Warszawa. W poszukiwaniu prawdziwych warszawiaków
Są dumni jak pawie i fałszywi jak lisy – odpowiedzieli kilka lat temu mieszkańcy Polski pozawarszawskiej proszeni przez TNS OBOP o porównanie warszawiaków do zwierząt.
Pierwsza linia metra przewozi dziennie ok. pół mln pasażerów. Warszawiacy z niecierpliwością czekają na uruchomienie II linii.
Bartosz Krupa/EAST NEWS

Pierwsza linia metra przewozi dziennie ok. pół mln pasażerów. Warszawiacy z niecierpliwością czekają na uruchomienie II linii.

Warszawiacy w oczach prowincji to także światowcy, ludzie władczy i odważni, a uroda warszawianek plasuje się znacznie powyżej ogólnokrajowej przeciętnej. Najbardziej warszawiaków kochają wsie i małe miasteczka, najmocniej nie lubi Kraków. Jednocześnie niezwykle drażliwą kwestią, już poza sondażem TNS OBOP, okazało się określanie reszty Polski terminem prowincja. Bo kim są ci współcześni warszawiacy, jeśli nie migrującą prowincją właśnie?

Warszawskie zadzieranie nosa to w pisaniu o stolicy parametr stały – historyczny, psychologiczny i polityczny. W urzędowym slangu socjalizmu Warszawę nazywano „ośrodkiem pierwszego stopnia”, czyli uprzywilejowanym pod każdym względem. W 1973 r. Komisja Prognozowania przy Ministerstwie Kultury i Sztuki w „Prognozie rozwoju kultury polskiej do 1980 r.” spekulowała: „powstanie drugiego i trzeciego ośrodka I stopnia złamałoby monopolistyczną pozycję Warszawy (najważniejsze szczeble prestiżu, największe możliwości) i zapobiegałoby nazbyt jednorodnym relacjom stolicy z pozostałymi ośrodkami (zabieranie im co zdolniejszych jednostek, wytwarzanie mitów stolicy i kompleksów prowincji)”. Socjologowie nie mają wątpliwości: Warszawa jest jedyną w Polsce metropolią, która cywilizacyjnie ciągnie kraj do przodu, wielka w tym zasługa nowych warszawiaków – przybyszów z prowincji. To miasto wyzwala energię, jakiś twórczy chaos – przyciąga ludzi. Jak mówi bohater artykułu o „słoikach”, czyli napływowych warszawiakach: „Warszawa jest obrzydliwa, ale nie mieszkać w niej to strata czasu”.

Energia w warszawiakach była zawsze. W dwudziestoleciu międzywojennym liczba mieszkańców miasta wzrosła o 70 proc., każdego roku sprowadzało się tu na stałe kilkadziesiąt tysięcy ludzi. W 1939 r. w mieście mieszkało 1,3 mln ludzi, wśród nich 30 proc. pochodzenia żydowskiego, 3 proc. Białorusinów, Ukraińców i Niemców. Byli to ludzie w większości w wieku produkcyjnym, aż w 70 proc. reprezentanci niższych grup społecznych – bo Warszawa kusiła tak samo wykwalifikowanych rzemieślników, jak ambitnych straceńców.

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną