Miasto Chaitén przez lata było dla Chile tym, czym Mikołajki i Zakopane byłyby dla Polski, gdyby dało się je połączyć w jedno. Położone nad zatoką Corcovado, u wrót Patagonii, miało wszystko, czego mógłby chcieć turysta: zamieszkane przez delfiny krystalicznie czyste wody, fiordy, dziewicze lasy, gorące źródła i endemiczne gatunki ptaków. Oraz wulkany, w tym ten, od którego położone u jego stóp miasteczko wzięło nazwę.
W maju 2008 r., po ponad 9 tys. lat uśpienia, Chaitén eksplodował. Chmura wulkanicznego pyłu wystrzeliła na wysokość 10 km, a silne wiatry porwały ją nad Andami i zagnały aż nad Atlantyk. Całe południe Chile i Argentyny w ciągu kilku godzin stało się szare.
Wszystkich turystów i mieszkańców błyskawicznie ewakuowano. Pobliska rzeka wylała ze swojego koryta, wytyczając sobie nową drogę przez samo centrum miasta i całkowicie je demolując. Opadający pył pokrył całą okolicę twardą jak cement szarą warstwą wysokości człowieka.
Reportaż powstał półtora roku po tych wydarzeniach, kiedy do Chaitén wróciło kilka rodzin, próbujących odkopać swoje domy i na nowo ułożyć sobie życie pośród zniszczeń. Miasto do dziś pozostaje w większości opuszczone.
Reklama