Jan Dziadul
27 listopada 2009

Powrót zapomnianej firmy

Oddajcie Katowice

Amerykanie pytają

Pewnie dlatego spółka została w 1946 r. uznana za przedsiębiorstwo niemieckie i znacjonalizowana bez odszkodowania. Szybko jednak o majątek amerykańskich akcjonariuszy zaczął upominać się rząd USA. Zgodnie z powojennym prawem odszkodowanie należało się posiadaczom akcji na okaziciela, wyemitowanych przed 1 września 1939 r., pod warunkiem, że zostaną one urzędowo zarejestrowane do 31 marca 1949 r. Były do tego upoważnione m.in. urzędy konsularne – akcje Giesche SA zarejestrowano 22 kwietnia 1948 r. w konsulacie w Nowym Jorku.

W połowie 1960 r. Polska i USA zawarły układ o odszkodowaniach dla obywateli amerykańskich za mienie utracone w Polsce w wyniku nacjonalizacji. Wyceniono je łącznie na 40 mln dol. – z tego ok. 30 mln dostali akcjonariusze spółki Giesche. Amerykanie wydali nam 172 przedwojenne akcje na okaziciela i uznali, że tym samym zaspokojone zostały wszystkie roszczenia obywateli USA wobec Polski.

Gdyby akcje zostały zniszczone, to nie byłoby dzisiaj sprawy Giesche – mówi Zygmunt Ziółkowski, naczelnik wydziału przestępczości gospodarczej Prokuratury Okręgowej w Tarnobrzegu. Śledczy badają, gdzie te akcje były przechowywane, kiedy państwo straciło nad nimi kontrolę.

Pojawiły się na rynku kolekcjonerskim w latach 1988–89, a wyciekły prawdopodobnie z Ministerstwa Finansów. Prokurator Ziółkowski akurat tego nie potwierdza, mówi o jednym z urzędów państwowych. Powinny być one ostemplowane czy zwyczajnie przedziurkowane, co oznaczałoby, że są tylko papierami, które utraciły swoje prawa. – Ale wtedy nikt takimi sprawami się nie przejmował – mówi dr Pietrzykowski. – Dla PRL był to zamknięty rozdział historii. Nikt sobie nie zawracał też głowy tym, żeby wykreślić spółkę Giesche z przedwojennego rejestru handlowego.

Być może akcje trafiły po prostu na makulaturę, a po drodze do zakładów papierniczych albo już w punkcie skupu kolorowe dokumenty kogoś zafrapowały. I tak znalazły się na rynku.

Rejestr numer 1637

Jedną akcję Giesche można było kilka lat temu kupić za 200 zł. Podskoczyły do 800 zł, kiedy rozeszły się pogłoski, że jest na nie duże zapotrzebowanie, bo mają posłużyć do reaktywacji spółki. Dokonał tego w marcu 2006 r. Marek Niegrzybowski, znany w Trójmieście pasjonat starych dokumentów, prezes firmy konsultingowej z Gdyni. Wcześniej z grupą wspólników skupił ok. 70 proc. ze 172 akcji Giesche. W rozmowie z „Gazetą Wyborczą” powiedział, już jako prezes zarządu spółki, że akcje odkupił od spadkobierców osób, które były w ich posiadaniu. Taka liczba pozwalała na zwołanie Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy i podwyższenie kapitału zakładowego do wymaganej obecnie kwoty 500 tys. zł (było to konieczne, bo po dwukrotnej denominacji polskiej waluty przedwojenne 172 mln zł to obecnie 172 zł). Powołano nowe władze spółki Giesche, bo ostatni ślad po starym zarządzie urywa się w 1946 r. Nowi właściciele posiadają dzisiaj ponad 99 proc. akcji.

Spółka Giesche trwała przez dziesiątki lat tylko jako wpis do przedwojennego rejestru handlowego – figurowała w nim pod numerem 1637. – Ale istniała i zgodnie z obowiązującym prawem, a na wniosek nowych właścicieli wpisana została przed trzema laty do KRS – podkreśla mecenas Pachulski. Jego zdaniem Gische nieprzerwanie istnieje więc od 1922 r. Jego klienci legalnie kupili akcje. Mówi, że to duży plus polskiego systemu prawnego, że uszanował dotychczasowe regulacje. – Próba podważenie teraz tego stanu rzeczy musiałaby prowadzić poprzez tworzenie jakichś karkołomnych konstrukcji prawnych.

Pełnomocnik Giesche nie widzi sensu w kwestionowaniu jej bytu prawnego. – Występujemy w sądach, kilka spraw już wygraliśmy, więc gdzie tu logika? Niedawno skargę Giesche uwzględnił Naczelny Sąd Administracyjny, który uchylił wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Katowicach. Dwa lata temu spółka wystąpiła do prezydenta Katowic o wydanie wypisów z ewidencji gruntów, ponieważ chce wykreślenia nielegalnych zapisów w księgach wieczystych i przywrócenia w to miejsce własności Giesche. Chodziło o kilka działek o powierzchni 140 ha. Prezydent odmówił, wstrzymał postępowanie administracyjne w tej sprawie, zasłaniając się trwającym śledztwem, które ma rozstrzygnąć, czy obecna spółka jest tożsama z przedwojennym koncernem Giesche. Zgodził się z tym WSA, ale NSA podważył ten wyrok, ponieważ postępowanie administracyjne powinno zakończyć się jednoznaczną decyzją: zgodą na wydanie rysunków albo nie. Śledztwo nie jest w tym przypadku żadną przeszkodą. – Jeśli istotą sporu jest to, czy spółka istnieje, czy nie, to myśmy wygrali już samym przyjęciem tej sprawy przez NSA – dodaje Pachulski.

W sprawie Giesche kontra Katowice nadszedł czas prawników. Trwa spór, czy papiery kupione na rynku kolekcjonerskim mogą czy nie mogą służyć do reaktywowania spółki, a następnie do żądania zwrotu przedwojennego majątku? Pojawiają się inne wątpliwości. Przecież państwo polskie już raz zapłaciło za te akcje. – Problem w tym, że uregulowanie zobowiązań wobec amerykańskich akcjonariuszy nie ma wpływu na roszczenia przysługujące samej spółce – mówi Marcin Dziurda, prezes Prokuratorii Generalnej Skarbu Państwa.

Akcje nie powinny pojawić się na rynku, ale na nim się znalazły. Czy kupujący miał świadomość, że są na nim nielegalnie? – To dla nas ważna kwestia – mówi prokurator Ziółkowski. – Wyobraźmy sobie przypadek kradzieży akcji na okaziciela. Czy osobie, która weszła w ich posiadanie, przysługuje jakiś tytuł prawny?

Bomba w RHB

W obecnym stanie prawnym roszczenia Gische mogłyby zostać zablokowane tylko przez udowodnienie, że reaktywacja spółki i jej działania mają na celu „doprowadzenie innej osoby do niekorzystnego rozporządzenia własnym lub cudzym mieniem” (art. 286 kk). Czyli, że mamy do czynienia z wyłudzeniem lub oszustwem. Albo że nie było podstaw do reaktywacji spółki i wpisania jej do sądowego rejestru na podstawie akcji kupionych na rynku kolekcjonerskim.

Obecnie w Ministerstwie Gospodarki – w Biurze Ocen Legalności Decyzji Nacjonalizacyjnych – trwa postępowanie na wniosek spółki Giesche o stwierdzenie nieważności decyzji wobec 16 działek w Katowicach i Mysłowicach. Dekret o nacjonalizacji dotyczył bowiem przedsiębiorstw przemysłowych, a nie nieruchomości z nimi związanych. Inaczej mówiąc, Giesche nie chce odzyskać dzisiejszej kopalni Wieczorek w Katowicach, ale chce zwrotu majątku, należącego do znacjonalizowanego przedsiębiorstwa.

To właśnie wielkość żądań spółki Giesche – początkowo na wszystkich szczeblach lekceważona – spowodowała, że w resorcie gospodarki trwają gorączkowe prace nad zmianą przepisów regulujących przechodzenie spółek wpisanych do przedwojennych rejestrów handlowych (RHB) do obowiązującego obecnie KRS. W RHB figuruje bowiem jeszcze ponad 100 tys. spółek. Dla finansów państwa to bomba z opóźnionym zapłonem, nawet jeśli (śladami Giesche) tylko część z nich zostanie reaktywowana.

 

Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną