Hasła dostarczył Oburzonym Stéphane Hessel, poeta i dyplomata, dawniej partyzant i więzień Buchenwaldu. Cieniutka broszurka „Oburzcie się”, którą w 2010 r. wydał nieśmiało w 6 tys. egzemplarzy, rozeszła się w 4 mln i 20 językach. Wzywała społeczeństwo, na początek francuskie, do niezgody na przepaść między biednymi i bogatymi, kolorowymi i białymi, wskazywała na konieczność walki o prawa pracownicze, piętnowała bierność i pokorę, mówiła o pokojowej rewolucji.
Ale na podatny grunt trafiła nie w Paryżu, tylko w Madrycie, kiedy w maju 2011 r. pod presją unijną rząd zapowiedział redukcję płac w strefie budżetowej o 5 proc. Hiszpanie się wściekli. Już od wielu miesięcy z trudem znosili galopujące bezrobocie, koniec łatwych kredytów i spadek stopy życiowej. 15 maja związki zawodowe zorganizowały demonstrację równocześnie w 60 miastach, a jej liczebność, zgromadzone poparcie i siła przerosły wszelkie oczekiwania.
Do pracowników budżetówki dołączyli emeryci, młodzi, anarchiści, pracownicy uniwersyteccy oraz obywatele nazywani perro flauta, lekkoduchy, którzy z psem u nogi zarabiają na życie graniem na fujarce. Zwoływał ich Internet. Ktoś na Puerta del Sol w Madrycie rzucił hasło: przynieść namioty i przetrwać do rana. Zostali kilka miesięcy w spontanicznie zbudowanym miasteczku. Taki był początek Ruchu Oburzonych. W różnych formach ruch żyje do dziś, w co najmniej 200 miastach na świecie.
Wiosna
Dlaczego w maju nie wrócili do domów? José Perez, student z Madrytu, mówi wprost: – Niedziela wieczór, mnóstwo znajomych i świadomość, że się leży w dobrej sprawie. Niektórzy przyjechali z daleka i nie chciało im się wracać. Było po prostu przyjemnie i czuliśmy, że chodzi o coś więcej. Jeszcze w maju media społecznościowe opublikowały manifest: „Jesteśmy zwykłymi ludźmi.