Słowa trenera Bogdana Wenty: „jestem rozczarowany, zdziwiony, obolały, przegrany”, mówią wszystko. Ósme miejsce na mistrzostwach świata to porażka. Jednak bardziej od suchego wyniku, boli styl, w jakim Polacy przegrywali. Z drużyny - w poprzednich turniejach porywającej kibiców charakterem - nic nie zostało. Zamiast chóru, był zlepek solistów, na ogół jeszcze fałszujących na potęgę. Tak jak kiedyś największą siłą drużyny Wenty była zespołowość i gotowość do umierania na boisku jeden za drugiego, tak na tych mistrzostwach Polscy właściwie w każdym meczu zostawiali po sobie wrażenie bylejakości.
Trener Wenta nie potrafił się w tej sytuacji odnaleźć. Nie wiedział, jak pomóc zespołowi, jak wykrzesać z niego ducha, który przecież nie tak dawno był dla niego największym powodem do dumy. Gdy nie działały sprawdzone schematy, robiło się nerwowo i kilka razy wydawało się, że Wenta na końcu języka ma wobec niektórych swoich zawodników oskarżenia o sabotaż. Nie chciało mu się wierzyć, że grają tak źle.
To szczypiorniści przegrali turniej, ale Wenta też nie jest bez winy. Decyzji o powołaniu do zespołu Mariusza Jurasika, który jest cieniem zawodnika sprzed lat, nie da się wytłumaczyć tylko nieurodzajem na pozycji prawego skrzydłowego. Do tego jeszcze Wencie zabrakło konsekwencji – skoro obowiązki podstawowych rozgrywających powierzył Karolowi Bieleckiemu i Marcinowi Lijewskiemu, nie powinien ich ściągać z boiska po dwóch czy trzech nieudanych zagraniach. Tym bardziej, że inni rozgrywający – Michał Jurecki i młodszy Lijewski, Krzysztof, są kontuzjowani. Wydawało się, że trener rzucił swoim podstawowym zawodnikom wyzwanie – skoro gracie bez iskry, patrzcie i uczcie się, jak walczą wasi zastępcy.