Jeszcze cztery lata temu wstąpienie do strefy euro było powodem do dumy. Polacy i Węgrzy z zazdrością patrzyli na Słowaków, gdy ci na progu amerykańskiego kryzysu przystępowali do unii walutowej. Kiedy złoty i forint leciały na łeb na szyję, korona trzymała się mocno, wsparta wiarygodnością euro, które miało ją wkrótce zastąpić. Ale gdy na początku 2011 r. Estonia wchodziła do strefy, nawet w Tallinie wspólną walutę witano z mieszanymi uczuciami. Niemal połowa Estończyków była zdania, że ich kraj popełnia błąd, a czołowy przeciwnik przyjęcia euro twierdził, że Estonia „zdobyła ostatni bilet na »Titanica«”. Ledwie premier Andrus Ansip uroczyście wypłacił pierwsze estońskie euro z bankomatu, jego kraj musiał wpłacić 800 mln euro na ratowanie Grecji i Irlandii. Od tamtego czasu do klubu bankrutów dołączyła Portugalia, chwieją się Hiszpania i Włochy.
Kryzys strefy euro trwa już dwa lata, a „Titanic” wciąż nabiera wody. Mimo niezliczonych szczytów, historycznych deklaracji i dalekosiężnych obietnic przywódcy nie zdołali wypracować rozwiązania, które przekonałoby świat, że strefa może przetrwać w obecnym składzie. 10 lat od wprowadzenia wspólnych monet i banknotów unia walutowa dzieli się na rozrzutnych bankrutów i gospodarnych skąpców – pierwsi narobili długów i potrzebują coraz więcej pieniędzy, drudzy muszą je wykładać, bo boją się skutków rozpadu. Kryzys ujawnił wadę konstrukcyjną strefy: brak unii budżetowej, która podpierałaby unię walutową. Strefa euro została zbudowana na dobrą pogodę, tymczasem dziś na rynkach finansowych szaleje nawałnica, która może zatopić ten wspólny okręt.