Na pewno, po dokończonym formalnie 20 listopada zamachu na Trybunał Konstytucyjny, w świetle wcześniejszych ataków na samą Konstytucję, stwierdzić można, że wchodzimy w okres rekonstrukcji demokracji ludowej (można też użyć pojęcia: populistycznej).
O logice i źródłach legitymizacji rewolucyjnego projektu Jarosława Kaczyńskiego pisałem we wpisie „Dwa ciała Prezesa”. Świadomość tej logiki podpowiada, że po blitzkriegu i przejęciu kluczowych punktów w państwie podejmowane będą działania, by przejąć kontrolę nad kolejnymi elementami struktury państwa. Najbardziej obawiać się trzeba zamachu na samorząd, na co chrapkę miał Jarosław Kaczyński już przed dekadą. Bo samorząd terytorialny, choć daleko mu do doskonałości, jest przestrzenią autonomii i buduje przeciwwagę dla państwa. To właśnie ta przeciwwaga, która wytwarza przestrzeń dla możliwości obywatelskiego działania, najbardziej musi niepokoić. O ileż łatwiej rządzić państwem o takim ustroju jak Węgry, gdzie samorząd ma zupełnie inny status.
W sensie politycznym wszystko jest mniej więcej jasne, można rysować scenariusz szybkiego marszu PiS przez instytucje. Jego skutków trzeba się obawiać, ale ważniejsze jest pytanie o skutki społeczne: na ile przejęcie pełnej instytucjonalnej kontroli nad państwem przełoży się na uzyskanie kontroli nad społeczeństwem. Pytając prościej: czy grozi nam „jedynie” autorytaryzm czy – jak obawia się prof. Andrzej Zoll – totalitaryzm. PiS nie pozostawia złudzeń, że chciałby uzyskać kontrolę na duszami Polaków, stworzyć z nich Naród, strukturalnie coś na wzór PRL epoki Gomułki i Moczara, a w sensie symbolicznym pewno coś bliższego salazarowskiej Portugalii.