Historia jest prosta, twierdzi Paul Romer, profesor New York University, jeden z najwybitniejszych współczesnych ekonomistów i uczestnik Europejskiej Konwencji Innowacyjności, która odbyła się w grudniu 2011 r. w Brukseli. Rozwój cywilizacyjny ludzkości sprowadza się do dwóch biegnących równolegle procesów: rozwoju wiedzy i technologii oraz rozwoju instytucji. Gdy ludziom zaczyna brakować niezbędnych zasobów, np. pożywienia, kombinują tak długo, aż znajdą sposób na rozwiązanie ograniczeń. Tak powstają innowacje, czyli nowe, efektywniejsze sposoby wykorzystania tego, co pod ręką. Wystarczyło połączyć dwie tanie substancje, żelazo i węgiel, by wyprodukować o wiele cenniejszą stal. Pojawienie się stali umożliwiło z kolei efektywniejsze wydobywanie węgla i przetwarzanie rud żelaza, w efekcie powstała cała współczesna zaawansowana cywilizacja zdolna wyżywić 7 mld ludzi. Większość z nich żyje w komforcie, o jakim 200 lat temu nie mogli marzyć nawet najbogatsi, pozbawieni choćby dostępu do antybiotyków.
To jednak nie wszystko – machina opartego na innowacjach postępu nieustannie przyspiesza. Dlaczego? Bo wraz z rozwojem przybywa ludzi, zaczynają oni żyć w coraz większym zagęszczeniu, to zaś sprzyja wymianie idei, zachęca do tworzenia nowych i tworzy rynek dla powstających technologii. Ten samonapędzający się mechanizm nie jest jednak perpetuum mobile, wymaga nieustannego oliwienia za pomocą wynajdywania reguł i instytucji sprzyjających rozwojowi. Nie ma lepszej zachęty do innowacji niż impulsy płynące z otwartego rynku. Sam rynek jest jednak bezużyteczny, jeśli jego funkcjonowania nie regulują normy nakazujące np., że należy spłacać zaciągnięte długi i szanować cudzą własność.