Jak ustalono kolejność prezydencji poszczególnych krajów w UE? Problem powstał po wielkim rozszerzeniu Unii o kraje Europy Środkowej i Wschodniej. „Starzy” członkowie już swoje prezydencje odbyli, nowo przyjęci nie mieli doświadczenia, poza tym trudno byłoby teraz tylko im kolejno powierzać przewodnictwo. Nie można było więc zastosować porządku alfabetycznego ani chronologicznego. W Brukseli przez jakiś czas zbierali się (na ogół przy śniadaniu, nieformalnie) ambasadorowie wybranych krajów, aż wreszcie zaproponowali porządek praktyczny: prezydencje sprawować miano w „trójkach” składających się z nowych krajów i przynajmniej jednego kraju „starego”, który dzieliłby się z nowymi swoim doświadczeniem.
Ówczesny reprezentant Polski w Brukseli ambasador Marek Grela przypomina sobie, że nie mieliśmy najwyższych notowań – przeważały stereotypowe oceny: słaba biurokracja, brak doświadczenia wspólnotowego, kiepska znajomość języków obcych. Nie było chętnych do „naszej trójki”. Berlin chciał pomóc, ale obawiano się, że opinia publiczna źle odczyta niemiecką opiekę, szukano zatem innego „starego”. Warto odnotować, że to mała, kompetentna Dania wykonała najbardziej przyjazny gest – jej ówczesny ambasador Klaus Grube bardzo pomógł Warszawie, deklarując życzliwe wsparcie Kopenhagi (Dania przejmie przewodnictwo po nas).
W 2007 r. ustalono kolejność prezydencji 27 krajów do czerwca 2020 r., projekt ambasadorów przyjęła Rada UE. Co później? To termin odległy, nie ma powodu, aby dziś się tym zajmować. Grela, jeden z Polaków, który pracuje na wysokim unijnym stanowisku w Brukseli, podkreśla, że młodzi polscy urzędnicy, zwłaszcza kobiety, świadczą o zmianie jakościowej: kompetentni, wykształceni, obyci, bez kłopotów lingwistycznych.