Gdzie umysł się mieści
Daniel C. Dennett to filozof umysłu, który stał się neuronaukowcem po to, by bronić humanistyki przed zalewem bełkotu. Dlatego to uczony niezwykły.
Dziś naukowcy odkrywają, że neurony nie są prostymi przełącznikami, że mają własną agendę.
Science Photo Library/EAST NEWS

Dziś naukowcy odkrywają, że neurony nie są prostymi przełącznikami, że mają własną agendę.

Daniel C. Dennett, przeciwnik Kartezjusza.

Daniel C. Dennett, przeciwnik Kartezjusza.

Gdyby wyznacznikiem rangi naukowców była liczba i intensywność rozbieżnych epitetów, którymi ich opisywano, to Daniel C. Dennett zostałby uznany za jednego z najwybitniejszych na świecie żyjących filozofów. Z jednej strony chętnie określa się go mianem darwinowskiego fundamentalisty lub cybernetycznego totalisty. Z drugiej – podkreśla jego kolosalne zasługi w dziedzinie filozofii. Poza tym Dennett to, najzwyczajniej w świecie, potężny gość. Jego nieco onieśmielająca fizyczność upośledzałaby, być może, kontakty osobiste – gdyby nie fakt, że jest też człowiekiem o ogromnym uroku osobistym. Na wiele możliwych sposobów Dennett, utalentowany żeglarz, rzeźbiarz i niezły pianista, ostatnio także zapalony farmer, nie mieści się w ramach statystycznie uśrednionego wcielenia.

Oczywiście rozbieżności w opiniach na temat uczonych niekoniecznie są konsekwencją ich kompetencji zawodowych – ale w tym przypadku tak nie jest. Amerykanin uważany jest słusznie za najbardziej konsekwentnego i bezkompromisowego kontynuatora tradycji oświecenia. Dennett od kilkudziesięciu już lat wyciąga filozofię z bagna niejasnych pojęć.

Ostrzenie brzytwy

Kilka przypadków sprawiło, że urodzonemu w 1942 r. uczonemu nie po drodze było z większością kolegów po fachu. Po pierwsze, jego ojciec, agent kontrwywiadu amerykańskiego, oficjalnie występujący w roli attaché kulturalnego w Bejrucie, zginął, kiedy syn miał 5 lat. W ten nieszczęśliwie-szczęśliwy sposób młody człowiek zwolniony został z konieczności dorastania do oczekiwań słynnego i szacownego ojca, wypełniania obowiązków rodowych, który to los przypadł większości przyjaciół. Zachęcany przez rodzinę mógł podążać własną drogą. A ta zbiegła się ze szlakami zawodowymi dwóch niezwyczajnych filozofów, którzy stali się mentorami Dennetta – Willarda Van Ormana Quine’a oraz Gilberta Ryle’a. Niezwyczajnych, bo we wczesnych latach 60. głosili oni tezy dość kontrowersyjne.

Quine uważał, że wiedza, a w tym filozofia, powinna być rozpatrywana jako zjawisko naturalne, podlegające metodzie naukowej, wykluczające udział czynników nadprzyrodzonych. Ryle z kolei twierdził, że nie ma nic ponadnaturalnego w ludzkim mózgu – że w tej maszynie nie ma żadnego ducha. Te poglądy Dennett uczynił fundamentem swoich długoterminowych dociekań.

Już na wczesnym etapie edukacji uderzył go przedziwny fakt, iż koledzy rozważający stany umysłowe wyrażali daleko posunięte désintéressement wobec tego, jak ów umysł pracuje na poziomie zero – czyli z jakich materialnych klocków jest zbudowany. Sugestie Dennetta, by bliżej przyjrzeć się fizjologii tego organu, przyjmowali z nieskrywanym lekceważeniem. Skupił się więc Dennett na kontaktach z reprezentantami innych nauk – biologami ewolucyjnymi, neurologami, psychologami, cybernetykami, twórcami nowej dziedziny zwanej sztuczną inteligencją. Dokonał przy tej okazji zaskakującego odkrycia. Wspomina to w swojej autobiografii: „Ludzie ci zwykle spodziewali się, że filozof okaże się kompletnym ignorantem w ich dziedzinie, więc nawet moja wątła wiedza mile ich zaskakiwała i zachęcała do współpracy. Szybko zauważyłem, że pomimo ich, wydawać by się mogło, obcesowego i lekceważącego stosunku do filozofii, zwykle palą się, by szukać odpowiedzi na Wielkie Pytania”.

Ogromne znaczenie dla jego dalszego rozwoju miało spotkanie z Douglasem Hofstadterem, amerykańskim kognitywistą, wespół z którym napisał cieszący się ogromnym powodzeniem zbiór refleksji na temat „jaźni i duszy”, zatytułowany „The Mind’s I” (1981), a przede wszystkim z młodym, butnym biologiem brytyjskim Richardem Dawkinsem: „Szybko uzależniłem się od jego sposobu myślenia o teorii ewolucji. Pozwala on na przejście od molekuł do Znaczenia na drodze tak wspaniale pięknych, krystalicznie klarownych pod względem intelektualnym kroków!”. Dennett, wcześniej darwinista-amator, przeszedł do ligi zawodowców, poznając dorobek biologów Edwarda Osborne’a Wilsona, Johna Maynarda Smitha i innych.

Szkodliwy mit Kartezjusza

Coś jeszcze zmieniło jego postawę: „Zauważyłem, że awangardowe idee naukowe są zwykle znacznie piękniejsze, znacznie bardziej zachwycające niż większość pomysłów spotykanych w periodykach filozoficznych. My, filozofowie, mamy zwyczaj zajmowania się albo ćwiczeniami intelektualnymi o charakterze aptekarskim, albo ogłaszaniem wszem i wobec wielkich, napuszonych, ale niedopieczonych idei. Fakt, że brzytwy używane przez naukowców są tak doskonałe, że tak szybko można zweryfikować słuszność bądź fałsz idei, nadaje ich ideom krzepkości i ostrości, których zwykle brakuje w filozofii. Moja wizja filozofa ulegała więc przekształceniu w kierunku dostarczania konceptualnych wyjaśnień i podwalin dla teorii, które są testowalne, empiryczne, naukowe”.

Korzystając ze zgromadzonej bazy wiedzy, kontaktów i funkcjonujących już w nauce zgrubnych modeli umysłu, Dennett stworzył konceptualną ramę do dyskusji o naturze wiedzy i świadomości. Procesy uczenia się i rozumowania, zdaniem Dennetta, przypominają zjawiska doboru naturalnego znane z przyrody. Ba – one są procesami ściśle darwinowskimi. Idee, koncepcje, przekonania, wierzenia, czyli nic innego jak interakcje niezliczonych, ale prostych w konstrukcji neuronów, walczą o dominację w wielkim ekosystemie, którym jest mózg. Fenomeny umysłowe można więc z powodzeniem symulować w komputerach, odpowiednikach umysłu.

Parę miesięcy temu Dennett nieco skorygował swoje pierwotne założenia. Przyznał, że były optymistycznie nazbyt uproszczone. Dziś naukowcy odkrywają, że neurony nie są prostymi przełącznikami, że mają własną agendę. Sebastian Seung, kognitywista komputerowy z MIT, wprowadza nawet pojęcie samolubnego neuronu, analogiczne do sławetnego samolubnego genu Dawkinsa. Ponadto neurony wchodzą w koalicje, układy i kliki o różnej skali przestrzennej i czasowej. Bardziej niż hierarchiczną, zbiurokratyzowaną strukturę mózg przypomina anarchię z niewielkimi elementami demokracji – mówi Dennett – co nieco utrudnia jego modelowanie in silico. Ale zasadnicza rama intelektualna teorii pozostaje niezmienna.

Dennett używa jej od dziesięcioleci, rozprawiając się ze szkodliwym, jego zdaniem, mitem autorstwa samego Kartezjusza – być może największym, a zarazem najbardziej trwałym przesądem filozofii: przekonaniem o dualizmie ciała i świadomości.

Zbrodnia w teatrze

Rozpowszechniona wizja świadomości aż do niedawna zakładała, że gdzieś w mózgu istnieje tajemniczy obszar, rodzaj centrali dowodzenia, w której podejmowane są decyzje o ludzkich działaniach. Choć teorię tę obudowano we współczesny sztafaż, w istocie niewiele różni się od wielowiekowej idei kartezjańskiego teatru – ośrodka, w którym rezyduje analizująca przepływający przez umysł strumień świadomości i podejmująca decyzje istota zwana homunkulusem. Jednak, zdaniem Dennetta, koncepcja taka prowadzi nieodmiennie do nieskończonej regresji – we wnętrzu homunkulusa musi przecież tkwić inny, kierujący jego działaniami homunkulus, a w jego mózgu kolejny, a tam następny – i tak dalej, w stronę absurdu.

Jeśli mózg jest czymś w rodzaju miniaturowego pandemonium, dynamicznej supersieci przecinanej miliardami sygnałów elektrycznych, to nie istnieje nic takiego jak ja czy świadomość. Nasze ja stale fluktuuje, jest non stop przepisywane na nowo, w każdym ułamku każdej sekundy. Jeśli zaś nie ma ja, to nie ma też i wolnej woli. Nie ma nic ponadto. Świadomość to nic innego, jak zasiedziały w kulturze i nauce duch-zbuk, odpowiednik (nieistniejącej) siły witalnej, która jeszcze w XIX w. uważana była za czynnik odróżniający materię ożywioną od nieożywionej.

Opierając się mocno na teorii ewolucji, Dennett udziela także odpowiedzi na pytanie, skąd w świecie, gdzie nie istniało nic, pojawiły się wartości, a wraz z nimi – moralność. To samo życie, ewoluując, powołuje je do istnienia – mówi. Kukułka wypycha jajka z gniazda, bo ma po temu powód, choć wcale go sobie nie uświadamia. Przyczyny poprzedzają rozumowanie. Wiara poprzedza świadomych wyznawców. Na pewnym etapie ewolucji pojawił się kulturowy artefakt, dziś zwany moralnością, który pozwala nam pokonać ograniczenia krótkowzrocznego egoizmu, a bardziej długofalowo – poprawić warunki społeczne, w których przyszło nam funkcjonować. Darwinizm podsuwa nam perspektywę – uważa Dennett – pozwalającą zrozumieć, jak sens i celowość wyłaniają się ze świata, który sam w sobie pozbawiony jest sensu i celowości.

Wirus umysłu

Niezwykłość Dennetta wyraża się nie tylko w treści jego badań, ale i w sposobie ich komunikowania. „Moje książki oficjalnie piszę dla zwyczajnego czytelnika, i rzeczywiście zwykle, choć nie bez walki, może on podążać za tokiem prezentowanych w nich argumentów. Ale to nie on jest moim prawdziwym celem. Piszę dla kolegów – dla filozofów, dla kognitywistów, dla biologów i specjalistów innych dziedzin, posługując się terminami dla nich zrozumiałymi. Niektórzy filozofowie wciąż sądzą, że tylko książki, które trudno zrozumieć, mają jakąkolwiek wartość. Wydaje im się, że w ten sposób dowodzą braku własnego profesjonalizmu” – pisze Dennett, wręcz kanoniczny przykład przedstawiciela tzw. Trzeciej Kultury, ruchu usiłującego zbudować harmonijną łączność między światem humanistyki i nauk ścisłych. Jednym z mocnych dowodów jest wydana w 2006 r. książka „Odczarowanie. Religia jako zjawisko naturalne” (PIW, 2008) – o okolicznościach jej powstania Dennett obszernie mówił w wywiadzie dla POLITYKI (6/10).

Dennett napisał „Odczarowanie” bardziej motywowany poczuciem obowiązku wobec ludzkości niż imperatywem naukowym. Posługując się zbiorem narzędzi zgromadzonych przez kilkadziesiąt ostatnich lat, rozmontowuje pojęcie religii na części pierwsze, sugerując, że nie jest ona niczym innym jak wirusem umysłu. Wirusem obrosłym w cywilizacyjne konteksty i toczącym umysły na mocy ewolucji skłonne do ulegania przesądom. Religie, zdaniem Dennetta, do perfekcji opanowały sztukę eksploatacji tej niewinnej i zwykle pomocnej w przetrwaniu gatunku skłonności i rozrosły się do monstrualnych postaci. Zadaniem ludzi nauki jest odczarowywanie owego pojęcia – wypieranie z naszego postrzegania świata elementów animizmu i zabobonu.

Żarty na bok

Niedawno Dennett wrócił na główny szlak swoich naukowych dociekań i wydał kolejną obrazoburczą książkę, napisaną wspólnie z kognitywistą Matthew Hurleyem i psychologiem Reginaldem Adamsem Jr. W „Inside Jokes: Using Humor to Reverse-Engineer the Mind” (Żarty od środka: Humor jako sposób na reinżynierię umysłu) panowie podejmują się arcypoważnego zadania opisania fenomenologii humoru lub, mówiąc po ludzku, wydestylowania jego esencji. W przeciwieństwie jednak do poprzedników nie badają kronik żartobliwych treści oraz muzealnych artefaktów, ale starają się osadzić swoje rozważania w realistycznym, naturalistycznym modelu poznawczych i emocjonalnych procesów zachodzących we wnętrzach umysłów.

Humor to element złożonego mechanizmu mającego na celu ochronę spójności gromadzonych danych i wiedzy, twierdzą. Przyjemność, jaką jest uczucie wesołości wynikające ze zrozumienia żartu, stanowi nagrodę za sukces w sprawdzaniu integralności naszej wiedzy. Śmieszność sygnalizuje niespójności, błędy, sprzeczności, usterki, absurdy w naszych mentalnych modelach rzeczywistości. Służy więc przetrwaniu, bo tylko odkrywając podobne kiksy, unikamy śmierci w idiotycznych okolicznościach. Humor jest efektem ubocznym długiego, rządzonego prawami darwinowskimi procesu. Wesołość nie jest celem, ale nagrodą za wysiłek intelektualny, podobnie jak uczucie słodkości jest zachętą, wabikiem nakłaniającym do spożycia owocu, miodu, produktu spożywczego bogatego w cukier, czyli w kluczowy dla przetrwania organizmu pakiet energii. Nie istnieje nic takiego jak słodkość.

Humor, sugeruje Dennett, wydaje się idealnym wręcz narzędziem do studiowania ukrytych elementów ludzkiej świadomości – może być używany jako rodzaj sondy głębinowej, sonaru generującego sygnały, którego echa oddają kształt niewidzialnych treści i mechanizmów umiejscowionych w naszych mózgach. A echa nie są niczym innym, jak zjawiskami zachodzącymi w sferze kultury i cywilizacji. Trzeba je tylko inteligentnie przeanalizować. (Dennett szkicuje, oczywiście, stosowne metody).

Konsekwentnie poszukuje też fizycznych i biologicznych fundamentów zjawisk, tradycyjnie będących przedmiotem badań nauk humanistycznych. Większość uczonych twierdzi, że leżą one poza obszarem opisywanym przez nauki ścisłe, że takie ich potraktowanie to potwarz lub dowód protekcjonalizmu. Dennett widzi to inaczej: „Postrzegam siebie jako obrońcę humanistyki, nie jako zdrajcę. Usiłuję pokazać, jak nasze zrozumienie i docenienie wyjątkowości świadomości, wolnej woli, etyki, religii, sztuki tylko nabiera wagi i znaczenia, kiedy je osadzimy w szczegółowo zrozumiałym kontekście naukowym”.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj