W podziemiach budynku niedaleko Kapitolu hałaśliwa maszyna wyrzuca płachty zielonkawego papieru. Mężczyzna w nausznikach wyciąga przypadkowy arkusz i przykłada go do wzornika, by sprawdzić odcień. Dolary są zielone niemal przez przypadek – na początku XX w. projektanci amerykańskich banknotów szukali najtańszego, a zarazem najtrwalszego barwnika: zieleń spełniała oba wymogi. Papier też nie zmienił się od stu lat: trzy czwarte bawełny, jedna czwarta lnu, producent nie może sprzedawać go nikomu innemu. Ale rząd Stanów Zjednoczonych to dobry klient, drukuje mnóstwo pieniędzy.
Tak naprawdę nie drukuje, tylko tłoczy. Siłą 25 ton prasa wciska arkusz w stalową matrycę, włókna wchodzą w rowki z farbą, przyjmując wypukły druk, w tym wypadku portret prezydenta Andrew Jacksona, tego ze zmierzwioną czupryną, który zdobi banknot dwudziestodolarowy. Płachty banknotów wydają się już prawie gotowe, brakuje tylko pieczęci Rezerwy Federalnej i numeru serii. Ze względów bezpieczeństwa te dwa znaki nadrukowuje się na końcu, tuż przed cięciem i pakowaniem. Na wózku w rogu sali stoją 32 mln dol. – stos arkuszy sięga drukarzowi raptem do biodra.
Każda z 12 pras wyrzuca co godzinę 8 tys. arkuszy po 32 banknoty każdy. Drukarnia w Waszyngtonie pracuje całą dobę, pięć dni w tygodniu, produkując codziennie 300 mln dol. A to tylko połowa dziennego nakładu – drugie tyle drukuje zakład Biura Rycin i Druku w Fort Worth w Teksasie, zaopatrujący zachodnie stany USA. Zafoliowane palety świeżej gotówki trafiają do 12 Banków Rezerwy Federalnej rozsianych po całej Ameryce, stamtąd do banków komercyjnych i dalej do bankomatów i kas sklepowych. Tylko w ubiegłym roku obie drukarnie wyprodukowały 7,7 mld banknotów.