Łatwo wyliczyć, ile pieniędzy kosztował nas kryzys. Wystarczy dodać spadki PKB, straty na giełdach i dodatkowe koszty obsługi długów, by dojść do kolejnej, tyleż ogromnej, co niewiele mówiącej liczby. Ale z punktu widzenia przyszłości bezcielesne ofiary kryzysu mogą się okazać nieporównanie ważniejsze od kosztów materialnych. Bo nowa rzeczywistość – jak zawsze – najpierw powstanie w głowach. Żeby przez naszą nieuwagę nie zrodził się w nich jakiś potwór, potrzebny jest bilans zamknięcia, zwieńczony czymś w rodzaju apelu poległych. Co zatem w istocie żegnamy, tracąc złudzenia, które w dziwnej pierwszej dekadzie XXI w. rządziły naszym światem?
Pewność
Przede wszystkim ze smutkiem pożegnaliśmy miłą pewność, która milionom lub miliardom ludzi dawała psychiczny komfort codziennej egzystencji. Był to komfort bezcenny, stworzony przez przezornie nienazwaną, ukrytą pod pozorami naukowości i racjonalności, ostatnią ideologiczną konstrukcję XX w. Ideologiczna pewność ułatwiała nam zaakceptowanie mnożących się nowych wyzwań, a zwłaszcza wynikającej z ponowoczesnych realiów potrzeby zachowania permanentnej czujności i gotowości do absorbowania nieustannej zmiany. Co może dać człowiekowi wygodniejsze pielesze niż pewność? Co jest przyjemniejsze niż spokój płynący z przekonania, że świat jest, jaki ma być, a będzie jeszcze lepszy? Że rozumiemy, dokąd zmierza i że ten kierunek jest dobry? Że wiemy, co robić, by był jeszcze lepszy i że to robimy?
Ta pewność dotyczyła praktycznie wszystkiego. Demokracji, która się miała rozszerzać i umacniać (np. dzięki wojnie w Iraku). Gospodarki, która miała rosnąć, dając wszystkim coraz lepsze życie (dzięki ograniczeniu zabezpieczeń socjalnych).