Minister spraw wewnętrznych Mariusz Błaszczak zapewniał w poniedziałek w radiowej Trójce, że „projekt [zmiany ordynacji wyborczej – KB], który mamy przygotowany, dotyczy spraw technicznych”.
Opowiadał, że urny wyborcze powinny być przezroczyste, zaś zamontowane w lokalach wyborczych kamery internetowe pozwoliłyby kontrolować liczenie głosów przez komisje. Podkreślał, że chodzi jedynie o zabezpieczenie się przed sytuacjami, symbolizowanymi przez wpadki podczas ostatniego głosowania do samorządów lokalnych. Jednoznacznie zaprzeczył przy tym, by istniał projekt przewidujący zmianę samego sposobu wyboru parlamentarzystów.
To zaskakujące, że minister Błaszczak zapomniał, że przeźroczyste urny, a także nagrywanie prac członków komisji wyborczych, Sejm już uchwalił w maju poprzedniego roku. Powinien o tym pamiętać, bo przecież jako ówczesny szef klubu PiS, musiał dobrze znać legislacyjny kalendarz.
Minister Błaszczak potwierdził, że podczas niedawnego partyjno-rządowego konwektyklu w Jachrance temat ordynacji wyborczej był poruszany. Trudno zaś się spodziewać, by w takim gronie mówiono jedynie o urnach z pleksi.
PiS przecież doskonale wie, że za pomocą drobnych pozornie niuansów prawa wyborczego można znacząco wpłynąć choćby na wyniki głosowania czy też na podział mandatów w parlamencie. Wystarczy odpowiednio wytyczyć granice okręgów wyborczych, ustalić stosowne relacje oddanych głosów do mandatów itp.
Podobnymi zabiegami można też wzmocnić dyscyplinę w swojej przyszłej reprezentacji parlamentarnej – to temu, nie licząc innych celów, służyć mógłby pomysł tzw. list zamkniętych, modny ostatnio wśród polityków PiS, a lansowany pod hasłem zapobieżenia bratobójczej rywalizacji działaczy/kandydatów na posłów w terenie.