Adam Grzeszak, współpraca Agnieszka Łakoma
24 stycznia 2012

Czy gaz łupkowy odmieni Polskę

Budujemy drugą Norwegię

Rząd naciska na gaz. Już za 2–3 lata ma ruszyć w Polsce wydobycie gazu łupkowego. Tworzymy potęgę czy iluzję?

W spółkach kontrolowanych przez Skarb Państwa trwa kadrowe trzęsienie ziemi. Choć po wyborach układ polityczny nie uległ zmianie, nowy minister skarbu robi generalne porządki. Do dymisji podali się już prezesi Polskiej Grupy Energetycznej (PGE) i Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa (PGNiG), a w kilku innych spółkach energetycznych (m.in. PKN Orlen) dokonano zmian w radach nadzorczych, co zwykle stanowi zapowiedź zmian w zarządach. Prasa spekuluje, że chodzi o „deschetynizację”, czyli usuwanie ludzi związanych z Grzegorzem Schetyną. Bardziej prawdopodobna jest jednak teoria, że chodzi o gazyfikację, czyli mobilizowanie szefów spółek do inwestycji w poszukiwanie i wydobycie gazu łupkowego. Kto się nie wykaże gorliwością albo mnoży wątpliwości (jak ponoć robił to prezes PGNiG), musi się liczyć z utratą stanowiska.

„Będę wymagał od spółek Skarbu Państwa przedstawienia planów przeprowadzenia w ciągu dwóch najbliższych lat jak największej liczby odwiertów i to jest najważniejsze zadanie z punktu widzenia polityki gazu łupkowego” – zapowiada twardo minister skarbu Mikołaj Budzanowski.

Pierwszy gaz łupkowy płynący do odbiorców rurami już w 2014 r. obiecał Donald Tusk. I to wcale niemało, bo mówi się nawet o 0,5–1 mld m sześc. Hasło więc brzmi: wszystkie ręce na pokład! Nie tylko PGNiG, ale także Orlenu, Lotosu, PGE, Tauronu, Energi, Enei, KGHM. Mają łączyć siły w państwowo-gazowym aliansie i inwestować w łupki. Dlatego minister Budzanowski jest ostatnio częstym gościem w Kancelarii Premiera. Szef Kancelarii minister Tomasz Arabski został wyznaczony przez premiera na koordynatora polityki państwa w dziedzinie gazu łupkowego.

Mamy, według amerykańskich szacunków, gigantyczne złoża. W superoptymistycznej wersji, która zrobiła największą karierę, być może nawet 5,3 bln m sześc.! To „być może” ma tu kluczowe znaczenie, bo Państwowy Instytut Geologiczny, który dysponuje najpełniejszą wiedzą na temat naszych zasobów surowcowych, dystansuje się od tej prognozy. Wiemy, gdzie są potencjalne obszary występowania gazu, ale czy on tam jest, w jakiej ilości i czy jego eksploatacja będzie opłacalna, to trzeba dopiero sprawdzić – twierdzą ostrożni eksperci PIG.

Eldorado (w budowie)

Amerykanie są odważniejsi. Wiedząc, że przez Polskę ciągnie się szeroki pas łupków ilastych, skał zawierających zwykle materię organiczną sprzed milionów lat, w której uwięziony pozostaje gaz ziemny, dokonali obliczeń zakładając, że u nas będzie podobnie jak w USA. Tam z łupków udało się uwolnić tak dużo gazu, że dziś jest on tani jak barszcz. Przekonują, że u nas będzie podobnie. Rozwiercone i hydraulicznie pokruszone skały dadzą tyle samo gazu co w Teksasie, Alabamie czy Pensylwanii.

I tego trzymają się polscy politycy, bo wizja Polski jako mocarstwa gazowego uskrzydla. Pozwala budować scenariusze, w których cudownie rozwiązują się nasze problemy z deficytem finansów, kryzysem energetycznym czy surowcowym uzależnieniem od Rosji. Premier zapowiada, że dochody z gazu łupkowego zapewnią nam emerytury. PiS domaga się stworzenia wzorowanego na rozwiązaniach norweskich i duńskich specjalnego funduszu przyszłych pokoleń, na który pójdą zyski z gazu. Eksperci Instytutu Kościuszki, think tanku związanego z PiS i Solidarną Polską (jednym z założycieli był brat Zbigniewa Ziobry), już martwią się, jak sobie poradzimy z ogromnymi ilościami gazu, jakie mamy mieć. Sugerują konieczność modernizacji budowanego gazoportu, by zamiast przyjmować statki z importowanym skroplonym gazem, skraplał polski gaz i wysyłał w świat. Pojawiło się też hasło powrotu do budowy bałtyckiej rury (Baltic Pipe), którą kiedyś planowaliśmy importować gaz z Danii. Tyle że teraz ten gaz byśmy tam eksportowali.

Wygląda to pięknie, jest tylko jedno „ale”. My tego gazu jeszcze nie mamy i nie wiadomo, kiedy będziemy mieć. W ogóle mało jeszcze wiemy, bo po kilkunastu próbnych odwiertach trudno cokolwiek ocenić. Na razie wszyscy szukają. Chętnych nie brakuje, bo wieść o gazowym eldorado rozeszła się w świecie i ściągają do nas inwestorzy z odległych stron. Są wielkie koncerny naftowe: Chevron, ExxonMobile, Marathon.

W boomie gazowym biorą udział także bogaci Polacy. Pod Poznaniem gazu szuka spółka Aurelian, której udziałowcem jest Jan Kulczyk, działa też Petrolinvest oraz Silurian – spółki związane z Ryszardem Krauze. Niezły interes na łupkach zrobiła już rodzina Podniesińskich. Ich spółka Mińsk Energy Resources uzyskała kilka koncesji w atrakcyjnych rejonach, dzięki czemu mogła je korzystnie sprzedać włoskiemu koncernowi ENI.

Bo obok wielkich branżowych graczy są także małe firmy, które po uzyskaniu koncesji poszukiwawczej i ewentualnie zrobieniu badań sejsmicznych poszukują bogatych, których stać na finansowanie wierceń. Wtedy dzielą się z nimi udziałami albo im sprzedają spółkę. Jest to legalne, budzi jednak obawy, czy przypadkiem tą drogą nie przeniknie do nas kapitał rosyjski i nie będzie próbował opóźnić naszej rewolucji łupkowej. Dla Gazpromu – wierzymy – nasze łupki są śmiertelnym zagrożeniem. Jeśli popłynie z nich gaz, możemy zagrozić rosyjskiej dominacji na rynku europejskim. To najbardziej fantastyczna część mitu, jednak tak atrakcyjna, że stanowi już inspiracje dla sensacyjnych powieści. Na okładce thrillera Zbigniewa Machowskiego „Chciwość jest dobra”, pierwszej łupkowej powieści, pojawia się pytanie „Czy Rosja przejmie złoża polskiego gazu?”.

Z Francuzem na barykady

Minister środowiska wydał ponad sto koncesji na poszukiwanie węglowodorów ze złóż niekonwencjonalnych. Duża część kraju jest już podzielona. Najwięcej koncesji ma PGNiG. Najbardziej oblężony jest pas ciągnący się od Gdańska i Koszalina (łącznie z przylegającym szelfem Bałtyku) aż po Hrubieszów i Tomaszów Lubelski. To potencjalne łupkowe eldorado. Należy do niego także Warszawa. Spora część stolicy jest objęta koncesjami poszukiwawczymi. W niektórych stanach USA gaz łupkowy wydobywa się na terenie miast, więc nie można wykluczyć, że i w Warszawie pojawią się wieże wiertnicze.

Nie wiadomo, jak przyjęliby to mieszkańcy miasta, bo polski ruch antyłupkowy jest słaby i dopiero się tworzy. Nie uczestniczy w nim na razie polski Greenpeace, lecz środowiska związane z Zielonymi 2004, w tym m.in. Radosław Gawlik, były wiceminister środowiska. Ze strony polityków padają już ostrzeżenia,

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną