.
Mirosław Gryń/Polityka

Realny związek polega na docieraniu się, budowaniu przyjaznych relacji. Jego spoiwem nie jest namiętność, ale intymność, przyjazne uczucia i wspólny świat.

Agnieszka Jucewicz
Maciej Zienkiewicz/Agencja Gazeta

Agnieszka Jucewicz

Grzegorz Sroczyński
Filip Klimaszewski/Agencja Gazeta

Grzegorz Sroczyński

materiały prasowe

Becca Tapert/Unsplash

Kiedyś się naprawiało, dziś się wyrzuca – ta zasada dotyczy nie tylko sprzętów gospodarstwa domowego, lecz także związków. Coraz więcej małżeństw się rozpada, a podjęcie decyzji o rozstaniu jest coraz łatwiejsze. Bo w relacjach uczuciowych także zapanował klimat rynkowy. Mamy coraz większe oczekiwania wobec partnera. Powinien być idealny pod każdym względem, a jeśli nie jest, wymieniamy go na nowszy, oczywiście lepszy, model. Tymczasem związek wystarczająco dobry jest lepszy niż związek idealny – przekonują psychologowie, terapeuci i seksuolodzy, rozmówcy Agnieszki Jucewicz i Grzegorza Sroczyńskiego. Dołki, kryzysy i trudności zderzają się w każdej relacji – mówią. I wskazują pułapki, jakie czyhają na każdą parę.

Pułapka drugiej połowy

Arystofanes w „Uczcie” Platona opowiada, że ludzie zostali stworzeni jako istoty androgyniczne, męskie i żeńskie zarazem. Ich siła i wolnomyślność tak przeraziła Zeusa, że porozdzielał ich na dwie połówki. Od tego czasu szukają się one po świecie, by się ponownie połączyć. Ta tęsknota za pełnią i jednią to właśnie miłość, którą i dziś metaforycznie nazywamy szukaniem drugiej połówki jabłka czy pomarańczy. Według większości rozmówców Jucewicz i Sroczyńskiego to mit niebezpieczny, bo zakłada strategię: wszystko albo nic. Jak przekonuje psycholog prof. Bogdan Wojciszke, gdy tak traktujemy miłość, każdy konflikt, każda kłótnia odbierane są jako komunikat: to jednak nie on, jednak nie ona. Tymczasem prawdziwa wspólnota to nie kontrakt: jesteśmy razem, dopóki jest cudownie. I zamiast drugiej połówki proponuje metaforę wspólnej drogi: idziemy przez życie razem, więc razem pokonujemy trudności i z czasem coraz lepiej dopasowujemy się do siebie. Prof. Bogdan de Barbaro, psychiatra i psychoterapeuta, specjalista od terapii rodzin, namawia zaś do tego, by partnerzy posiedli sztukę toczenia sporów. Bo kłócić się też trzeba umieć – przekonuje. Pozbyć się defensywności, która sprawia, że człowiek często zamiata problemy pod dywan. A z trudnych rozmów wyeliminować słowa, które mogą zranić partnera. Poniżanie, pogarda, wrogość oraz defensywność – nazywane w psychologii czterema jeźdźcami Apokalipsy – to strategie, które najszybciej prowadzą do rozpadu relacji. Pozbawiona ich kłótnia może być dla niej ożywcza – jest komunikatem: zależy mi na tobie. A to lepsze niż obojętność. Prof. de Barbaro wskazuje jeszcze inne niebezpieczeństwo, jakie dla związków może stanowić metafora drugiej połówki: dążenie do absolutnego zespolenia. „Nie jest tak, że dobry związek to jakaś pełna, stuprocentowa bliskość, choć wiele osób ma taką iluzję. Mówiąc górnolotnie, najlepiej, żeby była równowaga między wolnością a miłością, między razem i osobno, między autonomią a złączeniem się, między rozmową a milczeniem na niektóre tematy. Tę powierzchnię wspólną – iloczyn zbiorów – ludzie muszą sami sobie wypracować. Mało tego: to nie jest trwałe, będzie się zmieniać” – doradza, by nie zdradzać partnerowi wszystkiego. Warto mieć tajemnice, bo bez nich człowiek nie jest sobą.

Z tym że balans jest w związku bardzo istotny, zgadza się psycholożka i psychoterapeutka Danuta Golec. Według niej w stadium zakochania człowiek doświadcza miłosnego zlania z drugą osobą, ale by zbudować relację, musi się ono przekształcić w dojrzałą więź. To pierwsza trudność do pokonania, bo dla wielu osób to, że można być ze sobą blisko, a jednak w wielu sprawach się różnić, mieć własne zainteresowania, grupy towarzyskie i nie trzeba każdego momentu życia uzgadniać, nie jest takie oczywiste. „Ludzie mają szansę zbudować satysfakcjonujący związek, jeśli wiążą się w takim momencie, w którym stali się osobni, ale jednocześnie zdolni do bliskości z innymi. Bez osobności będzie zlanie, a bez bliskości – zimny kontrakt dwóch umysłów” – przekonuje.

Pułapka miłości romantycznej

To siostra pułapki mitu platońskiego. Równie nierealna i szkodliwa. Można ją wyrazić jednym zdaniem: zawsze powinno być tak jak na początku. Jak przekonuje prof. Wojciszke, ślub to szczęśliwe zakończenie jedynie w bajkach. Realny związek polega na docieraniu się, budowaniu przyjaznych relacji. Jego spoiwem nie jest namiętność, ale intymność, przyjazne uczucia i wspólny świat. Trwałość relacji zależy w dużej mierze od tego, jak ludzie reagują na problemy – szukają ich rozwiązania czy jedynie winy w partnerze.

Według seksuolożki Alicji Długołęckiej mit romantycznej miłości może mieć destrukcyjny wpływ także na życie seksualne, bo oznacza budowanie oczekiwań według nieprzystających do rzeczywistości wzorców, że uczucie zawsze jest takie jak w filmach, książkach czy reklamach. Człowiek zakochuje się zwykle nie w drugim człowieku, ale w swoim o nim wyobrażeniu. Wybiera to, co mu pasuje, delektuje się podobieństwami i jest ślepy na to, co na dłuższą metę potencjalnie może mu przeszkadzać. Dlatego początki są tak fascynujące. „Najczęstszym błędem jest to założenie, że ma być jak w fazie zakochania – seks dwa razy dziennie: w łóżku, w wannie, na łące. A kiedy po dwóch, trzech latach okazuje się, że to się zmienia, to nie postrzega się tej zmiany jako wartości, ale jako pogorszenie relacji. Diagnozujemy, że sytuacja jest fatalna, i się zamykamy. I zamiast dalej budować więź, ludzie się od siebie oddalają. A przecież to, co się wyłania z zakochania, jest dopiero naprawdę wartościowe” – mówi Długołęcka. Nie jest możliwe utrzymanie przez lata związku ognistej, namiętnej temperatury w życiu seksualnym. Studzą je kryzysy, trudności, zmęczenie, stres. Dlatego ważniejsza jest intymność i umiejętność budowania poczucia bliskości, bo ona pozwala zobaczyć i przyjąć tego drugiego człowieka takiego, jaki on jest, w całej jego różnorodności – z innymi oczekiwaniami, inną zmysłowością, innym temperamentem, inną fazą życia. Udany seks bez szczególnej więzi psychicznej jest możliwy, ale nie w długoletnim związku. Długołęcka wspomina radę, którą usłyszała od znajomej długoletniej, kochającej się pary: „Pamiętaj, najważniejsze, żebyście siebie szanowali”. Przyznaje, że nie brzmi to zbyt seksownie czy romantycznie, ale – im jest starsza – tym bardziej przekonana, że wzajemny szacunek jest nieodzownym elementem każdego związku.

Pułapka wolności

Tę zastawiły na ludzi czasy najnowsze. Prof. de Barbaro twierdzi, że model związku po 1989 r. w Polsce się zmienił. Głównie z powodu swobody obyczajowej, która sprawia, że łatwiej decydować się na testowanie kolejnych partnerów bez podejmowania poważnych zobowiązań. Łatwiej dziś bawić się w miłość, być z kimś na pół gwizdka, by w razie porażki bezpiecznie wrócić do rodziców. Zmiany w funkcjonowaniu relacji to także skutek uboczny równouprawnienia. Momentem krytycznym jest w tym przypadku powrót kobiet do pracy po urodzeniu dzieci. Dziś nie wypada oczywiście krytykować ich za to, że chcą się realizować zawodowo, więc mężczyźni często szukają do kłótni i konfliktów powodów zastępczych. A często nie radzą sobie z sytuacją, że teraz trzeba negocjować role w związkach, bo tradycyjne już nie działają. Tyle że nowe są jeszcze nieprzećwiczone. Podobnego zdania jest Wojciech Eichelberger, psycholog i psychoterapeuta. Twierdzi, że dziś stoimy jedną nogą w paradygmacie związku, a drugą w pokusie i iluzji wolności partnerów.

Według prof. de Barbaro najczęściej myśl o wolności zaczyna być nęcąca po dwóch–trzech latach od ślubu, gdy nastrój ciągłej ekscytacji mija, a pojawiają się pierwsze trudności. Wtedy uaktywnia się wzorzec komercyjny: zawsze może być lepiej, niż jest. A w czasach, gdy wartością jest zmiana, a nie trwanie, oznacza to zerwanie więzi. Tymczasem wolność traktowana jako wartość nadrzędna ma swoje skutki uboczne. Indywidualistyczne dążenie do szczęścia sprawia, że człowiek ma coraz więcej wymagań wobec życia i coraz trudniej mu je spełnić. Według prof. Wojciszke, gdy nałoży się na to mit romantycznej miłości, trudno o trwały związek.

Pułapka pieniędzy

Podobnie jak poprzednia, związana jest z koniecznością negocjowania ról w związku. Kiedyś sytuacja była jasna. Mężczyzna zapewniał byt ekonomiczny, a kobieta, zależna od niego finansowo, była przypisana do sfery domowej. Teraz kobiety są o wiele bardziej samowystarczalne życiowo, więc ich partnerzy są skazani na szukanie równowagi. „Dopiero próbujemy różnych wariantów. To jest fascynujący okres przejściowy” – mówi Wojciech Eichelberger. Ten postęp ma też inną cenę. Kiedyś mężczyźni pozwalali sobie na demonstrowanie swojej władzy, bezkarnie dopuszczając się kłamstw i zdrad. Dziś kobiety potrafią równie brutalnie pokazywać przewagę nad partnerem. To wprowadza w związek klimat rywalizacji. Według Eichelbergera demolujący wpływ na związek może mieć także inny symbol naszych czasów: kredyty. One przepuszczają związek przez maszynkę konsumpcyjną. Partnerzy latami zaciskają zęby, harując na spłatę rat, więc brakuje im energii dla siebie. Nie mają czasu się kochać, budować wspólnych relacji. „Większość związków może tego nie udźwignąć i z czasem się rozpadnie. Bo jeśli będą tylko pracować przez dziesięć, piętnaście, dwadzieścia lat, to się w końcu okaże, że ten »wspólnik« może i dobrze pracuje, dobrze liczy, ale kim on do cholery jest i co robi w moim łóżku?” – opisuje Eichelberger.

Czy na pewno warto tych pułapek unikać? Czy wieloletni związek jest naprawdę lepszy niż krótkie, następujące po sobie relacje? Według psychoanalityka i psychoterapeuty Stanleya Ruszczyńskiego największą wadą krótkich, seryjnych związków jest to, że ludzie nie angażują się w nich naprawdę w drugiego człowieka. Nie rozwijają się, ciągle popełniają te same błędy, bo są rzeczy, których można nauczyć się tylko w długotrwałych, intymnych relacjach. „Nie ma silniejszego związku niż związek dwojga dorosłych ludzi, którzy się pokochają i będą ze sobą długo, bo w takim związku jest wszystko, co jest potrzebne do emocjonalnego rozwoju: głęboka, długotrwała relacja z drugim człowiekiem, fizyczna bliskość, aspekty społeczne, ekonomiczne, wspólne zadanie opieki nad dziećmi” – opisuje.

Wytrwałość ma więc sens. Zamiast wyrzucać i wymieniać na nowszy model, warto włożyć w związek pracę, cierpliwość i przekonanie, że ten wystarczająco dobry jest lepszy niż idealny, bo ideał jest nieosiągalny. Ruszczyński, powołując się na Freuda, mówi, że początek miłości przypomina psychozę. Coś psychotycznego musi się wydarzyć, żeby człowiek uwierzył, że będzie z drugim człowiekiem do końca życia i że jest on najbardziej wyjątkowy na świecie. Pierwsza rzecz, z jaką trzeba się pogodzić, jest taka, że po tym cudownym początku przychodzi coś innego. I że partner jest po prostu normalną osobą. Nie bogiem.

***

Agnieszka Jucewicz jest dziennikarką, pełniła funkcję redaktor naczelnej „Wysokich Obcasów”, dziś pracuje tam jako publicystka.

Grzegorz Sroczyński jest dziennikarzem „Gazety Wyborczej”, autorem wielu głośnych wywiadów, publikowanych w „Dużym Formacie” i „Gazecie Świątecznej”, zebranych w książce „Świat się chwieje. 20 rozmów o tym, co z nami dalej”. Laureat nagród im. Barbary Łopieńskiej, im. Andrzeja Woyciechowskiego i nagrody miesięcznika „Press”. Z Agnieszką Jucewicz wydał także zbiór rozmów zatytułowany „Żyj wystarczająco dobrze”.

„Kochaj wystarczająco dobrze. Dlaczego związek wystarczająco dobry jest lepszy niż związek idealny” (Agora SA 2015).

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną