Wywiad Angeliki Kuźniak z Hertą Müller
„Przećwiczyłam śmierć” - z pisarką Hertą Müller rozmawia Angelika Kuźniak. Wywiad został opublikowany w Dużym Formacie nr 141, dodatku „Gazety Wyborczej", wydanie z dnia 18/06/2009, Kultura, str. 16

 Angelika Kuźniak: Pozwoliła pani zrobić sobie tylko dwa zdjęcia.

Herta Müller : Bo to trudne dla mnie.

Zawsze kiedy stoję przed fotografem, kiedy mówi: w prawo, w lewo, uśmiech, nie uśmiechać się, jego słowa, nawet jeśli wymawiane szeptem, zmieniają się w krzyk rumuńskich oficerów bezpieki. Przesłuchań Securitate, rumuńskiej służby bezpieczeństwa się nie zapomina.  Zamiast drzew, na tle których fotograf chce mi zrobić zdjęcia widzę ciemny pokój i błysk flesza. Tracę oddech. Zdarza się, że płaczę.

Zresztą zdjęcia nigdy nie były dla mnie czymś szczególnie miłym.

Nawet te z dzieciństwa?

Nawet te.

Fotograf przyjeżdżał do naszej wioski w dni świąteczne. Matka mnie czesała. Myślę, że te zdjęcia mówią więcej o niej, niż o mnie. Kiedy na przykład mam na nich krzywy przedziałek, ale oba warkocze zaczynają się na jednakowej wysokości wiem, że ojciec poprzedniego dnia był tylko podpity.

Są też takie, na których moje warkocze i przedziałek są krzywe, moja twarz przesunięta, a  głowa wygląda jak spłaszczona. To oznaczało, że poprzedniego wieczora mój ojciec był tak pijany, że kolana mu się uginały i groził matce nożem. Wtedy mówiła do mnie, że jestem dla niej kulą u nogi, że przeze mnie nie może się rozwieść.  

Na innych przedziałek i warkocze są proste i symetryczne. Więc ojciec wrócił do domu trzeźwy. Wtedy matka potrafiła mnie nawet lubić. Ale tych zdjęć jest niewiele.

Czesząc mnie często płakała.

 A pani razem z nią.

Tak, choć powód był inny. Ona płakała przez męża pijaka. Ja płakałam, bo chciałam mieć mamę. Byłam dla niej czymś drugorzędnym. Wysyłała mnie na strych do wędzarni. Dawała mi wielki nóż i kazała odkroić kawałek szynki. Miałam kilka lat. Wchodziłam po schodach i myślałam: dlaczego ona się nie boi, że się pokaleczę. Czasem zostawałam na strychu długo, miałam nadzieję, że zainteresuje się, czemu nie wracam. Ale nigdy się nie zainteresowała. Kiedy w końcu stawałam w drzwiach kuchni, bez słowa brała szynkę i nóż.

Chciałam wtedy zrozumieć, dlaczego należę właśnie do matki i ojca, skoro oni nie potrafią być moimi rodzicami.

Spłodził mnie po II wojnie światowej esesman, który wrócił do domu.

 ”A wrodziłam się w stalinizm”. Często to pani powtarza.

Urodziłam się w roku, w którym Stalin umarł. W niemieckiej wiosce w rumuńskim Banacie. Ojciec opowiadał o wojnie jak o największej przygodzie swego życia. Kiedy był pijany śpiewał nazistowskie pieśni.

Pamiętam jego błyszczące buty. Zawsze zanim wyszedł z domu, pluł na nie i rozcierał ślinę szmatką.

Jako dziecko nie przywiązywałam do tego szczególnego znaczenia. Śliną smarowałam miejsce ugryzione przez komara, otarte łokcie i kolana. Oślinionym palcem ścierałam plamy na rajstopach albo brud ze skóry. Ślina była dobra na wszystko.

Potem, kiedy byłam już w gimnazjum i na studiach w Timisoarze przeczytałam o drylu w SS. Czytałam Paula Celana, jego wiersz o Auschwitz „Fuga śmierci“, patrzyłam na mojego ojca plującego na buty i myślałam: nauczył się tego u nazistów.

Poszedł do wojska jak miał siedemnaście lat, służył w SS. Kiedy ja miałam 17 lat pomyślałam, że znalazłam się w podobnej sytuacji, w dyktaturze.

Socjalizm pozbawił was majątku.

Mój dziadek do roku 1945 miał pola wokół wsi. Handlował zbożem i artykułami kolonialnymi. Po wywłaszczeniu trzypokoleniowa rodzina - on, żona, córka, zięć i ja - zajmowała dwa pokoje. Pozostałe stały się magazynami.

Dziadkowi został kufer pełen bloczków z pokwitowaniami. Kiedyś na nich zapisywał całe pociągi towaru, a po wojnie swoje błahe zakupy. Do rubryki „nazwa towaru” wpisywał zapałki. Do kolejnej: „liczba wagonow/ton” – jedno opakowanie.

Ojciec po wojnie został księgowym w pegeerze, potem i tego nie mógł robić, bo był Niemcem. Musiał pracować w polu. W końcu został kierowcą ciężarówki.

Gdy umarł dostałam od pielęgniarki jego protezę dentystyczną i okulary.

Później, kiedy moja przyjaciółka zginęła w czasie trzęsienia ziemi w Bukareszcie, jej brat dał mi jej ubrania. Chciał, żebym je nosiła. Wtedy zrozumiałam, że przedmioty zawsze przeżyją ludzi. I że tak nie powinno być.

Miałam wuja nazistę. Z uwielbienia dla Hitlera zaciągnął się na ochotnika. Rozerwała go bomba, ale został po nim akordeon. Stał w dużym pokoju między piecem kaflowym a łóżkiem. Wyglądał jak trumna.

Po wuju zostały też książki?

Dwie. „Budenbrokowie” Tomasza Manna i podręcznik dobrego wychowania w nazistowskim duchu. Miał całkiem dużą bibliotekę, ale jak przyszli Rosjanie, babcia spaliła wszystkie książki myśląc, że to mógłby być kolejny powód do szykan. Mój dom był domem bez książek, a samo czytanie było dla rodziny czymś mało poważnym. Wszystko, co zostało wydrukowane nazywali kłamstwem. A pisanie książek?  Matka twierdziła, że prowadzi do choroby nerwowej.

Podczas studiów związała się pani z literacką "Aktionsgruppe Banat".

Ale do niej nie należałam, jeszcze nie pisałam, przyjaźniłam się z nimi tylko. Richard Wagner, lider grupy został później moim mężem. Grupa zawiesiła działalność w 1975 roku po naciskach Securitate. 

Czym się zajmowaliście?

Głównie czytaliśmy. W latach 60. w Bukareszcie działał już Instytut Goethego. Tam wypożyczaliśmy książki. Przeczytaliśmy chyba wszystko, co w tym czasie ukazywało się w Niemczech, Austrii i Szwajcarii. Chcieliśmy przynajmniej rozumieć, co się dzieje, skoro nie mogliśmy nic zmienić. Uważaliśmy, że sztuka nie może podporządkowywać się władzy politycznej, że powinna odnosić się do własnych przeżyć autora..

To nie mogło spodobać się Securitate.

Już to, że rozmawialiśmy po niemiecku wydawało im się niebezpieczne. Wzywano nas na przesłuchania. Po nich wymyślaliśmy, jak wyprzeć się własnych słów, nie oskarżając innych.

Nasze pokoje były zapluskwione, wszędzie podsłuch.

Staliście się bardziej ostrożni?

Zanim wyszliśmy z domu kładliśmy włosy na klamkach, uchwytach drzwi od szaf, w szufladach na notatkach, w regałach na książkach. Dzięki temu wiedzieliśmy, czy ktoś dotykał naszych rzeczy. Mówi się: „o mały włos“, „ani na włos“, „delikatny jak włos“, „wisieć na włosku“. Dla nas to nie były już tylko frazeologizmy. Wiedzieliśmy, że przy pisaniu listów nie wolno nam zapomnieć o dacie i zawsze wkładaliśmy włos do koperty. Jeśli go nie było to znak, że list został otwarty.

Wkrótce ta przytłaczająca atmosfera zmieniła się w strach.

Kiedy miałam dwadzieścia lat kupiłam sobie rower. Podczas przesłuchania oficer śledczy powiedział: „Na drogach zdarzają się wypadki”. Kilka godzin potem potrąciła mnie ciężarówka. Dwa dni później usłyszałam od przesłuchującego: "tak, tak, zdarzają się wypadki".

Po studiach w 1976 roku wysłano panią na północ, tuż przy granicy z Mołdawią.

Przydzielono mi tam miejsce pracy. Gdybym go nie przyjęła musiałabym zwrócić pieniądze za studia. Celowo nas rozdzielili. Trafiłam do małej wioski. W szkole, w której miałam uczyć, nie było nawet prądu. Za to była kobieta, która uczyła tam niemieckiego i nie chciała konkurencji. Wszyscy patrzyli na mnie wrogo. Odmowa analizowania wiersza o Ceausescu albo opłacania składki związkowej prowadziła do tego, że nauczyciele nienawidzili mnie, a nie systemu. Nikt nie chciał zostać przyłapany na rozmowie ze mną. Uważali mnie za wariatkę.

Potem zaczęła pani prace w fabryce maszyn w Timisoarze.

To było w 1973. Dyrektor był kiedyś dziennikarzem. Znałam go z praktyki, którą odbywałam jako studentka w gazecie. Zatrudnił mnie. Zaczęłam tłumaczyć instrukcje obsługi pras hydraulicznych. W końcu zarabiałam.

Do dziś pamiętam posiłki w fabryce. Z maszyn wyciekał olej, a my siedząc między plamami wyciągaliśmy czerstwy chleb i zjełczałą słoninę. Do tego butelka wódki. Ktoś opowiadał, że Ceausescu jada złotymi sztućcami. Nie chciało nam się śmiać. Potem, już w Niemczech kilka razy płakałam w restauracji, kiedy dostałam zamówione jedzenie. Myślałam wtedy o tych posiłkach w fabryce. I o bryle lodu, w której zamrożone były  kurze szyjki, skrzydełka, kogucie grzebienie, a po którą nie raz stałam w kolejce. Gotowało się z tego zupę.

Ale wtedy w Rumunii czuliśmy nie tylko głód w żołądku. Czuliśmy głód zdań i gestów, głośnego mówienia. Śmiechu, hałasu, który robi życie.

A głód miłości?

Każdy pragnął bliskości. Wierzyliśmy, że miłość może nas ochronić. Że nagle kochając przestaniemy być nikim. Myślę, że wtedy  miłość zastępowała wolność.

Miłość w Rumunii była łapczywa.

Miałam już męża, ale wcześniej zdarzało się, że próbowali mnie uwieść różni mężczyźni. Wiedziałam jednak, że to miłość na zlecenie. Że to Securitate ich wysłało, bo chce coś uzyskać.

System kierował wszystkim?

Starał się. Za czasów Ceausescu antykoncepcja była zabroniona, pigułki też. Kobieta musiała urodzić pięcioro dzieci, zanim pozwolono jej usunąć kolejną ciąże. Lub musiała mieć więcej niż 45 lat.

Sama usunęłam dwa razy.

Za pierwszym razem pracowałam jeszcze w fabryce maszyn. Nie mogłam zrobić tego w klinice, bo tam zatrudniano lekarzy związanych ze służbami bezpieczeństwa.

W zakładowej toalecie koleżanka z pracy wsadziła mi do macicy plastikową żyłkę od okrągłych drutów. Musiałam ją nosić trzy doby. Jej drugi koniec przyklejony był do uda. Nosiłam spódnice, żeby zapewnić dopływ powietrza do macicy. Za drugim razem koleżanka przyniosła mi tylko żyłkę. Resztę zrobiłam sama. Siedziałam w łazience, nad lustrem, które położyłam na ziemi.

Dlaczego nie chciała pani urodzić tych dzieci?

Wiedziałam, że dzięki nim Securitate będzie mogła mnie szantażować, że mogą zostać ukarane, tylko dlatego, że ja coś zrobiłam. Ale może i tak nie chciałabym mieć dzieci, nie wiem. Ciąża zawsze wydawała się mi czymś strasznym. Kiedy w domu studenckim widziałam kobiety w ciąży, te nadmuchane balony, było to dla mnie jakieś monstrualne.

To w fabryce napisała pani pierwszą książkę „Niziny“?

W biurze, w towarzystwie sześciu czy siedmiu osób, między jednym tłumaczeniem a drugim. Wstawałam o piątej rano, o 6.30 byłam w fabryce. W niedziele i soboty też pracowaliśmy. Do dzisiaj, kiedy piszę, potrzebuję odgłosów dnia codziennego. Mogę to robić w najgłośniejszym miejscu w kawiarni.

W pracy pisałam ręcznie, potem przepisywałam w domu na maszynie. Czasem kradłam papier z fabryki.

A skąd maszyna?

Dostaliśmy ją w prezencie ślubnym od brata męża z Niemiec. Wszystkie maszyny do pisania były zarejestrowane w tajnej policji. Raz w roku musieliśmy zanieść ją do urzędu, wystukać wszystkie litery, tłumaczyć, po co jej potrzebujemy i kto ma do niej dostęp. Kiedy emigrowałam do Niemiec, żaden z moich przyjaciół nie chciał jej wziąć.

Bali się. Wiedzieli, że od razu będzie wiadomo, że należała do mnie.

„Niziny“ cztery lata leżały w wydawnictwie.

I czterokrotnie były, jak to mówiono, redagowane. Ciągle dostawałam nowy spis tego, co trzeba usunąć.

Na przykład słowo "walizka -  kojarzyło się z emigracją - zakaz. „Brzuch“ – nieprzyzwoity – zakaz.

Dyktatury są pruderyjne, więc zakazane było to, co cielesne.

Kiedy w 1982 roku książka wreszcie się ukazała, była tak przeorana, że stała mi się obojętna.

Dopiero dwa lata później ukazała się w Niemczech w pierwotnej wersji.

Opisała pani w niej dzieciństwo w szwabskiej wiosce. 

To wioska zamieszkana przez niemiecką mniejszość, ze skostniałą strukturą,  w tle nieprzetrawiony narodowy socjalizm.

Po ukazaniu się książki moją mamę ciągali na przesłuchania, chłopi z kołchozu nie chcieli jeździć z nią na traktorze ani wozem, zostawiali samą na polu. Mojemu dziadkowi, który całe życie golił się u fryzjera, zakazano wejścia do zakładu.

W końcu moja matka przyjechała do Bukaresztu i prosiła: „Zostaw wieś w spokoju, nie możesz pisać o czymś innym? To ja tam muszę żyć, nie ty.“

A pani pojechała na wieś?

Dużo później. Ale kiedy ludzie ze wsi spotykali mnie w mieście, spluwali. Przestałam też mówić rodzinie, co robię. Oni zresztą nie pytali. Nie rozumieli sensu ryzyka, więc nie chciałam ich w to wciągać.

Aż któregoś dnia o panią  Securitate się upomniało

Przychodzili do fabryki, dwa albo trzy razy.  Powiedzieli, że powinnam podpisać zobowiązanie współpracy. Za pierwszym razem grozili zwolnieniem z pracy, nawet śmiercią. Za drugim byli bardziej przyjaźni. Próbowali mnie przekonać, że byłabym wspaniałym obserwatorem ludzi i życia. Za trzecim zaczęli dyktować: Ja, Herta Muller  zobowiązuję się, że nikomu bez względu na pokrewieństwo... Odmówiłam. Nie umiałabym żyć ze świadomością, że zdradziłam własnych przyjaciół.

Zwolniono panią?

Nie od razu. Przez kilka tygodni zaczynałam dzień od rozmowy z dyrektorem i sekretarzem partii. Radzili mi, żebym znalazła sobie nową pracę. Odpowiadałam, że podoba mi się tu, gdzie jestem. Jeśli chcą mnie zwolnić, muszą uzasadnić to pisemnie. Wracałam do domu i płakałam. Nigdy przed nimi.

Po kilku dniach przenieśli mnie jako pracownika niewykwalifikowanego do innego biura. Kazali kreślić linie na kartkach. Tak, żeby powstawały rubryki. Robiłam to osiem godzin dziennie. W końcu nie wpuszczono mnie do biura. Siadałam na schodach na korytarzu i tam starałam się pracować. Gdybym tego nie zrobiła, pewnie zwolniliby mnie za to, że nie przyszłam do pracy. Ale w końcu znaleźli sposób. Uznali, że moje stanowisko jest zbędne. Miałam 26 lat i ani grosza, musiałam spłacić raty za lodówkę, dywan, meble, mieszkanie. A przede wszystkim chciałam pracować.

Pozwalano pani?

Początkowo tak. Po wyrzuceniu z fabryki uczyłam niemieckiego dwójkę dzieci mistrza futrzarskiego. Z fabryki w Timisoarze. Ale Służba bezpieczeństwa ostrzegła go, że jestem wrogiem państwa. Odprawił mnie pod byłe pretekstem.

Potem zwolniono mnie jeszcze z kilku szkół. Wtedy zaczęłam spacerować po mieście...

...i kraść w sklepach.

Ale nie z głodu. Kradłam coś państwu, bo ono kradło mi życie. Mój dom zapełniał się klamerkami od bielizny, filiżankami, sztućcami. Nie potrzebowałam tych rzeczy. Przyjaciele ostrzegali mnie. Wiedziałam, że jak mnie złapią następnego dnia w gazecie ukaże się moje zdjęcie z podpisem: złodziejka.

Ciągle nie lubię manekinów w sklepach. Do niedawna bałam się, że mnie poznają, że wyjawią, że kradłam. Patrzyłam na nie jak na agentów Securitate, którzy niby niewidoczni, ale obserwowali i wiedzieli wszystko, co się wokół dzieje.

„Zostalam wezwana. Czwartek, punkt dziesiąta“. Tak zaczyna się pani powieść „Dziś wolałabym siebie nie spotkać“.

I mnie wzywano. Żeby poniżyć. Często. Zaczęłam nosić w torebce mały ręcznik, szczoteczkę do zębów i pastę. Przesłuchujący nazywał mnie gównem, śmieciem, pasożytem, suką. To wtedy, kiedy był wściekły. Kiedy był w lepszym nastroju byłam kurwą albo wrogiem. Kiedy zapełniałam mu tylko służbowy czas, byłam szmatą. Pytał mnie, co robiłam kilka miesięcy wcześniej. Ja nie pamiętałam. On wiedział wszystko. Byłam zawsze winna, obojętnie, co i gdzie robiłam.

Bała się pani?

Bałam się tak naprawdę raz. W drodze do fryzjera usiadłam na ławce w parku. Podszedł do mnie milicjant z psem i zażądał dowodu, a potem kazał iść za sobą. Zaprowadził mnie do sutereny w domach studenckich. Przy stole siedziało czterech czy pięciu typów ze Służby Bezpieczeństwa. Jedli śniadanie. Na stole leżały jajka, słonina, zielona cebula. Ich dowódca rzucał mój dowód na ziemię, a ja musiałam go podnosić. Nie wiem ile razy. Potem kazali mi jeść. Kiedy już nie mogłam, wpychali mi jedzenie do ust. Nagle ktoś wyszedł bocznymi drzwiami. Usłyszałam krzyki kobiet. Może to było tylko nagranie, ale wiedziałam, że mogę być następna. Jednak nic się nie wydarzyło.

Ciągle tylko o coś pytali. Chyba musiałam powtarzać imię i nazwisko. Nie uderzyli mnie.

Bałam się, bo wiedziałam, że nikt nie wie, gdzie jestem. Mąż był w domu przekonany, że jestem u fryzjera.

Kiedy skończyli pytać, orzekli: prostytucja. Według tego, co wpisali w akta miałam sześciu czy siedmiu arabskich kochanków, którzy płacili mi za seks perfumami.

Potem jeden z nich wykopał mnie za drzwi. Upadłam twarzą na trawę. Zwymiotowałam. Jaja, słoninę, własny strach.

Wtedy zaczęła pani myśleć o samobójstwie?

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj