Jacek Żakowski: – Gdzie jesteśmy po trzech latach kryzysu?
Marek Belka: – Polska wciąż się mimo wszystko rozwija, a społeczeństwo się bogaci.
Nie całe.
Kiedy kraj się dynamicznie rozwija, to aspiracje rosną szybko i powszechnie, a dochody nigdy nie nadążają za aspiracjami i rosną nierównomiernie. Od 15 lat ludziom żyje się coraz lepiej, ale każdy by chciał, żeby mu się szybciej poprawiało. W takiej sytuacji niedomogi bardziej społeczeństwom doskwierają, niż powinny.
Czyli są niedomogi?
Są obszary niedostatku. Nie tylko klasycznego – np. bezrobotna samotna matka z piątką dzieci w Łodzi. Jest też grupa biednych pracujących, którym płaca nie starcza, żeby utrzymali się sami. Oni byli zawsze. Ale teraz nam to bardziej doskwiera.
Bo ich przybywa. Z danych Eurostatu widać, że już tylko w Grecji biednych pracujących jest więcej niż w Polsce.
Wolę sięgać do badań prof. Janusza Czapińskiego, który pokazuje, że Polacy nieźle sobie radzą i żyją coraz lepiej. Ale jedno z drugim się całkowicie godzi. Bo z roku na rok przybywa gadżetów, bez których można żyć, ale trudno to sobie wyobrazić. Komórka, plazma, komputer. Kto mieszka w mieście i nie ma przynajmniej kilkunastoletniego Audi, może czuć się wykluczony. To jest zrozumiałe subiektywne odczucie.
W słabszych grupach płace od kilku lat rosną wolniej niż inflacja, czyli maleją obiektywnie, nie tylko subiektywnie.
Ale czy to jest kryzys?
Kiedy pracujących biednych przybywa, to chyba może znaczyć, że albo mamy kryzys, albo ewolucję systemu.
W stronę amerykańską.
Albo latynoską, afrykańską, chińską...
Ale jeszcze za wcześnie, żeby tak powiedzieć.
A blisko 13 proc. bezrobocia? To kryzys czy nie?
Trzynaście ma być.