Donald Tusk dla "Polityki"
Naiwność to grzech śmiertelny
Trochę jednak Polska jechała na gapę, korzystała na rządowej pomocy w innych krajach Unii.
Nie ma jeszcze szczegółowych danych GUS, ale intuicja mi mówi, że aż tak bardzo nie skorzystaliśmy na tym, że Niemcy, Francuzi czy Amerykanie dołożyli do swoich gospodarek. To nie było kluczowe. Zwracam też uwagę na inne kwestie: Euro 2012. Nikt już dzisiaj nie podnosi kwestii, czy podołamy tej imprezie. A to projekt w jakimś sensie dla nas ponad miarę, w dodatku przyjmowany w okresie wzrostu PKB o 6 proc., a musi być teraz realizowany przy wzroście 1 proc. W Polsce zbyt łatwo traktuje się realne osiągnięcia jako oczywistości niewarte uwagi już po kilku dniach. Choćby funkcja dla Jerzego Buzka; ileż było wątpliwości, czy uda się mu zdobyć fotel przewodniczącego Parlamentu Europejskiego, jak żartowano z nas, kiedy to obiecywaliśmy, a teraz – to oczywistość; jasne, że musiał być Buzek. Wcale nie musiał. Albo choćby podpisany lada dzień kontrakt gazowy z Rosjanami. Ktoś też mógłby powiedzieć, że to oczywistość, że gaz musi być. Ale to kontrakt wynegocjowany perfekcyjnie. A umowa kończąca groźny spór z Eureko o PZU – ilu ekipom ta sprawa zatruwała życie, ale nikt przed nami nie chciał wyciągać tego gorącego kartofla. My to zrobiliśmy i jeszcze na tym zarobimy jako państwo. Emisja CO2 – zaoszczędzimy 60 mld dzięki temu, że nasze relacje wewnątrz Unii bardzo się poprawiły. A w ten kłopot klimatyczny wpakowali nas nasi poprzednicy, niefrasobliwie akceptując wcześniejsze ramy porozumienia w sprawie pakietu klimatycznego. Ja przez kilka miesięcy zajmowałem się wyciąganiem kraju z tego problemu. Dzięki pakietowi klimatyczno-energetycznemu, w kształcie, jaki nam odpowiada, i dzięki kontraktowi z Rosją kupiliśmy niezbędny czas na to, aby za 20 lat Polska stała się bezpieczna, bo niezależna od jednego dostawcy energii, jakakolwiek to by była energia. Mamy teraz dość gazu, a w planie strategicznym do 2030 r. jest umieszczony rozwój energetyki jądrowej, budujemy także terminal gazowy... To tylko przykłady na to, jak szybko przechodzi się do porządku nad sprawami naprawdę ważnymi.
Czy to koniec listy przedstawianych przez premiera osiągnięć rządu?
Nie, nie koniec. Chcę powiedzieć jeszcze o bezrobociu. Jeśli mówimy o realnym bezrobociu, z pominięciem tych, którzy wpisali się do rejestru choćby dla uzyskania świadczeń zdrowotnych, to ono jest na poziomie 8,2–8,5 proc. przy średniej w Unii Europejskiej 8,9 proc. W USA – 10 proc., w Hiszpanii – 20 proc. Powiem wyraźnie: kasandryczne przewidywania, wróżenie gospodarczej i społecznej katastrofy, jakie towarzyszyły rządowi w początkach kryzysu, traktuję jako działania niepatriotyczne. To tylko mogło zepsuć markę Polski, która zyskała szacunek za sposób radzenia sobie ze światowym załamaniem gospodarczym. A taka opinia jest towarem bezcennym. My z ministrem Rostowskim stosowaliśmy bardzo specyficzne techniki budowania reputacji kraju, kiedy nas pakowano do jednego koszyka z Węgrami, krajami bałtyckimi czy Ukrainą. Był taki moment gwałtownego osłabienia złotego na rynkach walutowych. A my uparcie przekonywaliśmy: miejcie zaufanie do polskich banków, nasz system jest stabilniejszy, to nie jest ten sam koszyk. To, że udało się utrzymać zaufanie do finansów naszego kraju, uważam za jedno z największych osiągnięć mojego rządu. A nie pomagała nam w tym ani opozycja, ani prezydent Kaczyński, a także, w pewnym okresie, prezes NBP.
Czyli dobrze jest?
Zdaliśmy egzamin z rządzenia w tym trudnym czasie. Koniec. Kropka. Czy jest tak, jak myślałem, że będzie? Nie, jest dużo gorzej. Braliśmy władzę w momencie, kiedy myśleliśmy, że będzie co dzielić. Myślałem, że będzie możliwe umiarkowane obniżanie podatków, umiarkowane podnoszenie płac i umiarkowane obniżanie deficytu. Tak wyobrażałem sobie konsumowane ówczesnego 6-proc. wzrostu PKB. Ludzie mają prawo czuć się zawiedzeni, ja też jestem zawiedziony. Ale z taką sytuacją przyszło nam się zmagać. Dlatego prawdziwym osiągnięciem stało się niwelowanie skutków kryzysu. A jak Polacy ocenialiby mój rząd, gdybyśmy mieli sytuację estońską: od plus 9 proc. PKB do minus 16 proc.? Zabrakłoby epitetów w słowniku, skoro w polskich realiach opozycja używa słów typu zapaść czy katastrofa.
Przejdźmy jednak na drugą stronę – zaniedbań. Ostatnio, choćby problem emerytur. Widać, że są sfery, gdzie nie radzi sobie także rząd Tuska. Emerytury mundurowe, KRUS, dokończenie reform OFE, fundusz demograficzny. Z tym ogromnie ważnym pakietem, poza emeryturami pomostowymi, utknęliśmy.
Sugeruję, weźcie długopis i wyliczcie to, co my wyliczyliśmy. Autorzy reformy emerytalnej i ogólniej systemu finansów publicznych przyjęli wiele lat temu niebezpieczne założenia. W tym systemie, jaki mamy dziś, rok po roku przyrasta dług publiczny w związku z transferem pieniędzy z ZUS do OFE. Nietrudno policzyć, że bez zmiany systemu w niedługiej perspektywie przekroczymy konstytucyjny próg 60 proc. udziału długu publicznego w PKB. To znaczy, że zbudowaliśmy system, który z automatu prowadzi nas do sprzeczności z konstytucją. Projekt naprawy systemu powstaje w trójkącie ministrów: Boni–Fedak–Rostowski. Czekam na optymalną propozycję. Trzeba ją znaleźć wspólnie z OFE, a nie przeciwko nim. Nie ma mowy o upaństwowieniu emerytur. Jeśli chodzi o emerytury mundurowe, to rzeczywiście, delikatnie mówiąc, nie osiągnęliśmy tu sukcesu. Zabrakło determinacji ministrowi Klichowi oraz wicepremierowi Schetynie. Rozmawiałem o tej sprawie z ministrem Millerem i uznaliśmy, że musimy szukać porozumienia wewnątrz służb mundurowych. Na pewno się za to zabierzemy, ale efekty takiej reformy przyjdą dopiero po latach.
Odsuwacie to już zatem na następną kadencję?
Niekoniecznie. Jesteśmy po to, żeby problemy rozwiązywać. Ale nie dam się wciągnąć w taką grę politycznej naiwności, której rezultat znam z góry: przygotujemy pakiet bolesnych reform i dostaniemy weto prezydenckie. Ja nie jestem od tego, aby dawać prezenty polityczne braciom Kaczyńskim. Co z tego, że zgłosimy reformy? Efekt będzie taki, że przeciwnik polityczny zdobędzie punkty, a reform i tak nie przeprowadzimy. Pamiętam wiele zacnych środowisk politycznych, które poległy przez taką naiwność. Jest ona śmiertelnym grzechem w polityce. To ona sprawiła, że w pewnym momencie Polską rządziło trio Kaczyński–Lepper–Giertych. To nie był koszmarny sen, oni naprawdę rządzili przez dwa lata.
Czyli w 2010 czekają nas głównie atrakcje polityczne, wyborcze?
Ważne będzie, czy ewentualna zmiana w 2010 r. w Pałacu Prezydenckim będzie oznaczała zniesienie blokady i czy równocześnie uda się utrzymać przez najbliższy rok stabilną koalicję. Te dwa warunki trzeba spełnić, by skutecznie prowadzić dobrą politykę i nie popełnić grzechu naiwności.


