No to kiedy wreszcie oddasz mi pieniądze, które pan ode mnie pożyczyłeś parę lat temu?” – pytał obywatel obywatela w starym, jeszcze przedwojennym dowcipie. „A skąd niby ja to mam wiedzieć? Prorok jakiś jestem, czy co?” – obruszał się dłużnik. Można zażartować, że ostatnie lata i kwartały dopisały ciąg dalszy do owego dowcipu – bo w przypadku niektórych emitentów obligacji rządowych nikt rozsądny nie liczy już na spłatę całości zadłużenia.
„Bezpieczne” obligacje rządowe w 2011 r. pokazały swoje prawdziwe oblicze: dług Grecji, Irlandii, Portugalii, Włoch, Hiszpanii czy Belgii był wyprzedawany momentami wręcz panicznie. Jednocześnie powszechną praktyką stał się dodruk pieniądza, co w dłuższym terminie podważa jego stabilność. Historia gospodarcza świata pokazała już wielokrotnie, że dodrukowywany (w rozmaity sposób) papierowy pieniądz prędzej czy później parzy dłonie naiwnych posiadaczy. Bo coś, co można mnożyć łatwo i szybko, to nic innego jak iluzja. Bardzo kosztowna dla jej amatorów.
Warto zwrócić uwagę, że zdecydowana większość inwestycji na rynku kapitałowym ma charakter indeksowy. Mamy do czynienia z czymś, co ja nazywam kryzysem wartości. Kupowanie indeksu, a tym w gruncie rzeczy są inwestycje w rozmaite fundusze akcji, obligacji i środków pieniężnych, można porównać do wsiadania do łódki bez silnika i wioseł. Nasza stopa zwrotu zależy od rynku. Rynku tworzonego przez setki tysięcy osób, które w sposób stadny reagują na doniesienia czołówek gazet, serwisów ekonomicznych czy raportów agencji ratingowych. Nie ma to nic wspólnego z realną wartością. Generalizując, możemy przyjąć założenie, że jest wręcz odwrotnie. Bardzo długi, wieloletni proceder życia ponad stan za pożyczane pieniądze był możliwy tylko dlatego, że legitymizowały go decyzje polityczne.