Kraj

Nic

Dawniej nie działo się nic. Całe miesiące upływały na niczym. Było to gorączkowe, emocjonujące, dramatyczne nic. Nic pełne nagłych zwrotów akcji, z których nic zupełnie nie wynikało. Ale jednak nic. Nic a nic.

Ówczesne nic miało swoich komentatorów. Koneserów. Subtelnych znawców niczego. Byli dziennikarze doskonale poinformowani o niczym. Eksperci wrażliwi na każde drgnienie, wsłuchani w cichy plusk niczego. Przynosili sprawdzone wiadomości o niczym. Niektórzy mieli dostęp do ucha niczego i szeptali jakieś rady w tę nicość. Nic z tego nie wynikało, bo z niczym nic już nie dawało się zrobić.

Im bardziej nic się nie działo, tym bardziej dramatycznie brzmiały opisy w gazetach. Niczym rządziły triumwiraty, chwiejne koalicje i chybotliwe tandemy, a dziennikarze opisywali to niczym kolejną tragedię Szekspira. Ciągle szeptano o knowaniach lokalnych baronów. (Gdzie są dziś lokalni baronowie? Gdzie jest dziś minister Sobotka? Gdzie jest prezes Alot?). Co drugi wiceminister był jak lady Makbet. Każdy Brutus ściskał kosę pod togą. Nie było dnia, żeby ktoś komuś nie wraził czegoś pod żebra. Albo nie zepchnął kogoś z sań (prosto na miejsca niebiorące).

A przede wszystkim ciągle ktoś był politycznie zabijany. Nieuprzedzony czytelnik mógł pomyśleć, że polska polityka ocieka krwią. Jednak nie. W tamtych czasach przymiotnik „politycznie” oznaczał „Nie tak naprawdę”.

Z jakiegoś powodu najczęściej politycznie zabijano Grzegorza Schetynę. Bardzo lubiłem Grzegorza Schetynę, ponieważ znosił to całe zabijanie ze spokojem i pogodą. Był przy tym cudownie pozbawiony charyzmy. Nikt nie wiązał z nim wielkich nadziei. (Wyobrażacie sobie zdanie „Schetyna wróci i wszystko się odmieni”?). Zawsze sprawiał wrażenie jedynej strzelby, która cokolwiek by się działo, na pewno nie wystrzeli w ostatnim akcie. Faktycznie nie wystrzelił.

Tęsknię do tamtych czasów. Cokolwiek by napisały gazety, wszyscy rozumieli, że to tylko metafora, a Schetyna ma się dobrze.

Polityka 21.2022 (3364) z dnia 17.05.2022; Felietony; s. 87
Reklama