Katarzyna Bielas laureatką Nagrody im. Barbary N. Łopieńskiej

Katarzyna Bielas
Nagroda za rozmowę z Marianem Pankowskim pt. „Żegnaj, Maniuś, żegnaj!”.
materiały prasowe

W wywiadzie zatytułowanym „Żegnaj, Maniuś, żegnaj!” Katarzyna Bielas pokazała, nie po raz pierwszy zresztą, że nie tylko świetnie rozumie i stosuje sztukę rozmowy, ale że również potrafi dotrzeć do osób i treści, dzięki którym czytelnicy mają szansę poznać światy mało znane, a przy tym przeżyć silne wzruszenia.

Do konkursu zgłoszono 54 wywiady prasowe. Każda z redakcji tworzących Kapitułę do finału nominowała trzy wywiady. Poza zwycięzkim wywiadem Katarzyny Bielas, który otrzymał najwięcej nominacji, w finale znalazły się następujące prace:

– Katarzyny Surmiak-Domańskiej rozmowa z Janem Bodakowskim („Duży Format”)
– Piotra Gruszczyńskiego rozmowa z Dorotą Masłowską („Tygodnik Powszechny”)
– Włodzimierza Kalickiego rozmowa z Winfriedem Lipscherem („Duży Format”)
– Romana Pawłowskiego rozmowa z Agnieszką Holland („Wysokie Obcasy”)
– Dariusza Zaborka rozmowy z Marią Fołtyn („Wysokie Obcasy”) i profesorem Wiesławem Chrzanowskim („Duży Format”)
– Jacka Żakowskiego rozmowa z Immanuelem Wallersteinem („Polityka. Niezbędnik inteligenta”)

Nagrodę przyznano po raz trzeci. Pierwszą laureatką była Teresa Torańska, w drugiej edycji zwyciężyła Anna Żebrowska. Powstała z inicjatywy redakcji, z którymi Barbara Łopieńska - wybitna dziennikarka, zmarła tragicznie w styczniu 2004 roku - była związana i gdzie przez lata publikowała swoje artykuły i wywiady.

Twórcy nagrody  „Polityka", „Res Publica Nowa”, „Gazeta Wyborcza”, „Tygodnik Powszechny”, „Viva!”, „Twój Styl”, „Press” – chcą nagradzać dziennikarstwo przenikliwe, błyskotliwe, nie agresywne, trudną sztukę prowadzenia rozmowy. Kapitułę tworzą przedstawiciele wymienionych redakcji.

Ogłaszamy również nową edycję konkursu. Pracę można przesyłać w formie elektronicznej na email: lopienska07@polityka.com.pl do końca stycznia 2008 roku
 

Poniżej publikujemy fragment nagrodzonego wywiadu. Całość dostępna jest w archiwum Gazety Wyborczej.

Z MARIANEM  PANKOWSKIM rozmawia Katarzyna Bielas 

Żegnaj, Maniuś, żegnaj!

Tyle Pan w życiu napisał, a odkrywa się Pana w Polsce za sprawą "Rudolfa", powieści sprzed ćwierć wieku o tematyce homoseksualnej. Książkę tę wyniósł ruch emancypacyjny gejów. To pomaga, ale od razu szufladkuje. Nie denerwuje to Pana?

Ależ skąd! Ja się bardzo cieszę.

Gdybym był wierzący, tobym powiedział, że to znak Boży, że właśnie "Rudolf", czyli moja ścieżka marginesowa, którą wiele lat temu z ogromną ciekawością wybrałem i podążałem nią cały czas obok mej dróżki kulturalnej, że właśnie ta ścieżka zaowocowała. Jest to moją ogromną, przekorną radością.

Trzy moje książki: "Matuga idzie", "Rudolf" i "Od Auszwicu do Belsen", to wybryki wobec współczesnej im polskiej literatury, książki wywrotowe.

Dlaczego najwcześniejsza z nich, "proza eksperymentalna" "Matuga idzie" (1959) - o wyobcowanym emigrancie z Kartoflanii - ma dedykację: "Maniusiowi Pankowskiemu, autorowi lirycznych wierszy, poświęcam"?

Przed "Matugą" pisałem wiersze, wydawałem tomiki, byłem tradycyjnym poetą polskim. Kiedy jednak po trzech latach obozów, w 1945 roku, osiedliłem się na stałe w Brukseli, zapragnąłem pisać inaczej. Miał tu wpływ Michel de Ghelderode, którego dramaty pełne zakazanych miłości tłumaczyłem dla "Kultury" paryskiej.

Zapragnąłem napisać wielką, wspaniałą, zmysłową książkę, jakiej jeszcze nie było, a dzięki niej wybić się i wyzwolić z wielu ograniczeń. Pomyślałem: "Znam ludzi, wiem, co to zmysły, stać mnie na to".

Maniuś to jednak nie tylko poeta.

A kto? Podobno nawet w transporcie do Auschwitz układał Pan wiersze miłosne.

Dla Anny, mojej miłości z rodzinnego Sanoka, której zadedykowałem pierwszy tomik.

Prawda jest jednak taka, że w marcu 1942 roku gestapo aresztowało młodzieńca, który był zakochany, pisał wiersze, ale nie znał ciała kobiety, nie wiedział, że ma ona w ogóle piersi czy pośladki. Dla niego miała tylko piękne oczy, w których był zatopiony. Wyobraźnię miał opanowaną religią, tradycją i nieśmiałością chłopca, który, jak sądzę, był opóźniony w swoim męskim rozwoju.

Trzy lata obozów...

Tylko to pogłębiły, to był regres emocjonalny i pozostanie przy seksualnej maniusiowatości. Wcześniej w Sanoku, w wojsku, w więzieniu nie żyłem normalnym życiem młodego człowieka. W obozach, przebywając wśród mężczyzn, przypatrywałem się już tylko miłości homoseksualnej.

Pisze Pan o tym w dramacie "Teatrowanie nad świętym barszczem" (1967). Trochę nietypowe te miłości - niemiecki kapo i Polak nastolatek.

"Pipel", tak się takiego chłopca nazywało. Rosjanin albo Polak, który był na usługi blokowego, na ogół bandyty, kryminalisty. Chłopak czyścił mu buty, prał bieliznę i był jego kochankiem. Opiekun troszczył się o niego, dokarmiał. Napatrzyłem się w obozach na takie pary.

Ale nie tylko takie związki mam na myśli.

To była ciągła pokusa. Brakowało nam bliskości, dotyku, pieszczoty. Nas było w grupie pięciu chłopaków, szósty był uroczym, pięknym studentem medycyny i my wszyscy koło niego tańczyliśmy, pomagaliśmy mu. Uważam, że podkochiwaliśmy się w nim.

Pana koledzy też tak myśleli? Mówił Pan kiedyś, że mężczyźni aż przesadzali z dystansem wobec siebie.

Nie wiem, może nie akceptowali tego aż tak jak ja, bo nie mieli takiej jak ja zmysłowości. Myślę jednak, że wszyscy, którzy żartowaliśmy sobie na ten temat, robiliśmy to trochę obłudnie, powstrzymywaliśmy się od dotyku, żeby nas nie wzięto za homoseksualistów.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj