To państwa są małe, a miasta wielkie

Zapędziliśmy się w ślepą uliczkę
Benjamin Barber o tym, dlaczego rządy nad światem powierzyłby burmistrzom.
Benjamin R. Barber – światowej sławy politolog
Adam Warżawa/PAP

Benjamin R. Barber – światowej sławy politolog

W latach 50. i 60. Detroit było najzamożniejszym miastem USA po Nowym Jorku. Dzisiaj to miasto widmo.
Geoffrey George/Solent News/EAST NEWS

W latach 50. i 60. Detroit było najzamożniejszym miastem USA po Nowym Jorku. Dzisiaj to miasto widmo.

Jacek Żakowski: – Gdyby Barber rządził światem…
Benjamin Barber: – To zrobiłby wszystko, żeby stworzyć światową demokratyczną władzę.

Jak?
Skrzyknąłby burmistrzów i oddałby im rządy. To by była jego jedyna decyzja. Bo – w odróżnieniu od polityków rządzących państwami narodowymi – burmistrzowie są demokratami, działają efektywnie, muszą być pragmatyczni. Potrafiliby rozwiązywać problemy globalne tak, jak na co dzień rozwiązują problemy lokalne, które w coraz większym stopniu wynikają z rosnącej bezradności państw i systemu międzynarodowego. Państwa już nie radzą sobie z trwającymi od dekady procesami, jak ograniczenie emisji CO2, ani z lokalnymi kryzysami, jak wojujące Państwo Islamskie.

Dlaczego sobie nie radzą?
Bo są instytucjami minionej epoki.

Wiele instytucji z poprzednich epok wciąż ma istotne znaczenie – sądy, kościoły, armie.
Państwo też ma znaczenie, ale już nie wystarcza. W zbliżonym do obecnego kształcie powstało 400 lat temu. Przez 300 lat sprawdzało się doskonale. Utrzymywało porządek na swoim terytorium, kontrolując je suwerennie. To działało, póki zdrowie Brytyjczyków zależało od nich i ich rządu, a amerykańska gospodarka była amerykańskim problemem. W latach 50. General Motors sprzedawał 95 proc. swoich samochodów na amerykańskim rynku. Peugeot – 95 proc. sprzedawał na rynku francuskim, Mercedes na niemieckim. Wszystko było lokalne. A dziś wszystko jest globalne. Epokę niezależności gwałtownie zastąpiła epoka współzależności. Może pan jeździć francuskim samochodem z japońskim silnikiem, karoserią zaprojektowaną we Włoszech i zrobionym w Indiach z części wyprodukowanych w kilkunastu krajach. Nie ma ocieplenia polskiego czy chińskiego. Jest ocieplenie globalne. Nie ma warszawskiej czy paryskiej sieci – jest sieć globalna, czyli internet. Choroby też są globalne. AIDS, ptasia grypa, ebola zagrażają wszystkim. I firmy są globalne. A państwa, podatki, parlamenty wciąż są tylko lokalne. Biedne, terytorialne państwa narodowe nie są w stanie się z tym uporać.

Dlatego tworzą ONZ, Unię Europejską i setki innych organizacji.
Unia to może być trochę co innego, ale w ONZ każdy myśli tylko o swoim interesie. Od kryzysu koreańskiego Rada Bezpieczeństwa nie była w stanie zrobić niczego, by przywrócić gdzieś pokój, bo zawsze któreś mocarstwo użyło prawa weta. To pokazuje, że w epoce globalnej trzeba myśleć o władzy globalnej kierującej się globalną perspektywą.

Miasta mają być tą globalną władzą?
Proponuję, żeby stworzyły globalny parlament burmistrzów i radnych miast i regionów metropolitalnych.

ONZ jest bezsilna, bo nie ma swoich dywizji i lotniskowców. Miasta też ich nie mają.
A kiedy ostatnio dywizje i lotniskowce rozwiązały jakikolwiek problem? Słyszał pan, żeby lotniskowiec zatrzymał samobójcę z bombą? Albo epidemię eboli? Albo topnienie lodu na Antarktydzie i podnoszenie się poziomu oceanów spowodowane emisją CO2? Ameryka ma najpotężniejszą armię, lotnictwo i marynarkę na świecie. Jak one sobie radzą w walce z Państwem Islamskim albo z kartelami narkotykowymi? Im bardziej państwa z nimi walczą, tym są potężniejsze. Świat jest asymetryczny. Wielkie siły nie radzą sobie z wielkimi zagrożeniami tworzonymi przez małe i rozproszone siły.

Państwa przegrywają z tego samego powodu, dla którego słoń boi się myszy?
Tak. W asymetrycznym świecie można skutecznie działać tylko wspólnym wysiłkiem wielkiej liczby małych podmiotów. Niewiele się osiągnie, zawierając sojusze z Arabią Saudyjską, a nawet z Chinami, ale można bardzo dużo osiągnąć, organizując ponad połowę ludzkości zamieszkującej miasta, które wytwarzają ponad 80 proc. PKB świata. To państwa są małe, a miasta wielkie, kiedy działają wspólnie. I miasta się rozwijają, a państwa bankrutują. Jedynym źródłem dochodów, jakie mają państwa, są podatki niemal w całości zbierane w miastach.

OK. Przywykliśmy do tezy, że państwa narodowe się kończą w obliczu globalizacji, oraz do informacji, że przyszłością cywilizacji są miasta i wielkie aglomeracje…
Już Jean Monet powiedział w 1945 r., że świat oparty na państwach narodowych nie będzie dobrze działał.

Odpowiedzią była Unia Europejska, czyli związek państw narodowych, który dla obywateli jest nie mniej frustrujący niż ONZ.
I to jest problem Europy. Państwa narodowe zrastają się w Unii, ale pozostają państwami narodowymi. Unia dała Europie 60 lat pokoju. To fantastyczne. Ale to nie jest rozwiązanie globalne. Unia nie chce wpuścić Turcji. Nigdy nie przyjmie Chin. Buduje mur wokół siebie. Podobnie jak Chiny, Indie, Rosja. W tej logice nigdy nie powstanie żadna globalna władza.

A pan wierzy, że jeśli w XXI w. miasta się wyemancypują, to uporządkują świat?
Nie muszą się emancypować. Pierwotny tytuł mojej książki brzmiał: „Gdyby burmistrzowie rządzili światem. Dlaczego powinni i jak już to robią”. Bo to się w dużym stopniu dzieje. Opinia publiczna jest wpatrzona w rządy, więc nie zauważa, jak burmistrzowie sami albo w porozumieniu rozwiązują problemy. Już działa wiele łączących miasta organizacji. Ja postuluję tylko stworzenie globalnego parlamentu miast jako następnego kroku na tej drodze. Żeby rozwiązywać problemy, z którymi nie radzą sobie państwa ani cały system ONZ.

Argumenty za stworzeniem ONZ były takie same jak pańskie argumenty za stworzeniem globalnej władzy miast. Nie widzę powodu, by skutek był inny. Ktokolwiek próbuje działać w skali ponadnarodowej, natyka się na te same bariery. Bo ten gatunek ma problem z myśleniem o swoich interesach w kategoriach innych niż tożsamość wspólnoty, którą realnie odczuwa. A dla większości z nas największą realnie odczuwaną wspólnotą jest wspólnota plemienna, narodowa albo religijna. Nie odczuwamy wspólnoty globalnej. Państwa nieźle radziły sobie, dopóki działały w swojej skali, zmagając się z problemami, które się w niej mieściły.
Jak sobie radziły? 60 mln ludzi zginęło w dwóch wojnach światowych. Od początku XX w. państwa sobie nie radzą i są źródłem problemów. Unia te problemy w Europie łagodzi, ale sobie z nimi nie poradzi. Bo skala problemów jest inna. Wie pan, jaka część biznesu Coca-Coli przypada na USA? 10 proc. Nawet dla amerykańskiego rządu taka firma jest praktycznie nieuchwytna. Robi, co chce, płaci podatki, gdzie chce, produkuje, gdzie chce i jak chce.

Jak burmistrzowie mieliby sobie poradzić z tym, z czym nie radzą sobie premierzy i prezydenci?
Oni już sobie radzą. To, czym się zajmują, zwykle działa. A to, czym zajmują się rządy, zwykle nie działa. Szkoły działają, szpitale działają, śmieci są wywożone. Nawet w sprawie nielegalnych imigrantów burmistrzowie radzą sobie lepiej niż premierzy. Bo dla rządów to jest sprawa polityczna, kwestia wielkich liczb, anonimowości, abstrakcji. A dla miast to konkret. Ci ludzie w nich są, mieszkają, używają infrastruktury, spotykają innych mieszkańców, leczą się, posyłają dzieci do szkoły, pracują, chodzą po ulicach. Dlatego państwa walczą z problemem nielegalnych imigrantów, a miasta muszą go rozwiązywać. I rozwiązują. Choćby przez program wizy miejskiej w Hamburgu, Wiedniu, Nowym Jorku wydawanej faktycznym mieszkańcom, którzy nie mają dokumentów. Problem polega na tym, że gdy miejską wizę wydaje tylko Nowy Jork, to jadą tam nielegalni imigranci z Bostonu, Chicago, Los Angeles. Dlatego burmistrzowie muszą działać wspólnie, żeby rozwiązywać lokalne problemy miast.

To oznacza otwarty konflikt z zazdrosnymi o swoje kompetencje państwami.
A co by pan wybrał: konflikt z rządem czy sytuację, w której dzieci nielegalnych mieszkańców nie są szczepione, leczone, nie chodzą do szkoły? W interesie legalnych mieszkańców jest, żeby nielegalni mieszkańcy byli włączeni w różne mechanizmy społeczne. A państwa mogą sądzić, że w ich interesie jest, żeby nielegalnych wyłapać i wywieźć. Państwo nie umie tego zrobić, ale zwykle nie godzi się też, żeby miasta robiły, co uważają. Gdyby miasta mogły wspólnie ustalić swoją globalną praktykę, łatwiej by im było przełamać opór narodowych rządów.

Imigranci to wyjątkowy problem.
Nie tak bardzo. Podobnie jest z ekologią. 10 lat temu kalifornijskie miasta zrozumiały, że nie wystarczają im tworzone w Waszyngtonie standardy emisji spalin. Zmusiły władze Kalifornii do podniesienia standardów. To nie zmieniło amerykańskiego prawa, ale zmieniło sytuację w całej Ameryce i w dużym stopniu na świecie. Bo kalifornijskie miasta kupują kilkanaście procent samochodów sprzedawanych w Stanach Zjednoczonych. Detroit (czytaj też o nim ramkę na s. 109 – przyp. red.) i Chicago stanęły więc przed wyborem: produkować bardziej ekologiczne auta na rynek kalifornijski, a dla innych stanów takie jak do tej pory czy dostosować całą produkcję do wymagań Kalifornijczyków. Tańsze było drugie rozwiązanie i na nim stanęło. Mercedes, Honda, GM, Toyota zmieniły swoje samochody. To pokazuje, jaki wpływ mogą mieć miasta na świat nawet wtedy, gdy rządy są bezczynne. Nie promuję jakichś utopijnych idei. Tylko odkrywam mechanizm, który już funkcjonuje, ale mógłby działać w dużo większej skali.

W ograniczonym zakresie. 20 godzin jazdy samochodem stąd umiera miasto Donieck. Ostrzeliwane, bombardowane, oblegane. Mieszkańcy giną lub uciekają, budynki stają się ruinami. Inne miasta patrzą na to bezczynnie.
A państwa?

Niewiele robią, bo stały się zbyt słabe.
Państwa już są zbyt słabe, a miasta są jeszcze zbyt słabe, bo nie mają instytucji, które by zintegrowały ich siłę.

Militarnej siły by nie zintegrowały, bo obrona to monopol państw. Za nic go nie oddadzą.
Jak pan zapyta, czy państwa się godzą, żeby miasta miały własne armie, to odpowiedź będzie: w żadnym razie! Zawsze pan usłyszy, że obrona jest wyłącznym atrybutem państwa. Ale oczywiście już nie jest. Państwa nie radzą sobie z terroryzmem, więc miasta zaczynają same sobie z nim radzić. Bo to one są celem terrorystów.

I wszędzie umieszczają kamery. To jest klasyczne działanie policji, a nie armii.
Wywiad zagraniczny jest klasycznym działaniem policji? A coraz więcej miast tworzy własny wywiad. Zaczął burmistrz Giuliani, kiedy jeszcze rządził Nowym Jorkiem. Bo po zamachach 11.09 zobaczył, że amerykańskie państwowe agencje wywiadu nie działają. FBI nie współpracuje z CIA, CIA nie współpracuje z Interpolem ani z KGB. Jego następca, Bloomberg, wysłał agentów do Hongkongu, Dżakarty, Paryża, Rio, Tokio, Moskwy, Londynu. Bo tamtejsza policja też szuka terrorystów i ma informacje, które mogą się przydać w Nowym Jorku. Od kiedy nowojorski wywiad współdziała z miastami na całym świecie, żaden zamach się na Manhattanie nie udał. A w Bostonie się udał. Bo Boston oglądał się na Waszyngton. Moskiewska policja ostrzegła FBI przed zamachowcami, ale bostońska policja się o tym nie dowiedziała. Gdyby działała w sieci antyterrorystycznej miast, gdyby miała swojego człowieka w Moskwie, toby się dowiedziała i pewnie by do zamachu nie doszło. Bezpieczeństwo narodowe w coraz większym stopniu staje się bezpieczeństwem miast, więc miasta już je stopniowo przejmują. To będzie szło coraz dalej.

A państwa, narody, generałowie, armie?
Przecież się nie rozpłyną. Będą robiły to, co się im jakoś udaje. Będą pilnowały granicy, waluty, traktatów. Ale władza będzie należała do miast.

Burmistrzowie największych polskich miast niedawno w to uwierzyli. Zrobili swoją listę w wyborach do Senatu.
I udało im się wprowadzić tylko jednego kandydata. Wiem.

To chyba pokazuje, że innego rodzaju zaufanie łączy wyborców z burmistrzami i samorządowcami, a innego z ludźmi mającymi sprawować władzę polityczną.
Samorządowcy rozwiązują problemy. Myśli pan, że ludzie nie chcą, żeby rozwiązywali je posłowie i ministrowie?

Myślę, że polityka samorządowa jest głównie pragmatyczna, a państwowa głównie symboliczna. Sam pan pisał o zderzeniu dżihadu z McŚwiatem. Burmistrzowie są pragmatyczni. A polityka nie. Jest emocjonalna. Wyborów nie wygrywają lepsze programy, tylko lepsze hasła i wizerunki. Na szczeblu państwowym górą jest zwykle ten, kto lepiej ludzi nastraszy. O tym było pańskie „Imperium strachu”.
Jeżeli ludzie wybierają burmistrza, który wydaje miejskie wizy imigrantom, to go nie wybiorą, żeby wydawał je w skali kraju?

Niekoniecznie. Od państwa ludzie oczekują, żeby pozbyło się nielegalnych. Od miast, żeby jakoś ułożyło sprawy, skoro już tu są. Oczekiwania są inne, więc i wybory są inne.
To jest problem „jak?”, a nie „czy?”. Wielu burmistrzów już to dobrze rozumie. Niedawno spotkaliśmy się w Amsterdamie. Przyjechali burmistrzowie z kilkudziesięciu miast. Był wśród nich prezydent Wrocławia. Był wiceprezydent Warszawy i przedstawiciel prezydenta Gdańska. Byli prezydenci lub ich przedstawiciele z Holandii, Niemiec, Francji, Belgii, Słowacji, Austrii, Szwajcarii, Włoch, Grecji, Hiszpanii, obu Ameryk. Za rok w Bristolu na założycielskim spotkaniu parlamentu będzie już ponad 100 miast.

I co się wtedy stanie?
Wtedy dziennikarze nie będą mnie pytali, co się stanie, bo zaczną pytać tymczasowe władze tego parlamentu. To przestał być pomysł intelektualisty, a zaczął być realnie toczący się proces. Pierwszy od lat taki proces tworzący nowy globalny porządek. I zacznie się nowa globalna współpraca w sprawie klimatu, migracji, sprawiedliwego handlu, antyterroryzmu, zwiększenia władzy i autonomii miast. Każdy burmistrz panu potwierdzi, że dziś miasta mają odpowiedzialność, a państwa mają władzę i pieniądze. Każdy powtórzy, że dalej tak być nie może. Działając wspólnie, miasta staną się partnerem państw. I wymuszą na rządach racjonalne zmiany.

Chyba że państwa sprzeciwią się powstaniu nowej władzy.
Racjonalne rządy nie będą się sprzeciwiały. Przecież chodzi o rozwiązanie problemów tych samych ludzi. Obywatele miast są obywatelami państw.

Pan wie, że rządy są racjonalne w ograniczonym stopniu.
Zawsze tak było. I zawsze to miasta były motorem zmian. Także politycznych. Bez względu na to, czy zmiany były ewolucyjne czy rewolucyjne, zaczynały je miasta. Nawet kiedy mieszkała w nich mniejszość. A teraz w miastach mieszka zdecydowana większość. Ta większość rozumie, że zapędziliśmy się w kozi róg i że potrzebujemy nowego wymiaru polityki. Tylko zjednoczone miasta są w stanie go stworzyć. I stworzą. Bo innego wyjścia ze swoich problemów nie mają.

rozmawiał Jacek Żakowski

 ***

Benjamin R. Barber – światowej sławy amerykański politolog, specjalizujący się w problemach związanych z procesem globalizacji, budowaniem demokracji i społeczeństwa obywatelskiego. Prezes międzynarodowej organizacji pozarządowej CivWorld; autor kilkunastu książek, w tym przetłumaczonego na 30 języków bestsellera „Dżihad kontra McŚwiat”. Ostatnio ukazały się w Polsce jego rozważania o kondycji miast „Gdyby burmistrzowie rządzili światem”.

 ***

Detroit: miasto widmo

Choć – jak opowiada Benjamin Barber – zakłady w Detroit produkują coraz bardziej ekologiczne auta, co przyczynia się do globalnej ochrony środowiska, samo miasto ma poważne kłopoty. W latach 50. i 60. dzięki fabrykom Forda, GM i Chryslera Detroit było najzamożniejszym po Nowym Jorku miastem USA. Na wyrastających w błyskawicznym tempie przedmieściach powstawała nowa amerykańska klasa średnia – po raz pierwszy tworzyli ją bogacący się robotnicy fabryk. Wysokie zarobki umożliwiały awans Afroamerykanom.

Dziś centrum Detroit po zmroku to miasto widmo: opuszczone szkielety domów z zamurowanymi oknami, plątanina wiaduktów i tuneli, puste parkingi i domy wyglądające jak bunkry albo magazyny. To modelowy przykład kryzysu amerykańskich miast, w których bogacąca się klasa średnia uciekła na przedmieścia. Centrum zaś przekształciło się w murzyńskie getto biedy, zaniedbania i przestępczości. Degradacja Detroit to odbicie historii i kryzysu miejscowego przemysłu samochodowego, niegdyś flagowego okrętu amerykańskiej gospodarki.

W 2013 r. bezrobocie wynosiło tu 20 proc. W tym samym roku władze Detroit ogłosiły bankructwo miasta. To największa tego typu plajta w historii USA. (na podst. TZ)

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj