Bohaterami ubiegłego tygodnia byli dwaj artyści. Pierwszy to Woody Allen. Nie było gazety, która nie przyniosłaby wywiadu z reżyserem filmu „O północy w Paryżu”. Nic dziwnego: co roku nowy film, i to lepszy od filmów Hoffmana i Skolimowskiego, którzy każde arcydzieło cyzelują latami. W dodatku Allen dorabia na klarnecie w zespole, który uprawia jazz nowoorleański, jeden miesiąc w roku przebywa na tournée. Byłem na ich koncercie w Sali Kongresowej – lepszy niż ostatnia konwencja Palikota oraz PiS. Może dlatego, że bez dyrygenta.
Jak Woody Allen znajduje na to wszystko czas i jeszcze udziela wywiadów na lewo i na prawo – to jest niepojęte. A jaki skromny! W rozmowie z Januszem Wróblewskim (POLITYKA 35) mówi: „Branie mnie za intelektualistę to największe nieporozumienie. W ogóle nim nie jestem. Nie przeczytałem ani jednej książki w młodości. Wyrzucono mnie ze studiów za słabe stopnie. Źle się czuję w towarzystwie teoretyków. Nie pouczam innych, jak mają żyć. Wolę oglądać mecze koszykówki niż czytać. (...) Błyskotliwymi przemyśleniami na temat Kierkegaarda nie mogę się popisać. Nie mam nic do dodania”.
Powie ktoś, że to kokieteria, bo trudno sobie wyobrazić reżysera, który nie zna „Biesów” czy „Hamleta”. Może mu opowiedziała Mia Farrow? U nas trudno sobie wyobrazić reżysera, który by udawał analfabetę i nieuka. (Niektórzy nie muszą udawać). Płynie to zapewne z innej roli artystów w Polsce i w Stanach. U nas artysta jest wieszczem, prorokiem, budzi sumienia, cierpi za miliony, sieje moralny niepokój, zastępuje rząd, Kościół i państwo (od którego chętnie weźmie dotację), a więc musi być na poziomie. Można by napisać cały traktat o wyższości polskich reżyserów nad Allenem.