Po upadku Lehman Brothers wszystko miało być inaczej. Największe bankructwo w historii, najgłębszy kryzys finansowy od Czarnego Wtorku, pierwsza globalna recesja od II wojny światowej i największa akcja ratowania gospodarki – skala wstrząsu w 2008 r. skłaniała polityków, ekonomistów i filozofów do radykalnych deklaracji. Przepowiadano wielki powrót państwa, bezwzględną rozprawę z bankami, okiełznanie wolnego rynku, a nawet kres kapitalizmu i zastąpienie go nowym, lepszym ustrojem ekonomicznym. Trzy lata później te słowa brzmią jak fałszywe proroctwo: rządy wycofały się z sektora finansowego, państwa są dziś ofiarą banków, a kapitalizm finansowy dalej rządzi. I tym razem wpędza w kryzys Europę.
Jak na rozmiar katastrofy amerykańskie banki pozbierały się w mgnieniu oka. Już rok po upadku Lehmana, Goldman Sachs zarobił 13,4 mld dol., a JPMorgan Chase 11,7 mld dol. Na czym? Oczywiście na kryzysie. Zniknięcie z Wall Street trzech graczy ograniczyło konkurencję i pozwoliło dwóm ocalałym podnieść prowizje za doradztwo inwestycyjne, często kilkakrotnie. Kryzys przyniósł też zmienność na wszystkich rynkach, a banki inwestycyjne są mistrzami w zarabianiu na wahaniach kursów walut, surowców, akcji i obligacji. Kłopoty strefy euro dały sporo zarobić, a bankierzy z Wall Street dalej mają klawe życie. Na same tylko premie Goldman Sachs odłożył w ubiegłym roku 10 mld dol. – średnio 292 tys. dol. na pracownika.
Za duże, by istnieć
Trzy lata temu wszyscy widzieli konieczność głębokiej reformy sektora bankowego, ale niewiele z tego wynikło. Pomysł światowego nadzoru nad bankami i globalnego reżimu regulacyjnego uśmiercono na szczytach G20 w zamian za obietnice, że każdy kraj zrobi porządek u siebie.