Kryzys miast

Historia miast jeszcze się nie skończyła
W dyskusji o współczesnych miastach dominuje triumfalizm. Niestety, prawda jest taka, że znajdują się one w dramatycznym kryzysie.
W nowych programach powraca idea polis, miasta jako emanacji samozarządzającej sobą wspólnoty i jej podmiotowości.
Mirosław Gryń/Polityka

W nowych programach powraca idea polis, miasta jako emanacji samozarządzającej sobą wspólnoty i jej podmiotowości.

Cofnijmy się do XIX w., do miasta ukształtowanego w wyniku rewolucji przemysłowej i wszystkich społecznych i kulturowych konsekwencji tego procesu. To miasto silnej burżuazji, nieustannie negocjującej swą pozycję z masami robotników. Relacjom pomiędzy kapitałem a pracą towarzyszyły oczywiście mocne napięcia i konflikt, były to jednak relacje stałe i umiejscowione w mieście. Kapitał potrzebował robotników; fabryki, pracownicy i burżuazja dzielili tę samą przestrzeń. Ten model miasta okazał się bardzo efektywny, wymusił też rozwój infrastruktury społecznej i względną demokratyzację.

Kryzys kapitału

W połowie lat 70. XX w., częściowo w wyniku kryzysu naftowego, a częściowo – powolnych przekształceń kapitalizmu, ten model przestał obowiązywać. W Europie i Stanach Zjednoczonych od lat 80. znikają fabryki przenoszone do krajów o tańszej i słabiej chronionej pracy. Zawieszenie broni, jakie po II wojnie światowej zapanowało pomiędzy kapitałem a światem pracy, zostało zerwane, raptownie zaczęła powstawać przestrzeń poprzemysłowa i klasa nierobotnicza.

W mieście XIX i początków XX w. kapitał potrzebował zdrowych i w miarę wyedukowanych robotników – stąd i opieka zdrowotna, i powszechne szkolnictwo, i osiedla robotnicze budowane przez kapitalistów – by wspomnieć choćby Nikiszowiec, piękny przykład ze Śląska. Miasto XXI w. już tychże robotników nie potrzebuje. Procesy globalizacji pozwalają na przenoszenie produkcji daleko poza miasta „pierwszego świata”. A kapitał oderwał się od produkcji materialnej (na jednego dolara wymiany towarowej przypada dziś ponad 20 dol. w obrocie finansowym) i zapotrzebowanie na pracowników raptownie spadło.

Wzrosło za to zapotrzebowanie na konsumentów i pojawiły się nowe obszary wyzysku. Jak pokazuje David Harvey w książce „Bunt miast”, wyzysk rozszerzył się z fabryk i miejsc pracy do miasta i tam, gdzie toczy się zwykłe życie. Najważniejszym aspektem tej zmiany jest kryzys mieszkaniowy. Jeśli jeszcze na początku lat 80. średni koszt domu w Wielkiej Brytanii wynosił ok. 20 tys. funtów, na początku XXI w. wzrósł już do ok. 160 tys. Ten dramatyczny wzrost nie ma uzasadnienia wynikającego ze wzrostu kosztów pracy czy materiałów, jego powodem są zmiany w globalnym kapitalizmie i logika akumulacji kapitału, mające bezpośredni i najczęściej niekorzystny wpływ na funkcjonowanie miast i ich mieszkańców.

Strategia łowców posagów

Zniknięcie przemysłu w europejskich miastach zapoczątkowało powolny proces „dematerializacji” i „odmiejscowienia” kapitału, którego konsekwencje stały się jasne w 2008 r. Dzisiejszy kryzys miast jest więc ściśle związany z faktem, że kapitał już się w nich nie znajduje. Owszem, używa ich, inwestując w nieruchomości (przypadki Londynu czy Dubaju, gdzie nowo zbudowane budynki przez lata stoją puste, czekając na wzrost cen, ilustrują ten proces), miasta stały się jednym z zasobów, pól eksploatacji, a nie podmiotem procesów gospodarczych. Z tego też względu współczesny kryzys miasta jest związany z kryzysem kapitalizmu. Próby ignorowania tego związku – bez przesądzania, czy kapitalizm nadaje się do korekty czy już nie – prowadzą do błędnych strategii i błędnych decyzji dotyczących przyszłości miast.

Sytuacja miast w Polsce jest do pewnego stopnia jeszcze gorsza niż na Zachodzie, choć na pierwszy rzut oka można odnieść odwrotne wrażenie. Jedynie ok. 10 proc. nieruchomości obciąża u nas kredyt hipoteczny (w krajach „starej Unii” to ponad 50 proc.) i choć ten odsetek rośnie, barierą są niskie dochody Polaków. Upraszczając, można stwierdzić, że kogo było stać na kredyt, to już go wziął. Duża liczba młodych ludzi pracuje dziś na tzw. umowach śmieciowych, co uniemożliwia wzięcie kredytu i kupno mieszkania. Bez pomocy rodziny skazani są na wynajem. Koszty wynajmu stanowią często większą część dochodów, spychając tych ludzi do kategorii pracujących biednych. Sytuację pogarsza niemal całkowite porzucenie przez miasta budownictwa komunalnego – liczba oddawanych mieszkań nie równoważy mieszkań prywatyzowanych czy też traconych ze względu na śmierć techniczną budynków. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze kryzys demograficzny i proces raptownej deindustrializacji po 1989 r.

Proces ten miał inne konsekwencje dla miast polskich niż dla tych z Europy Zachodniej. Miasta zachodnie, tracąc przemysł, nie straciły pozycji wynikającej z obecności centrów finansowych, badawczych, zarządczych. Polskie ośrodki takich centrów nie miały, a wiara, że będą je w stanie zbudować od zera, okazała się na wyrost. Na dodatek proces deindustrializacji przebiegał w Polsce znacznie raptowniej i w warunkach kryzysu całego państwa. Nic więc dziwnego, że miasta, do 1989 r. w większości oparte na przemyśle, deindustrializację przeżyły wyjątkowo boleśnie. Utraconego przemysłu nie był w stanie w pełni zastąpić model miasta, którego rozwój oparty jest na usługach, turystyce, wielkich i mniejszych imprezach oraz od początku XXI w. na przemysłach kreatywnych, nawet jeśli rozwój ten wspiera unijna kroplówka. Owszem, miasta rosną, ale rosną również długi, a jednocześnie maleje liczba mieszkańców (i podatników).

Niemal powszechnie obowiązujący dziś w Polsce model zarządzania miastami porównać można do strategii łowców posagów. Już nie tacy młodzi, ze sporymi długami, starają się jednak dobrze ubrać, oblać perfumami, by skusić właścicielki większych pieniędzy. Tu jakaś fontanna, tam muzeum, gdzie indziej stadion, od czasu do czasu jakiś festiwal. Nic z tego ani nie poprawia standardu życia mieszkańców miast (a często wręcz przeciwnie), nie przynosi też zysków (a nawet wręcz odwrotnie – zwiększa tylko koszty funkcjonowania miast), wciąż jednak nie gaśnie nadzieja, że ktoś da się skusić.

Ta strategia jest w pewnym sensie potwierdzeniem, że włodarze polskich miast zdają sobie sprawę z pozycji w globalnej strukturze władzy i gospodarki, w jakiej znalazły się polskie miasta – ponieważ jesteśmy słabi, nie mamy nic, na czym moglibyśmy oprzeć nasz rozwój, musimy przypodobać się innym i liczyć na to, że ich zysk będzie i naszym zyskiem. Czy jednak rzeczywiście polskie miasta nie mają nic oprócz swych mieszkańców, ładnego wyglądu i resztek kultury?

Kwestia jakości życia

Czytając programy pretendentów do stanowisk radnych i prezydentów (prezydentek) polskich miast, można zauważyć zmianę sposobu myślenia. Ci, którzy dopiero startują w grze o władzę, zaczynają mówić innym – niż obecni włodarze – językiem. Co ciekawe, nie dotyczy to jedynie tzw. miejskich aktywistów, ale również niektórych polityków partii głównego nurtu. W tych programach rzucają się w oczy dwie fundamentalne kwestie. Po pierwsze, dostrzeżenie kwestii jakości życia mieszkańców. Po drugie, demokratyzacja.

W debacie o jakości życia nie chodzi jedynie o dostrzeżenie – oczywistej wydawałoby się kwestii – że w miastach żyją ich mieszkańcy, ale że ci ludzie nie są jedynie zadowolonymi pracownikami korporacji, spędzającymi swój wolny czas na piciu cappuccino i chadzaniu na wystawy sztuki współczesnej. W nowych programach powraca idea polis, miasta jako emanacji samozarządzającej sobą wspólnoty i jej podmiotowości. Ten nacisk na budowanie otwartej, włączającej wspólnoty, na poszukiwanie i wzmacnianie synergii pomiędzy różnymi uczestnikami życia miejskiego jest mocno widoczny na przykład w programie Joanny Erbel, kandydatki Zielonych na prezydentkę Warszawy. Jej program jest obszernym dokumentem pokazującym, że można sobie wyobrazić i zaproponować inną wizję miasta, opartą na idei zaangażowanych i współpracujących ze sobą wszystkich mieszkańców.

Założenia programowe przedstawione przez działające w kilkunastu ośrodkach Porozumienie Ruchów Miejskich idą w nieco innym kierunku. Jeśli Zieloni mocno usiłują zdefiniować się jako ugrupowanie lewicowe, PRM stara się za wszelką cenę dystansować się od jakichkolwiek deklaracji ideowych. Na pierwszy – niechętny – rzut oka przypomina to strategię Komitetów Obywatelskich w początku lat 90. lub populizm z początków Platformy Obywatelskiej. Deklaracje programowe PRM idą jednak w innym – napawającym znacznie większym optymizmem i sympatią – kierunku. Działacze PRM obiecują, że otworzą urzędy i rady miast na głos mieszkańców, obiecują wspierać lokalne inicjatywy, referenda i inne elementy demokracji bezpośredniej.

Gdyby zdobyli władzę i dotrzymali słowa, to chyba po raz pierwszy w polskiej polityce po 1989 r. pojawiłaby się siła, dla której neutralność ideologiczna nie jest próbą oszukania wyborców, lecz szczerą deklaracją demokratycznych państwowców chcących zbudować w Polsce społeczeństwo obywatelskie, działając na rzecz podmiotowości mieszkańców. Te dwa elementy – podmiotowość i demokratyzacja – idą oczywiście ze sobą w parze. Programy wielu tych nowych uczestników miejskiej polityki można więc zawrzeć w jednym krótkim haśle: budujmy siłę miasta na mieszkańcach, a nie na globalnych korporacjach.

Wizja „innego miasta”

Czy jednak taka zmiana jest w ogóle realna? Czy w kontekście globalnego kapitalizmu możemy poważnie mówić o wykrojeniu małego skraweczka, w którym „inne miasto jest możliwe”? Wbrew zniechęcającym głosom teoretyków – i tych z lewicy, i z prawicy – wydaje mi się, że odpowiedź jest prostsza i bardziej oczywista, niżby się to mogło wydawać, a wizja „innego miasta” nie musi być utopią.

By do tej wizji się zbliżyć, trzeba przyjąć, że kapitalizm nie jest jednorodny, że istnieje w nim różna logika i różne sposoby organizowania gospodarczych aktywności.

Gospodarczy pluralizm naszego świata pokazuje doskonale J.K. Gibson-Graham (a w zasadzie – pokazują, są to bowiem dwie osoby występujące jako jedna autorka) w książce „The End Of Capitalism (As We Knew It): A Feminist Critique”. Opisuje ona wiele aktywności gospodarczych – od niewolnictwa, poprzez pracę opiekuńczą, po ekonomię daru, które istnieją poza oficjalnym obszarem kapitalistycznej gospodarki. W owym pluralistycznym kapitalizmie mamy do czynienia oczywiście z ostrą hierarchią – logika zysku dominuje nad każdą inną – nie przekreśla to jednak faktu, że inna logika wciąż istnieje.

Logika zysku, pieniądz jako uniwersalny język, którym posługują się aktorzy gospodarczy, oraz rynek jako medium nadające prawdziwą wartość wszystkiemu, co istnieje, to trzy elementy kapitalistycznej ramy logicznej. W ramach miasta można je jednak definiować na różny sposób i zmieniać. Logice zysku można przeciwstawiać logikę rozwoju społecznego i przetrwania narodu, ustawiając cele i mechanizm funkcjonowania opieki medycznej i szkolnictwa poza logiką bezpośredniego zysku; można również mówić językiem konserwatywnej ochrony dziedzictwa i tożsamości miejsca, by wyłączyć przestrzenie i budynki z prostej spekulacji nieruchomościami.

Obrót pieniądza można kontrolować za pomocą lokalnych podatków, możliwe są również – podejmowane coraz śmielej na świecie – eksperymenty z walutami lokalnymi, co pozwala zdefiniować na nowo język, jakim porozumiewają się ze sobą podmioty gospodarcze. Wreszcie sam rynek można przedefiniować, nakładając na niego filtry odpowiedzialności, pomocy, troski (fair trade, clean clothes etc.). Zakaz lichwy, który i dziś istnieje w krajach islamskich, był rdzeniem średniowiecznego, chrześcijańskiego ustroju gospodarczego. Zakaz, który jest niczym innym jak właśnie etycznym filtrem.

Wzorem Cleveland

Widać więc, że możliwe jest takie definiowanie granic pomiędzy miastem a państwem i globalnymi przedsiębiorstwami, a także relacji pozamiejskimi podmiotami gospodarczymi, by działania zmierzające do odbudowy podmiotowości miast, do szukania w nich samych siły i mechanizmów wzrostu, mogły się powieść. Przykładem może być reindustrializacja, czyli strategia rozwojowa oparta na idei ekologii przemysłowej. Polega ona na takim łączeniu ze sobą różnych podmiotów gospodarczych, by minimalizować odpady i straty (odpad jednego procesu staje się półproduktem innego).

Ilustracją takiej strategii w działaniu jest Cleveland, gdzie współpraca pomiędzy władzami miejskimi, szpitalem, uniwersytetem oraz spółdzielnią socjalną Evergreen Cooperative skutkuje rozwojem „Health-Tech Corridor” w oparciu – między innymi – o utrzymywane na niskim poziomie ceny gruntów, tak by bardziej opłacało się produkować, niż spekulować ziemią i nieruchomościami. Trzy ważne instytucje i organizacje wypracowały mechanizmy współpracy pomiędzy sobą oraz pomiędzy miastem a światem, które pozwoliły odrzucić neoliberalną, niszczącą wcześniej miasto logikę krótkoterminowego zysku i spekulacji. Reindustrializacja jako mechanizm budowy miejskiej podmiotowości jest więc możliwa jedynie jako element większej strategii – nie chodzi w niej jedynie o prosty powrót fabryk do miast.

Polskie i światowe miasta stoją przed wyzwaniami wynikającymi z szybko zmieniającego się globalnego systemu gospodarczego. Wydaje się, że większość rządzących obecnie włodarzy polskich miast nie jest ani intelektualnie, ani mentalnie przygotowana, by wyjść z kokonu, w jakim przebywali przez ostatnie 10–15 lat i spojrzeć na swoje miasto w szerszej perspektywie. Czy startujące w grze o władzę nowe siły społeczne i polityczne są w stanie to zrobić? Gwarancji nie ma, jednak dotychczasowe deklaracje, programy i dyskusje, w jakich ci ludzie uczestniczą, pozwalają przynajmniej mieć nadzieję. To lepsze niż nic.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj