PO i jej lider po dwóch latach u władzy
Platforma Wyborcza
Nie jest zrozumiała widoczna niechęć Donalda Tuska do kontaktowania się z obywatelami, poza sytuacjami koniecznymi i nie do uniknięcia. Ba, wręcz pewna ostentacja, by nie słyszeć próśb i oczekiwań, by nie przyjmować zaproszeń do spotkań i rozmów, a także unikać sytuacji otwartych społecznie. Na ostatnim Kongresie Kultury w Krakowie zebrani tam artyści i uczeni patrzyli na puste krzesło premiera i musieli zadowolić się zdawkowym listem, który jest teraz przytaczany jako dowód niezrozumienia wagi kultury i lekceważenia całego środowiska.
Nie brakowało więc irytacji i złośliwości (widać premier woli grać w piłkę nożną i jak zawsze w trudne miejsce wysyła Michała Boniego). Rzeczywiście, Tusk jakoś znajdował czas na spotkania z mistrzami sportu, wzruszał się ładnie i widowiskowo, ale dla profesora Sztompke nie miał ani minuty.
Także wybitni twórcy, którzy od dłuższego czasu walczą o misję mediów publicznych, nie znaleźli żadnego posłuchu u premiera, niektórzy z nich – z rozpaczy, jak twierdzili – przyjęli zaproszenie od pana prezydenta, gdzie mogli się chociaż wyżalić. Tusk wobec swoich sympatyków wyraźnie stosuje metodę zimnego chowu na zasadzie: wy mnie lubicie, a ja się temu nie sprzeciwiam.
Premier wyznaje zapewne wiarę w wielkie liczby i socjologiczne opracowania, gdzie liczą się wielkie aglomeracje, regiony, populacje, ściany wschodnie i zachodnie; dlatego widzimy wysiłki ze strony jego sztabu PR w skali makro, nastawione na pozyskiwanie całych klas społecznych, ale już nie mniejszych grup i środowisk. Jakby brakowało przemyślanej strategii PR w mniejszej skali, która w końcu i tak procentuje w tym ogólnym, globalnym rachunku.
Częste tłumaczenia ludzi premiera, że szef rządu nie chce się gdzieś pokazywać, żeby czegoś nie upolitycznić, brzmią absurdalnie. Premier jest również urzędnikiem, nie tylko szefem partii. O ile PiS ingerował w różne środowiska i zawodowe branże po to, aby je skłócać i wyłuskiwać z nich „prawdziwych Polaków”, czyli zwolenników PiS, o tyle Tusk i Platforma je ignorują.
Aby do poniedziałku
Ta lista zaniedbań jest długa, nie ma mowy o jakimś wypadku przy pracy, raczej o metodzie. Premier nie spotkał się z zacną profesurą, jeszcze na początku kadencji, gdy protestowała ona przeciwko projektowanym przez minister Kudrycką reformom w szkolnictwie wyższym i przy nadawaniu stopni naukowych. Premiera nie widać na żadnych wielkich wydarzeniach kulturalnych (chyba że znajdują się one w protokole rocznicowo-politycznym), na żadnych znaczących premierach i koncertach, promocjach i jubileuszach, nie zaprasza do siebie przedstawicieli różnych środowisk, organizacji pozarządowych, tej całej coraz większej sfery aktywności obywatelskiej, która rozwija się poza życiem partyjnym – by złapać z nimi jakiś osobisty kontakt, ot tak sobie pogadać, wysłuchać i próbować zrozumieć.
Można odnieść wrażenie, że w tygodniu spotyka się tylko z tymi, z którymi musi, i z tymi, którzy tworzą najbliższy sztab doradczy i decyzyjny. A potem pędzi do domu nad morze, a za nim rozjeżdża się cały sztab. Do poniedziałku.
Tak jak gdyby premier przyjął założenie, że żadnych zabaw salonowych uprawiać nie będzie (w końcu wielu poprzedników na tych grach i kontaktach nieźle się przejechało), nie da sobie narzucić żadnych konwencji i autorytetów, nie będzie tracił czasu na bezproduktywne pogaduchy lub skierowany na niego lobbing. Sam doszedł do miejsca, w którym się znalazł, i dalej też będzie szedł sam. Jakby ta samotność dawała mu poczucie bezpieczeństwa.
Czy to jest koncepcja polityczna, czy też ślad jakiegoś doświadczenia, owocującego psychologicznym urazem bądź kompleksem? W końcu mógł nabrać pewnych niechęci i rozczarowań jeszcze w czasach Unii Wolności, która miała pewne specyficzne cechy wyniosłości i arogancji, także styl tak zwanego lepszego towarzystwa, a Tusk, nawet gdy formalnie w tej partii coś znaczył, do salonu nie był zapraszany.
W kierownictwie PO dominuje zapewne koncepcja i założenie, że prawdziwą politykę robi się inaczej, że jej powodzenie nie zależy od tego rodzaju gry salonowej oraz od mimikry politycznej, od bezpośredniego kontaktu i przypodobywania się, a przede wszystkim od efektywności w wielkiej skali, w skali wyborczej. Taka socjotechnika jest także efektem zgody na świadome stosowanie populizmu politycznego (kastracja pedofilów, hazardowa prohibicja, pomoc publiczna dla stoczni, a nawet zmiany w emeryturach), który łatwiej bez porównania uprawiać przez media i z wysokich trybun w jedną stronę – do wyborców, a nie bardzo da się oczy w oczy z krytycznymi i sprawnymi rozmówcami, do tego często bardzo gniewnymi i zawiedzionymi. Lepiej, jak się zapewne wydaje sztabowi Tuska, przyciągnąć zainteresowanie kilkudniowym milczeniem premiera, potem wypuścić jego wypowiedź i obserwować sondaże.
Poza tym nie jest znowu tak przyjemnie wysłuchiwać bezpośrednio, że PO oddaliła się od swojego programu wyborczego, że unika wielu kłopotliwych światopoglądowo pytań, że uprawia taktykę często niezbyt estetyczną, jak na przykład wobec telewizji publicznej, że często nie bardzo wiadomo, o co jej chodzi poza tym, żeby wygrać wszystkie nadchodzące wybory.
To trudne, czasochłonne i ryzykowne, a także wyborczo – tak zapewne myślą stratedzy Platformy – niewydajne. Zatem nie ma większego sensu w to się bawić, zwłaszcza że jak dotąd metoda się sprawdza, wszystko gra.
Elektorat zamiast obywateli
Czyżby? Od razu powiedzmy, że podmienianie obywateli na wyborców może być nawet skuteczne, ale taki numer na dłuższą metę nie może być adorowany przez obywateli, bo jest dla nich obraźliwy. A już zwłaszcza te środowiska, które w Polsce czują się historycznie odpowiedzialne za dobro wspólne (tak, tak, mówimy o inteligencji) takiego sposobu rozmawiania, raczej – nierozmawiania, nie przyjmą, poczują się oszukane i wzgardzone. To narastające rozczarowanie może odłożyć się w postaci choćby zmniejszonej frekwencji już w najbliższych wyborach prezydenckich, a na pewno w wyborach parlamentarnych.
Jeśli premier nie rozmawia i nie spotyka się, nie bywa tam, gdzie są ludzie, którzy dobrowolnie się gromadzą, żeby właśnie rozmawiać i wspólnie coś przeżywać, to daje sygnał, że bardziej liczy się dla niego przemawianie do wyborców przez telewizor i że traktuje ich jak masę. Odrzuca jakość kontaktu na rzecz ilości. Myślenie wyłącznie doraźnym efektem wyborczym – co stało się regułą w polskiej polityce – jest pozorem nowoczesności. Wystarczy zresztą spojrzeć choćby na zachowania i praktyki wielkich polityków współczesnego świata. Ich kalendarz napchany jest spotkaniami z różnymi środowiskami i ludźmi, wizytami w różnych miejscach i instytucjach, od giełdy po przedszkola.
Te bezpośrednie rozmowy i kontakty są równie ważnym sposobem uprawiania polityki, jak wystąpienia telewizyjne. Platforma Obywatelska ma już wyborców, ale może ich tracić, jeśli nie będzie w nich widzieć obywateli, bo to oni zdecydowali o zwycięstwie tej partii przed dwoma laty.
Gdy pojawia się zagrożenie o sile i w skali znanej przed kilkoma laty, wyborcy odkładają na bok niuanse, wybierają prostą przeciwwagę. Dzisiaj ten nastrój na moment powrócił. Ale za chwilę wyborcy znowu będą obywatelami. Platforma Obywatelska nawet w najgorszych latach IV RP była czymś więcej niż tylko antyPiS. Dzisiaj staje się niemal wyłącznie tym drugim. Bo może się okazać, że jak już PO pokona wszystkich swoich wrogów, poukłada wszystkie klocki w ładny wzór i stanie się sprawną maszyną wyborczą, nie będzie niczego, co ta maszyna mogłaby wytworzyć. To powinno być większym zmartwieniem Tuska niż wszystkie afery.


