Wywiad: polskie adopcje, polskie bidule

Dziecko kupię, sprzedam, wymienię...
O tym, dlaczego w Polsce adopcja dzieci przypomina handel, rodziny zastępcze się rozpadają, a w domach dziecka karmi się podopiecznych psychotropami - mówi Tomasz Polkowski.
„Myślenie, że adopcja może być remedium na problemy dzieci opuszczonych, to nieporozumienie”.
Fabrice Lerouge/Corbis

„Myślenie, że adopcja może być remedium na problemy dzieci opuszczonych, to nieporozumienie”.

„Dziecko ma przede wszystkim potrzeby emocjonalne, nie tylko edukacyjne i bytowe”.
PHANIE/EAST NEWS

„Dziecko ma przede wszystkim potrzeby emocjonalne, nie tylko edukacyjne i bytowe”.

Tomasz Polkowski, pedagog, prezes Towarzystwa Nasz Dom, założonego w 1991 r. na wzór działającej od 1921 r. organizacji Maryny Falskiej i Janusza Korczaka.
Szymon Pulcyn/PAP

Tomasz Polkowski, pedagog, prezes Towarzystwa Nasz Dom, założonego w 1991 r. na wzór działającej od 1921 r. organizacji Maryny Falskiej i Janusza Korczaka.

Ewa Winnicka: – Wchodzi właśnie w życie nowatorska ustawa o wspieraniu rodziny i pieczy zastępczej. Ma sprawić, że w końcu zostaną zlikwidowane domy dziecka. Ale organizacje pozarządowe biją na alarm: zamyka się ośrodki adopcyjne, dzieci będą jeszcze dłużej siedzieć w bidulach! Co się dzieje?
Tomasz Polkowski: – Intencje były prawidłowe. Według nowej ustawy wszystkie adopcje mają być przeprowadzane wyłącznie przez ośrodki adopcyjne. Przede wszystkim państwowe. Ten ruch miał ograniczyć handel dziećmi.

Zaraz, zaraz – jaki handel?
Wystarczy przejść się po porodówkach. Gdy tylko jest jakaś dziewczyna, której nikt nie odwiedza, od razu pojawia się jakaś ciemna siła, która chce dziecko kupić.

Czyli kto?
Firmy, które zajmują się pośrednictwem. To znaczy kojarzą np. ubogie kobiety w ciąży, które nie chcą mieć dzieci, z chętnymi bezdzietnymi. Sąd może akceptować taki układ. A elastyczność sądu mogą wykorzystywać pośrednicy. Biorą przy tym pieniądze od obu stron: biologicznej matki i chętnych rodziców adopcyjnych. Wtedy cały proceder odbywa się bez udziału ośrodka adopcyjnego.

Czyli ustawa nie zlikwiduje szarej strefy?
Niestety, nie. Zwłaszcza że jednocześnie zamknięto ośrodki, które w zeszłym roku miały mniej niż 20 adopcji. I to jest duży błąd. Bo jeśli zamknięto ośrodek w Słupsku, to naiwnością jest sądzić, że ludzie, którzy chcą adoptować dziecko, będą co tydzień jeździć na szkolenie do Gdańska, żeby się uczyć, jak być rodzicem. Jeśli wciąż bardzo będą chcieli dziecka, to znajdzie się ktoś, kto im je „sprzeda”. Ale poza tym wszystkim irytują mnie głosy, że szybka adopcja jest remedium na problemy słabych rodzin i wielkich domów dziecka w Polsce. Znam setki dzieci w domach dziecka, ale jeszcze żadne z tych dzieci nie powiedziało mi, że chce być adoptowane.

Protestującym przeciw zamknięciu małych ośrodków adopcji chodzi głównie o niemowlaki. Żeby nie spędzały najważniejszych miesięcy w placówkach.
Małych dzieci jest tam najmniej. Poza tym i tak wydaje mi się nieludzkie zabieranie matkom praw rodzicielskich bez intensywnej pracy socjalnej. Bez wiarygodnego dowodu, że nie dadzą sobie rady.

Każdy, kto był kiedyś w domu dziecka, widzi, jak one się garną do odwiedzających. Mówią, że chciałyby pójść do nowego domu.
Oczywiście, dzieci obsiadają gości, kleją się, zwłaszcza do faceta, jeśli ten w miarę wygląda i się uśmiechnie. W domu dziecka mało jest mężczyzn. Ale jak się z dzieckiem porozmawia, to ono powie, że babcia je odwiedza, czasem ciotka. Gdy się zapyta o mamę, to odpowie, że była wczoraj. Dziecko fantazjuje, ale ta fantazja świadczy o tym, jak silne są te więzi. I co: mam powiedzieć, że teraz dziecko ma zapomnieć o mamusi i iść do nowych miłych państwa?

Chętni dorośli, których w naszym towarzystwie szkolimy do rodzicielstwa zastępczego czy adopcji, też nie do końca wiedzą, co to jest opieka nad cudzym dzieckiem. Przychodzą i myślą, że będą mieli swoje dziecko. Nasza praca polega na tym, żeby im uświadomić, że u nas mogą spotkać tylko cudze dzieci. Z jakimś bagażem, genami, doświadczeniami. Myślenie, że adopcja może być remedium na problemy dzieci opuszczonych, to nieporozumienie. Kolejne zresztą na wyboistej drodze do skutecznego systemu wsparcia dla dzieci i rodzin.

Wydaje się, że ruszyliśmy na tę drogę już w 1989 r. Gdzie popełniono błędy?
Po upadku komuny zastaliśmy system pomocy społecznej rozdarty między dwa ministerstwa: pracy i edukacji. Domy dziecka pozostawały w gestii MEN. Pracowali w nich nauczyciele, zatrudnieni wedle Karty Nauczyciela. Domy dziecka były internatami, a ich celem było wpompowanie w wychowanków programu nauczania. W książkach do metodyki nauczania w domach dziecka znaleźć można było przede wszystkim instrukcje, jak urządzić ładną akademię czy interesujące zajęcia. Ani słowa o tym, że dzieci w placówkach mają rodziny, że te rodziny są ważne w ich życiu. Wręcz przeciwnie.

Nastawienie było takie, że szansą dzieciaków jest odizolowanie od patologicznych rodzin. I bardzo długo nie zauważano, że takie podejście reprodukuje problem. W domach dziecka siedzą dzieci i wnuki wychowanków, którzy nie umieją żyć, pracować, wychować własnych dzieci, wpadają w nałogi. Nikt nie nauczył ich wchodzić w relacje z bliskimi, rozwiązywać problemów codziennego życia!

Przez lata przybyło jednak ludzi przekonanych, że ten system nie służy dzieciom.
Kiedy na wzór amerykański zaczęły powstawać organizacje samorządowe, niektórzy zaangażowani w pomoc dzieciom zaczęli sobie przypominać, że my też mamy świetną tradycję pomagania. Wystarczyło sięgnąć do przedwojennych publikacji, do Korczaka, do Falskiej. Tak zresztą powstało nasze Towarzystwo, chcieliśmy odtworzyć i kontynuować to, co robił Janusz Korczak, ożywić tamte wartości. Na początku organizacje takie jak nasza popełniały masę błędów; podstawowym było myślenie, że trzeba pomagać domom dziecka, organizować akcje charytatywne na ich rzecz. Do dziś niektórzy moi wychowankowie mają o to pretensję.

Pretensję?
Im dłużej człowiek pracuje z dziećmi, tym bardziej dojmująco zdaje sobie sprawę, że pomagając tej instytucji, szkodzi dzieciom. Że nie tędy droga. Miałem takie traumatyczne doświadczenie. W połowie lat 90. nasza organizacja pomagała zbudować pod Siedlcami nowoczesny, czyściutki dom dziecka. Na otwarcie przyjechał biskup; zabrałem też syna, żeby podziwiał tatusia. Impreza skończyła się w ten sposób, że dzieciaki wyszły na scenę i zaczęły skandować: my chcemy do domu! To był dla mnie szok.

Jednak jeszcze w połowie lat 90. zawiązała się koalicja – z pańskim udziałem i z udziałem naszego tygodnika. Hasło brzmiało „Zamknijmy domy dziecka!”.
Wtedy funkcjonowała wąska grupa ludzi, która wiedziała, że system powinien być spójny. I że dziecko ma przede wszystkim potrzeby emocjonalne, nie tylko edukacyjne i bytowe. Przy okazji reformy administracyjnej przeniesiono więc domy dziecka do Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej. Ministerstwo zaczęło budować system pomocy rodzinie. Niestety, buduje go do tej pory i końca nie widać.

Po 2001 r. wy, zwolennicy reformy, mówiliście, że kiedy za pobyt dziecka w domu dziecka będzie musiał płacić powiat, to urzędnicy szybko zrozumieją, że nie opłaca się utrzymywać tak kosztownej instytucji. Powiaty płacą, a domy dziecka nadal funkcjonują. Dlaczego?
Najważniejszy powód: gminy nie miały interesu, żeby dzieci zostały ze swoimi słabymi rodzinami – taniej wychodziło, gdy gmina wysłała dziecko do domu dziecka i płacił za nie powiat.

A domy dziecka podporządkowano Powiatowym Centrom Pomocy Rodzinie i nowi urzędnicy natrafili natychmiast na gigantyczny opór pracowników tych domów – reforma to był dla nich szok. Prawie wszystkie protestowały. Wychowawcy krzyczeli: jak to, przecież było świetnie, a teraz nagle się okazuje, że to wszystko bez sensu, że 26 godzin w tygodniu pracy w grupie to za mało, że trzeba się kontaktować z pracownikami socjalnymi albo jeszcze gorzej – z rodzinami patologicznymi. Przecież mieliśmy chronić nasze dzieci przed takimi nieudolnymi, niebezpiecznymi rodzicami.

 

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną