Gdyby wyznacznikiem rangi naukowców była liczba i intensywność rozbieżnych epitetów, którymi ich opisywano, to Daniel C. Dennett zostałby uznany za jednego z najwybitniejszych na świecie żyjących filozofów. Z jednej strony chętnie określa się go mianem darwinowskiego fundamentalisty lub cybernetycznego totalisty. Z drugiej – podkreśla jego kolosalne zasługi w dziedzinie filozofii. Poza tym Dennett to, najzwyczajniej w świecie, potężny gość. Jego nieco onieśmielająca fizyczność upośledzałaby, być może, kontakty osobiste – gdyby nie fakt, że jest też człowiekiem o ogromnym uroku osobistym. Na wiele możliwych sposobów Dennett, utalentowany żeglarz, rzeźbiarz i niezły pianista, ostatnio także zapalony farmer, nie mieści się w ramach statystycznie uśrednionego wcielenia.
Oczywiście rozbieżności w opiniach na temat uczonych niekoniecznie są konsekwencją ich kompetencji zawodowych – ale w tym przypadku tak nie jest. Amerykanin uważany jest słusznie za najbardziej konsekwentnego i bezkompromisowego kontynuatora tradycji oświecenia. Dennett od kilkudziesięciu już lat wyciąga filozofię z bagna niejasnych pojęć.
Ostrzenie brzytwy
Kilka przypadków sprawiło, że urodzonemu w 1942 r. uczonemu nie po drodze było z większością kolegów po fachu. Po pierwsze, jego ojciec, agent kontrwywiadu amerykańskiego, oficjalnie występujący w roli attaché kulturalnego w Bejrucie, zginął, kiedy syn miał 5 lat. W ten nieszczęśliwie-szczęśliwy sposób młody człowiek zwolniony został z konieczności dorastania do oczekiwań słynnego i szacownego ojca, wypełniania obowiązków rodowych, który to los przypadł większości przyjaciół.