Akademia Ateńska to po Akropolu jedna z głównych atrakcji miasta. XIX-wieczny budynek, postawiony na cześć pierwszej akademii założonej przez Platona, przypomina świątynię: z przodu portyk, po bokach posągi Ateny i Apolla, całość pięknie odnowiona. Jedyne, co w 2010 r. burzy joński porządek, to napis wysprejowany wielkimi literami na marmurowych kolumnach, dla turystów od razu po angielsku: resist, stawiaj opór. Na innych budynkach publicznych ateńscy grafficiarze piszą zwykle po grecku, powtarzają się wyzwiska pod adresem policji i symbol anarchistów. – Władze? Nie, u nas władze takich rzeczy nie usuwają – mówi portierka z akademii.
Ateny od dekady żyły na debecie, korzystając z wiarygodności kredytowej, jaka spłynęła na Grecję po wejściu do strefy euro. Pożyczała pieniądze nieco drożej niż Niemcy, ale wciąż znacznie taniej, niż gdyby musiała to robić w drachmach. Dopóki gospodarka się kręciła – do olimpiady w 2004 r. napędzana przez inwestycje publiczne, później przez boom w sektorze budowlanym – greckie państwo było w stanie spłacać swoje długi. Ale gdy wybuchł kryzys amerykański, życie na kredyt stało się nagle bardzo kosztowne. Wskutek powszechnej awersji do ryzyka nabywcy greckich obligacji zaczęli żądać wyższych odsetek, z kolei recesja drastycznie obcięła wpływy podatkowe.
Jeszcze w październiku 2009 r. ówczesny premier Kostas Karamanlis zapowiadał, że deficyt budżetowy Grecji wyniesie 6 proc. PKB. Miesiąc później zwycięzca wyborów i nowy szef rządu Jeorjos Papandreu ogłosił, że dziura w finansach publicznych sięgnie 12,7 proc., ponad cztery razy więcej niż dopuszczają tzw. kryteria z Maastricht. Ta wiadomość wywołała szok na rynkach finansowych i zrujnowała wiarygodność Grecji w oczach jej wierzycieli.