Kilka dni przed świętami robiłem zakupy w sklepie samoobsługowym Merkury na Żoliborzu. Stałem już w kolejce do kasy. W jednej ręce trzymałem własną torbę (pustą), a w drugiej – koszyk z niewielkimi zakupami. Kiedy miałem już płacić, do kasjerki podeszła jedna z ekspedientek i coś sobie szeptały, dosłyszałem tylko słowa „w kieszeniach też?”, po czym kasjerka kazała mi pokazać moją własną torbę, która była pusta. Kiedy ośmieliłem się protestować, groźnym tonem powiedziała, że ma prawo przeszukać mi kieszenie i w ogóle może wszystko. Kolejka robiła się coraz dłuższa, więc na do widzenia powiedziałem, że panie mogłyby rewidować bardziej dyskretnie. Było mi przykro, że wyglądam na złodzieja i moja fotografia może pojawić się na tablicy „Tym klientom już dziękujemy”.
Wziąłem na uspokojenie i nazajutrz udałem się na skargę do samego dyrektora Merkurego. Na mój widok, jeszcze przed „dzień dobry”, dyrektor spontanicznie zapytał: „Jak pan to robi, że pan nie ma brzucha?!”, po czym – dla poprawy atmosfery – pokazał mi, jakie sam ma z tym problemy. Cała złość mi przeszła, gdyż brzuch – sprawa poważna, a rewizja to drobiazg. Jeszcze niedawno brzuch był symbolem statusu, tak jak dzisiaj samochód Jaguar czy adres w Konstancinie.
„Jeszcze nie tak dawno mężczyzna, któremu się powodziło, mógł i w pewnym sensie musiał »mieć brzuch«. Na obrazach renesansowych nadwaga jest świadectwem dobrego zdrowia” – pisze prof. Marcin Kula w świetnej książce „Najpierw trzeba się urodzić”. W tradycyjnych kulturach, aż do radzieckiej włącznie – czytamy – człowiek liczący się w społeczeństwie musiał być odpowiednio potężny i mieć odpowiednio grubą żonę. Wymiary notyfikowały status człowieka. Kobieta – świadek wejścia Rosjan do Berlina – odnotowała, jak sowieccy oficerowie szczupłość niemieckich dziewcząt tłumaczyli sobie zbyt skąpym ich odżywianiem.