Ja odpowiadam: nie, tak, nie, tak. W Polsce oznacza to, że jestem miękki wobec terrorystów, mściwy wobec polityków, naiwny wobec przestępców i permisywny wobec rozwiązłości. Czyli, jak mówi Leszek Miller za Leninem, należę do „pożytecznych idiotów”.
W tym sporze nie chodzi jednak o Lenina i Millera ani tym bardziej o mnie. Chodzi o fundamentalny dylemat, czym jest zło, gdzie jest jego miejsce i jak się wobec niego zachować?
Między wojną a walką
„Bój to jest nasz ostatni” śpiewali przez ponad sto lat komunardzi, komuniści, socjaliści, socjaldemokraci, anarchiści. Na całym świecie dobrzy, uczciwi i niegłupi ludzie wierzyli słowom „Międzynarodówki” obiecującym, że „Krwawy skończy się trud/Gdy związek nasz bratni/Ogarnie ludzki ród”. Żaden bój, do którego stawali z „Międzynarodówką” na ustach, nie był jednak ostatni w historycznym sensie. Zło „krwawego trudu” stawało się jeszcze krwawsze, gdy „związek bratni” ogarniał ludzki lud w Rosji, Chinach, Kambodży.
Marzenie o końcu zła przyniosło największe frustracje i zbrodnie XX w. Powinniśmy się więc z niego wyleczyć. Ale jak nie ma definitywnego zwycięstwa nad złem, tak nie ma definitywnego rozstania z marzeniem o definitywnym zwycięstwie.
Po raz pierwszy zrozumiałem, że to może być jądro wielu naszych problemów we wrześniu 2001 r., kiedy prezydent Bush zaczął opowiadać, że wojna z terroryzmem „wykorzeni zło” i „złoczyńców”. Wtedy można to było przypisać uniesieniu. Ale parę lat później Richard Perle i David Frum – bliscy współpracownicy Busha – wydali książkę pod przeczącym takiej interpretacji tytułem: „Koniec zła”.